Reklama

Reklama

Aklimatyzacja

Donald Tusk zażartował po sobotniej konwencji PiS w Markach, że skoro Jarosław Kaczyński chce jechać w Polskę - co zapowiedział - to niech mu lepiej współpracownicy nie mówią, ile kosztuje benzyna. Kłopot w tym, że wszyscy wiedzą, ile kosztuje, ale niewiele z tego wynika. Kierowcy klną, że tak droga, ale kupują, a suweren niezmiennie obdarowuje partię rządzącą bardzo wysokim poparciem. Nie ma protestów, nikt w zasadzie nie rozdziera szat. To niezwykle ciekawe zjawisko społeczne, które wybitny poeta Kazimierz Wierzyński - komentując PRL-owską małą stabilizację - dawno temu nazwał swojsko aklimatyzacją.

Polacy znów zaaklimatyzowali się, co dobrze wyczuł lider partii władzy. Dlatego mógł wygłosić przemówienie, które było mieszaniną gierkowskiej z ducha propagandy sukcesu i populistycznego triumfalizmu nowej autokracji. W warstwie retorycznej pozwolił sobie nawet na tanie sztuczki, dzięki którym zdecydowaną porażkę - Polska jest w czołówce pod względem nadmiarowych zgonów podczas pandemii - przedstawił jako wielki sukces. "Nikt nie umierał na ulicach" - mówił optymistycznie o walce z zarazą prezes PiS, nie dodając jednak, że ludzie umierali w szpitalach, w karetkach czekających w kolejkach, w domach. Jeśli dodać do tego wcześniejszą sugestię ministra zdrowia Adama Niedzielskiego, że te 200 tysięcy śmierci ma związek ze stylem życia Polaków, a nie z fatalnym zarządzaniem ochroną zdrowia, to mamy komplet. Prawdziwy sukces, nie ma co.

Reklama

Aklimatyzacja Polaków ma głębokie konsekwencje polityczne. Opozycja, która najpierw liczyła na trwałe wzburzenie społeczne z powodu łamania konstytucji, potem wierzyła, że władzę obali Strajk Kobiet, a teraz czeka, aż rząd zostanie pogrążony przez drożyznę, może się przeliczyć. Otóż dziś mało kto przejmuje się losem niezawisłych sędziów i dewastacją wymiaru sprawiedliwości, nawet Bruksela jest gotowa w imię geopolityki odpuścić praworządność. Po głośnych medialnie protestach Strajku Kobiet nie został nawet ślad, zakaz aborcji obowiązuje, a tzw. rejestr ciąż jest obecnie wprowadzany pośród powszechnej obojętności. Drożyzna zaś jest przez władzę ogrywana propagandowo tak skutecznie, że wyborcy naprawdę wierzą, że wszystkiemu winna jest wojna na Ukrainie, a nie nieudolność rządzących i zbyt późne reagowanie na inflację.

Zaaklimatyzowani Polacy z radością przyjmą nowe dary wyborcze od PiS, dadzą się przekonać Kaczyńskiemu, że w sprawie szybujących cen jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie, a ballada o jedności w obozie rządzącym będzie uwypuklać jątrzące się spory po stronie opozycji. Zwolennicy anty-PiS-u powiedzą, że takie stawianie sprawy to szerzenie defetyzmu, bo przecież w liczbach bezwzględnych - co wyliczają uczeni - formacja Kaczyńskiego traci, ale będzie to tylko symptom dodawania sobie otuchy w sytuacji niezbyt komfortowej. Im szybciej opozycja pozbędzie się złudzeń, że Polacy spontanicznie wezmą udział w wielkim wyborczym wiecu ratowania demokracji, tym lepiej dla niej. Im szybciej opozycja na nowo odczyta "Wesele" Stanisława Wyspiańskiego, tym szybciej zrozumie, dlaczego "chocholi taniec" jest pojęciem nad wyraz aktualnym.

Mało porywające, nudnawe wystąpienie Kaczyńskiego pokazało jednak, że najbliższe wybory będą walką o wszystko. PiS, owszem, chce przede wszystkim władzy, ale głównie chce przeorać świadomość społeczną i sprawować rząd dusz przez długie lata. W tym celu użyje klucza do polskiej duszy, a jak będzie trzeba, to nawet wytrychu. Tymczasem opozycja też wie, czego chce - wrócić do władzy, rozliczyć liczne akty bezprawia - tyle że nie wie, jak tego skutecznie i pewnie dokonać. Już dziś widać, że stare zaklęcia - "Chyćcie broni, chyćcie koni!" - nie działają. Zaaklimatyzowani Polacy, których w ostatnich wyborach prezydenckich obudził, zmobilizował i zjednoczył dość skutecznie Rafał Trzaskowski, najwyraźniej znów potrzebują podobnego impulsu. A może i czegoś więcej.

Przemysław Szubartowicz 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy