Reklama

Reklama

Zwyczajna polityczna korupcja

Mając pieniądze i władzę, można w Polsce wszystko, a nie mając władzy - można wszystko stracić. Przekonali się o tym Konfederaci (Winnicki, Tumanowicz), którym Robert Bąkiewicz (były narodowiec kupiony przez Kaczyńskiego za miliony złotych) próbuje do końca odebrać Marsz Niepodległości. Aby uczynić z niego święto władzy.

Ma wiele argumentów. Jego działalność promocyjna będzie lepiej widzialna i głośniej słyszalna od promocji Konfederatów, bo w przeciwieństwie do nich dysponuje budżetem państwa. Tą jego częścią, której mu łaskawie użyczą Kaczyński, Morawiecki, Gliński.

Bąkiewicz pokazuje, że można przedryfować z ONR do obozu władzy, byle za pieniądze, a jemu zapłacono dużo.

Liczy się "tajming"

O znaczeniu pieniędzy, wpływów, posad i innych wziątek w polityce przekonują nas Kukiz i jego posłowie. Przekonuje nas Łukasz Mejza (wybrany z list PSL-u, żeby głosować wraz z PiS-em). Przekonuje nas Jacek Saryusz-Wolski - wielokadencyjny europoseł PO, który z Platformy do PiS-u przeszedł, kiedy Kaczyński umocnił się już u władzy, a poparcie PO nie gwarantowało nawet pozostania w europarlamencie. Przy tej okazji miliony od PiS-u (przepraszam, z budżetu państwa, ale teraz państwo to PiS) otrzymała współzakładana przez niego uczelnia w Natolinie. 

Reklama

Każdemu wolno zmienić poglądy, już nie mówiąc o przynależności do partii, które same poglądy czasami zmieniają, jednak liczy się "tajming".

A kiedy jeszcze pieniądze od władzy można uzupełnić papierami gromadzonymi przez partyjno-państwowe służby czy prokuraturę, uzyskujemy sympatyczny miks kija z marchewką, któremu oprzeć się naprawdę trudno. 

Kto teraz uwierzy Kukizowi?

W drugą stronę - nie w sensie z prawa na lewo czy z lewa na prawo, nie w sensie z PiS do PO czy z PO do PiS-u, ale w sensie z obozu rządzącego, mającego pieniądze i władzę, do obozu bez władzy, mającego zatem także mniejsze pieniądze - wędrował Jarosław Gowin. Opuścił Tuska, kiedy ten rządził, a nie kiedy był w opozycji. A Kaczyńskiego zaczął krytykować nie wówczas, kiedy "Kaczor był dorzynany", ale kiedy ma władzę i wpływy wystarczające, by Gowina zniszczyć.

W drugą stronę wędrował też Kazimierz Michał Ujazdowski, który oskarżył Kaczyńskiego o łamanie Konstytucji i odszedł z PiS-u nie wtedy, kiedy Kaczyński był w opozycji, ale kiedy rządził.

Kto teraz uwierzy Kukizowi, kto uwierzy Saryuszowi-Wolskiemu? Ja mam problem nawet z uwierzeniem Michałowi Kamińskiemu i Pawłowi Kowalowi. Niby mówią słuszne rzeczy (z mojego punktu widzenia, którego nie muszą podzielać wszyscy czytelnicy moich tekstów), ale nie odeszli od Kaczyńskiego, kiedy ten rządził, tylko kiedy był w opozycji. I kiedy po przegranych wyborach prezydenckich 2010 roku wydawał się już "zaorany". Wtedy zresztą odeszli od Kaczyńskiego nawet Jacek Kurski i Zbigniew Ziobro. Wrócili, kiedy on wracał do władzy i kiedy im samym powrót do pieniędzy i władzy mógł zagwarantować.

Chodzić własnymi drogami

Ja sam nie jestem jakimś nieruchomym słońcem, wokół którego wszystko się zmienia, a ono trwa nieruchomo. Jestem raczej jedną z planetek miotanych przez grawitacyjne burze własnych błędów, odkryć, emocji, własnego rozumu i własnej głupoty. Jednak nie przyciąga mnie grawitacja władzy i państwowych pieniędzy. 

Z prawicowymi "pampersami" Wiesława Walendziaka poszedłem do telewizji publicznej w 1994 roku (i byłem razem z nimi z telewizji publicznej wysadzany w 1997 roku), kiedy rządziła postkomunistyczna lewica mająca wówczas za sobą sporą część postsolidarnościowych elit. Chroniła nas przed władzą - do pewnego momentu - ustawa o KRRiTV oraz zapisy Konstytucji. Nie łamali ich postkomuniści (może tylko dlatego, że nie czuli się wystarczająco silni), złamał je dopiero Kaczyński w 2015 roku.

W czasach rządów PO byłem w "Krytyce Politycznej", a nie w "liberalnych mediach", choć przekonywałem tam do liberalnego centryzmu, a kiedy na swoje pokoleniowe logo wybrali (z wyjątkiem Sławomira Sierakowskiego) Zandberga - nostalgika etatyzmu zakochanego w jak najwyższych podatkach i "darach" od państwa - to stamtąd odszedłem. 

Dorobku III RP i "transformacji" bronię z większą niż kiedykolwiek zaciekłością od 2015 roku, kiedy od prawa do lewa wszyscy Gierkowskim i komuszym nostalgiom ulegają. Nawet ci udający prawicę, którzy w głowach mają PRL, tylko że pod krzyżem, a nie pod czerwonym sztandarem, a na procesje Bożociałowe chodzą jak na marsze pierwszomajowe. 

Pamiętam, czym była PRL przed "transformacją", z całym moim pokoleniem wyczołgiwałem się z jej gospodarczych i społecznych ruin. Nie uważam więc Balcerowicza za kata, nawet jeśli przekonać go do czegokolwiek nie jest łatwo. Nie ma we mnie żadnej nostalgii za "realnym socjalizmem" - ani Kaczorowej, ani Zandbergowskiej.

Może się mylę, może nawet mylę się częściej niż mam rację. Ale wolę chodzić własnymi drogami, niż dopieszczać władzę i siłę. Władza i siła poradzą sobie bez moich pieszczot, a ja poradzę sobie (mam taką nadzieję) bez pieniędzy władzy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy