Antykomunistyczny kabaret PiS
Krzycząc "Precz z komuną!", politycy PiS osunęli się w groteskę. Mogli na Czarzastego wytoczyć cięższe działa, a wytoczyli historyczno-polityczny kabaret im. Andrzeja Kryże i Stanisława Piotrowicza.

Podczas debaty nad wyborem Włodzimierza Czarzastego na marszałka Sejmu politycy Prawa i Sprawiedliwości zamienili się w zawołanych antykomunistów. Mogli uderzyć w lidera Nowej Lewicy aferą Rywina, zwłaszcza że poszlakowy akt oskarżenia wobec niego przygotował niedawno w swojej książce Tomasz Nałęcz ("Afera Rywina. Odsłanianie prawdy"), więc teoretycznie były warunki, by stara sprawa znów ożyła. Ale wybrali teatr, czyli ostentacyjne wychodzenie z sali obrad oraz okrzyki "Precz z komuną!".
Umarły podział
To symptomatyczne, że na - nieudane zresztą - odkurzenie umarłego już podziału na antykomunistów i komunistów zdecydowała się partia, która współpracą z ludźmi dawnego aparatu PZPR nigdy się nie brzydziła. Podobnie jak nie brzydziła się głosować na Czarzastego, gdy był wybierany na wicemarszałka.
Odnotował to zresztą szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Sławomir Cenckiewicz, który w serwisie X przypomniał, że przed sześcioma laty aż 177 posłów PiS poparło Czarzastego. I dodał, że już wtedy chciał uświadomić partii Jarosława Kaczyńskiego, że "antykomunizm jest sierotą", "wtedy kiedy jest sytuacyjny i doraźny". Ta krytyka ze strony człowieka obozu prezydenta Karola Nawrockiego zdradza swobodę, jakiej nie miał Andrzej Duda, który od PiS-u był uzależniony.
I zarazem pokazuje, że Nawrocki jest na kursie kolizyjnym z Kaczyńskim, nie boi się go, a rola lidera - jeśli nawet nie całego obozu prawicowego, to na pewno akuszera przyszłego sojuszu powyborczego - jest w zasięgu jego oczekiwań. Pałac Prezydencki piórem Cenckiewicza wytknął jednak tylko jeden aspekt hipokryzji największej partii opozycyjnej, czyli to, że zamienia się w formację antykomunistyczną na pokaz.
Walka o przetrwanie
A przecież najbardziej groteskowe jest powiązanie wykrzykiwanego przez polityków sejmowej opozycji hasła "Precz z komuną!" na przykład z faktem, że wiceministrem sprawiedliwości w rządzie PiS w latach 2005-2007 był Andrzej Kryże. Ten sam, który w 1980 roku jako PRL-owski sędzia wsadził do więzienia przyszłego prezydenta Bronisława Komorowskiego (i innych działaczy antykomunistycznego podziemia, np. Andrzeja Czumę) za to, że organizował obchody Święta Niepodległości.
Zresztą Komorowski, chyba jako jedyny polityk związany - politycznie, a nie partyjnie - z Koalicją Obywatelską, nie tylko wyśmiał PiS za obłudne antykomunistyczne gesty, ale wprost zaatakował Czarzastego za "rywinowski rodowód".
To pokazuje, że sprawa ta nie jest dziś żywa politycznie, skoro nie wpływa na umowę koalicyjną. A lewica nie chce zajmować się przeszłością swojego lidera i raczej walczy o przetrwanie oraz szuka współczesnej tożsamości. Także w narastającym sporze z niewielką, ale głośną partią Adriana Zandberga.
Jeszcze kilkanaście lat temu trudno było przewidywać, że formacja lewicowa złożona z ludzi chętnie opowiadających o buncie przeciw skostniałym normom i o wolności obyczajowej stanie na szpicy neopurytańskiej rewolucji i antyalkoholowej krucjaty. Ale dziś jest to znak postępu, a lider Nowej Lewicy, jak mówią w jego partii, jest mistrzem podążania za aktualnymi w danej chwili znakami.
Wzór rewolucji
Dopóki więc Czarzasty jest potrzebny Donaldowi Tuskowi dla utrzymania większości, dopóty nawet krytyczne opinie wielu byłych kompanów politycznych obecnego marszałka Sejmu - jak to sprywatyzował partię, nadużywał swojej władzy, wyrzucał ludzi - nie będą miały znaczenia. A on sam będzie się przez dwa lata cieszył z tego, że jest drugą osobą w państwie. A prywatnie odczuwał satysfakcję, że utarł nosa antykomunistom i "antykomunistom".
Natomiast PiS-owi - a więc partii, która wypromowała byłego prokuratora PRL Stanisława Piotrowicza na sędziego Trybunału Konstytucyjnego i której lider był politycznie i biznesowo związany z tajnym współpracownikiem SB Kazimierzem Kujdą - antykomunistyczne wzmożenie już zawsze będzie odbijać się czkawką.
Nie dlatego, że Kaczyński - by zyskać przychylność wyborców lewicy - nazywał kiedyś śp. Józefa Oleksego "lewicowym politykiem średnio-starszego pokolenia", a nie wyzywał go od PZPR-owskich aparatczyków. Ale dlatego, że w Polsce, poranionym kraju o skomplikowanej historii, tradycja Okrągłego Stołu, pokojowego przejścia od Polski Ludowej do Polski demokratycznej, przez lata przez znaczącą część społeczeństwa była traktowana jako obnoszony z dumą wzór bezkrwawej rewolucji. O czym świadczy fakt, że przez dekadę prezydentem z wyboru narodu był Aleksander Kwaśniewski, szorstki przyjaciel Leszka Millera i zarazem mniej szorstki Adama Michnika.
Nawiasem mówiąc, w czasie obrad Okrągłego Stołu prezes PiS był członkiem zespołu ds. reform politycznych. Czyli też - było nie było - "układał się" z komunistami.
Przemysław Szubartowicz














