11 listopada a małpowanie Zachodu
11 listopada 2025 roku prezydent Karol Nawrocki zaapelował, aby bezwolnie nie powtarzać tego, "co przychodzi z Zachodu". Pełna zgoda! Niech ten postulat obejmuje także obecną administrację Donalda Trumpa, pomysły Marine Le Pen oraz retorykę Alice Weidel.

W kopenhaskim muzeum narodowym zgromadzono tysiące obiektów, które mają być przedmiotem dumy. Wśród wydarzeń, o których przypominają, jest zawarcie pierwszego związku partnerskiego w październiku 1989. Po 40 latach wspólnego życia Axel and Eigil Axgil zarejestrowali swój związek.
Nie jest tak, że w Polsce o tym nie słyszano. W muzeum przypomniałem sobie migawkę w polskich wiadomościach. Rzeczywiście o ceremonii w Kopenhadze w Polsce wspomniano. Jednak w porównaniu z obalaniem komunizmu i nagłym odkrywaniem, co oznacza odzyskanie niepodległości, takie newsy wydawały się czymś nieistotnym. Dziś wiemy, jak wielkie emocje budzi sprawa związków partnerskich czy małżeństw par jednopłciowych. Wówczas jednak na przełomie 1989/1990 to był temat zupełnie abstrakcyjny. Konkretem była ogromna inflacja. Odkrywanie, że wielkie zakłady pracy mogą upadać. Walka o teczki i rozliczanie "komuchów" (lub nie).
Przypominam o tym 11 listopada, albowiem ten epizod polsko-duński przypomina o tym, na jak różne sposoby można rozumieć dumę narodową. Ktokolwiek spędził w Danii choć trochę czasu, dobrze wie, że - co jak co - ale Duńczykom mocnego poczucia tożsamości zbiorowej nie można odmówić. Powiewanie flagami, pieśni i święta narodowe, pilnowanie własnych granic i waluty, liczne sprzeciwy wobec pogłębienia Unii Europejskiej, wreszcie ostra polityka wobec nielegalnej emigracji - to wszystko w Danii nie przeszkadza w tym, żeby jak naród być dumnym z tego, że tutaj właśnie zawarto pierwszy związek partnerski w 1989 roku.
11 Listopada. Duma w budowie
W Polsce świętowanie i duma narodowa odbudowywane były wraz z odzyskaniem niepodległości. Po 1989 roku gołym okiem widziano biedę czy zapóźnienie ekonomiczne. Często dokładnie, jak po 1918 roku, najstosowniejszym określeniem była "radość z odzyskanego śmietnika". Dwuznaczna, skomplikowana. Ten etap, jak sądzę, dawno mamy za sobą. Można byłoby uznać, że to była po prostu faza do przebycia. Po rozbiorach, okupacjach i PRL-u nie ma cudów. Wszystko musiało zająć trochę czasu.
A jednak niektórym rodakom do głowy uderzają bajki, że wszystko mogło i powinno być prostsze. Szybsze, jasne i moralnie czarno-białe. Ten infantylizm, chociaż nie przystoi ludziom pełnoletnim, rozlewa się jednak szeroko.
W efekcie dziś spodem dalej płynie wzajemne łajanie, kto w niedawnej przeszłości był mniej, a kto bardziej patriotyczny. Kto jest prawdziwym, a kto malowanym patriotą. Wreszcie, gdzie mieszczą się ośrodki, które można byłoby wskazać jako "nowe Targowice". Wietrzenie zdrady narodowej to ważny element naszego życia politycznego. Pokazuje, jak bardzo ciąży na nas traumatyczna historia. Chociaż rzeczonej Targowicy dawno nie ma w granicach Polski, wspomnienie zdrady, która prowadzi do upadku państwa nas prześladuje.
W tym duchu dziś wypowiadał się Karol Nawrocki, mówiąc, że: nie pozwoli na to, "abyśmy znów stali się pawiem i papugą narodów, bezwolnie powtarzającą to, co przychodzi z Zachodu". Prezydent chce mieć ciastko i zjeść, zatem przezornie dodał, że "mówi to jako zwolennik Polski w Unii Europejskiej". Ciekawe, co na to jego zwolennicy.
Dzień Niepodległości. Czy można się opanować?
Jednak z oporem wobec Zachodu pan Nawrocki spóźnił się o jakieś 10 lat. Od dawna powtarzanie tego, "co przychodzi z Zachodu", należy do przeszłości. Pierwszym poważnym sygnałem, że o bezmyślnym kopiowaniu nie ma już mowy, było - faktyczne - zarzucenie pomysłu wejścia do strefy euro. A to miało miejsce jeszcze przed 2015. Związków partnerskich w Polsce, jak nie było, tak nie ma. Przykłady końca mitu Zachodu można mnożyć.
Aktualnie realnym problemem jest to, że imperialną ekspansję prowadzi Moskwa. W czasach wojennych świadomość wroga na Wschodzie i kremlowskiego zagrożenia większość z nas raczej jednoczy. Nikt na serio nie chce kolejnej okupacji moskiewskiej. A skoro tak, temat zagrożenia ze Wschodu jest "politycznie bezużyteczny". To problem. Partiom nie da się nim nas skutecznie podzielić. Właśnie dlatego część polityków szukaja gorączkowo innych tematów zapalnych, choćby i zastępczych.
O jakim Zachodzie w ogóle opowiada nam prezydent? O Francji, która tonie w depresji, długach i pośpiesznie wycofuje wojska z Afryki? O niemieckim społeczeństwie, które błyskawicznie starzeje się i pogrąża w polaryzacji? Można byłoby zażartować, że pewnie Karolowi Nawrockiemu chodzi o Amerykę Donalda Trumpa. Ostatecznie postulat, aby bezwolnie nie powtarzać tego, "co przychodzi z Zachodu", powinien także obejmować obecną administrację w Waszyngtonie, pomysły Marine Le Pen oraz retorykę Alice Weidel. Jak potępiać Zachód to konsekwentnie i po całości!
Cóż, my wiemy, że Święto Niepodległości z prezydentem na czele - tak naprawdę - służy nie tyle celebrowaniu dumy narodowej, ale przypomnieniu o tym, gdzie mamy wroga w kraju. To dziś partyjny, a nie narodowy punkt widzenia. Co można powiedzieć? Nie dajmy się łatwo wodzić za nos.
Jarosław Kuisz













