Reklama

Reklama

Zakazać wiz dla Rosjan? Berlin i Paryż są przeciw

Kolejny temat rozłupał Europę. Czy należy zamknąć granice do podróżnych z Rosji? Kraje sąsiadujące z agresorem zdecydowanie mówią "TAK". Francja i Niemcy - "NIE". Dziś w Pradze ostrego sporu ciąg dalszy.

"To nie jest w porządku, że Rosjanie mogą podróżować, przybywać do strefy Schengen i podziwiać atrakcje turystyczne, w tym samym czasie, kiedy Rosja zabija ludzi na Ukrainie" - ostro oświadczyła szefowa rządu Finlandii.

"Odwiedzanie Europy to przywilej, a nie prawo człowieka" - dorzuciła estońska premier.

Turystyka i mordowanie

To bodaj najbardziej wyraziste stwierdzenia polityczek z krajów sąsiadujących z Rosją. Geografia i historia mają tu znaczenie. Obawy o własną suwerenność, doświadczenie agresywnej polityki Kremla w przeszłości, brak złudzeń - przekładają się na zdecydowany język oraz ostrzejsze postulaty.

Reklama

Paryż i Berlin pozostają w defensywie. Zakaz wjazdu Rosjan do Unii Europejskiej na wizach turystycznych nie wyszedł od nich. Po raz kolejny w związku z toczącą się wojną widać postępujące odwrócenie kierunku inicjatyw. Cytowane polityczki, Sanna Marin oraz Kaja Kallas, usiłują narzucić pomysł politykom krajów Europy Zachodniej.

Defensywa i moralność

W odpowiedzi na apele ze wschodniej części Europy Francja i Niemcy wysmażyły list do ministrów spraw zagranicznych państw UE, z którego wynikać miałoby, że spór o wizy - w istocie - dotyczyć ma odpowiedzialności za wojnę w Ukrainie oraz sposobu jej rozwiązania.

Po pierwsze, gdy sąsiedzi Rosji mówią o odpowiedzialności wszystkich Rosjan za czyny prezydenta Putina i jego wojsk, Paryż i Berlin grubą kreską oddzielają władze rosyjskie od społeczeństwa. Nie powinniśmy się temu aż tak bardzo dziwić. Ten sam chwyt myślowy stosowano wobec nas. W polityce państw Zachodu przed 1989 rokiem również często oddzielano "zły rząd komunistyczny" od "dobrego społeczeństwa solidarnościowego". Starano się przy tym wówczas unikać myślenia w nieliberalnych kategoriach odpowiedzialności zbiorowej.

Po drugie, kontakty ze społeczeństwem rosyjskim, jak zakłada Francja i Niemcy, na dłuższą metę mogą przyczynić się do podważenia reżymu prezydenta Putina. Rosjanie będą przybywać do krajów UE, oglądać, jak się tutaj żyje, zdobywać nieocenzurowane wiadomości i być może kiedyś przyczyni się to do obalenia autorytaryzmu rosyjskiego. Aby nie być gołosłownym, w liście znajduje się taki passus: "Rozumiejąc obawy niektórych państw członkowskich w tym kontekście, nie powinniśmy lekceważyć transformacyjnej mocy doświadczania życia w systemach demokratycznych z pierwszej ręki, zwłaszcza dla przyszłych pokoleń".

Tu znów widać ślady myślenia kategoriami czasów zimnej wojny. Żyjące za Żelazną Kurtyną społeczeństwa - miały dość życia w ubóstwie oraz bez wolności słowa - aż rozsadziły reżymy od środka.

Puder czy złudzenia

Ze zdumienia otwieramy szerzej oczy. Czyżby ktoś nie zaktualizował oprogramowania? Nadal ktoś żyje jak "za komuny"?

Przecież bogaci i niebogaci Rosjanie w zasadzie bez problemu podróżują od dawna po Europie i świecie. Kto ciekawy, temu wiadomo, jak kto gdzie żyje na globie. Eksperci donoszą, że cenzura rosyjska jest dziurawa i, jeśli ktoś chce, to zdobędzie wiadomości bez większego trudu. Za polityką prezydenta Putina opowiadają się przedstawiciele rosyjskich elit, nie osoby nie mające pojęcia o świecie.

Może zatem listy z Paryża i Berlina to tylko polityczny puder? Może chodzi o chłodne kalkulacje, o ekonomiczne interesy wciąż przecież prowadzone z Rosją w wielu sektorach, z gazowym na czele.

Może to także chęć odgrywania dawnej roli na Starym Kontynencie, z niepisanym prawem pierwszeństwa do inicjatywy politycznej? W końcu Olaf Scholz właśnie z przytupem wygłosił w Pradze programowe przemówienie o przyszłości Unii Europejskiej.

Takie apele nic nie dadzą. Spór w Europie zaognia się w miarę trwania wojny w Ukrainie. Kraje UE, które obawiają się o swój los, bardziej zwracają uwagę na czyny, nie na słowa.

Co więcej, takie apele, jak list z Paryża i Berlina, wydają się niemoralne, wręcz trącą hipokryzją. Szef estońskiego MSZ przypomina o ludobójstwie, którego dopuszczają się Rosjanie na ludności cywilnej, i odwraca ostrze krytyki przeciwko Europie Zachodniej: "To, że w tych okolicznościach nie ma żadnych ograniczeń wjazdu dla obywateli państwa-agresora, którzy nadal mogą u nas spędzać urlop, robić zakupy czy omijać sankcje, jest moralnie nie do przyjęcia".

Coś się zmienia - i to nie bez zasadniczego powodu. Wnioski wyciągane z dawnych wojen wpływały na jednoczenie się Starego Kontynentu. Wnioski wyciągane z obecnej wojny - na naszych oczach - zmieniają dynamikę i układ sił w Unii Europejskiej.

Jarosław Kuisz, "Kultura Liberalna", autor podcastu "Prawo do niuansu"

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy