Po tym, jak Andrzej Zoll złożył dość dziwaczną propozycję, by wybór prezydenta zatwierdzali nie sędziowie Sądu Najwyższego, lecz parlamentarzyści, rozgorzała całkiem poważna dyskusja nad propozycją w gruncie rzeczy kuriozalną.
Dziennikarze włącznie z niżej podpisanym, politycy i prawnicy rozprawiają o niej jako o najważniejszym wydarzeniu w kraju. Można faktycznie odnieść wrażenie, że pomysły sędziwego już prawnika stoją w naszym porządku ponad konstytucją. Faktycznie jest on niekonstytucyjny i całkowicie wymierzony w polski porządek prawny, gdzie prezydent - w myśl zasady checks and balances - kontroluje działania Sejmu i Senatu.
Być może w świecie, w którym świeżo wybrany prezydent USA zapowiada przyłączenie Kanady i Grenlandii, wszystko jest możliwe. Ale wydaje mi się jednak, że ranga, jaką przypisuje się słowom Zolla, wynika z dwóch uwarunkowań lokalnych. Jednego osadzonego w polityce ostatniej dekady, drugiego w PRL.
Pomysł konsultowany?
Sądzę, że oburzenie jednych, a entuzjazm czy poparcie drugich, wzbudziła nie sama propozycja. Wzbudziło je to, że wciąż wiele osób, w tym komentatorów, podziela nadzieje lub obawy, iż mogłaby ona być wprowadzona w życie. Biorą się one z całkiem racjonalnych przesłanek, czyli z doświadczenia.
A nasze doświadczenie to: wprowadzenie sędziów "awansem" do Trybunału Konstytucyjnego przez Platformę Obywatelską w 2015 roku, uchylenie tych decyzji przez PiS ustawą, a potem długotrwała wojna o zdelegalizowanie i legalność kolejnych instytucji strzegących prawa w Polsce. Doprowadziła ona do tego, że dzisiejszy rząd jedne orzeczenia uznaje, inne nie. Zależnie od tego, jak mu się podoba.
W tej sytuacji rzeczywiście można mieć uzasadnioną obawę (lub nadzieję), że pomysł profesora Zolla był w jakiś sposób "konsultowany" i jest zalążkiem jakichś działań mających na celu doprowadzenie do zablokowania, opóźnienia albo ograniczenia prezydentury Karola Nawrockiego.
Obawa ta (lub nadzieja) wynika z uzasadnionej, pełnej niewiary w instytucje prawa w państwie - w tym w konstytucję - z taką pieczołowitością niegdyś pisaną przez środowisko Andrzeja Zolla i z takim namaszczeniem traktowaną. Polska staje się w oczach swoich obywateli krajem, gdzie prawo stanowi silniejszy i ten, kto może wprowadzić stan wyjątkowy. Całkiem jak w teoriach kontrowersyjnego niemieckiego prawnika Carla Schmitta.
Kres świata egipskich kapłanów
Ale ranga, jaką przypisujemy wypowiedzi sędziwego w końcu i niepełniącego dziś żadnej funkcji prawnika, ma jeszcze inne tło. Przecież Andrzej Zoll to "autorytet", którego wypowiedź cytują wpływowe media. A w Polsce tak zwane autorytety odgrywają nieprawdopodobnie istotną rolę, jak się okazuje, także dla porządku prawnego i polityki.
Jesteśmy chyba unikatem pod tym względem na skalę światową, gdzie opinie niektórych osób, uznanych za mające większą kompetencję moralną czy merytoryczną niż inne, stoją ponad prawem lub stanowią jego wykładnię. Czy nie tak było, gdy Donald Tusk, cofając swoją kontrasygnatę - co wydawało się ewidentnie niezgodne z prawem stanowionym - powoływał się na opinie autorytetów?
Sytuacja ta ma dość oczywiste osadzenie historyczne. W PRL faktycznie głos ludzi wpływowych, często adwokatów czy literatów, odgrywał ważną rolę w obnażaniu łamania własnego prawa przez opresyjne państwo, a także służalczości jego elit politycznych wobec ZSRR. Mieliśmy więc listy intelektualistów, bunt roku 1968, Komitet Obrony Robotników, otwiera się w nowym oknie. Sytuację tę przeniesiono po 1989 roku, a autorytety z czasów PRL najwyraźniej nie uznały za stosowne zrezygnować ze swoich uprawnień "osób lepszych niż pozostałe" w demokratycznej rzeczywistości.
Spójrzmy na sposób, w jaki informuje się o orzeczeniach Trybunału Konstytucyjnego w mediach. Przecież nie pisze się, że tak a tak zdecydowano, i pod czyim kierownictwem. Nazwisko w dzisiejszej Polsce znaczy wiele, tak jest wszędzie, ale u nas zaczyna także stanowić źródło prawa, co już przypomina bardziej egipskich kapłanów niż realia współczesnego państwa prawa.
A jednym z najważniejszych kapłanów był profesor Andrzej Zoll. Ale kolejne pokolenia nie podzielają już starej wiary. PRL jest dla nich czymś tak odległym jak miłość Wokulskiego do Izabeli Łęckiej. Stojące ponad innymi autorytety, namaszczone przez media i elity na przewodników stada, odchodzą w przeszłość. A polityczna próba realizacji pomysłu profesora Zolla byłaby ostatnim gwoździem do trumny nie tylko ich świata, ale i ekipy Donalda Tuska.
Wiktor Świetlik















