Reklama

Reklama

Stan wyjątkowy kontra inflacja. Co storpeduje rząd PiS?

W polskiej polityce rozpoczął się interesujący wyścig. Opozycja chciałaby zatopić rząd PiS krytykowaniem drożyzny. Tymczasem ów rząd "broni się" stanem wyjątkowym przy granicy. To osobliwe współzawodnictwo polityczne pomiędzy zagrożeniem znanym i nieznanym. Niestety dla opozycji więcej można ugrać, strasząc ludzi wielką niewiadomą - co potwierdzają ostatnie sondaże.

Ceny szybko rosną. Wartość naszych pieniędzy na kontach i w portfelach błyskawicznie topnieje. Wedle GUS w lipcu inflacja skoczyła z 5 proc. do 5,4 proc. w sierpniu. To rekord w skali 20 lat. Nic zatem dziwnego, że do słownika polityków powrócił termin "inflacja". I na pewno usłyszymy nie raz, zresztą słusznie, o szokujących zderzeniach Polaków w sklepach z cenami chleba czy masła. Rosną ceny paliw i nośników energii. Chętnie też drukowane są pieniądze.

Wysoka inflacja w zupełnie innym świetle stawia podwyżki płac czy emerytur, nawet słynne 500 plus. Chwilowa radość może przy takim tempie inflacji zamienić się w prędkie rozczarowanie. Opozycja, słusznie upatruje tutaj szansy, by rozczarowanym cenami Polakom wykazać, że rząd PiS sobie nie radzi, a sztandarowe programy pomocowe to jedynie fasada. W zderzeniu z rzeczywistością nieporadni politycy zawiodą. Czas zatem na powrót profesjonalistów. Donald Tusk już publicznie wstawiał się za osobami niezamożnymi, mówiąc m.in., że "inflacja jest najbardziej dotkliwym podatkiem i najbardziej dotyka biednych".

Reklama

Czy stan wyjątkowy uratuje rząd?

Jarosław Kaczyński, który żyje wyłącznie polityką, nie zamierza przyglądać się powrotowi Tuska z założonymi rękami. Sondaże poparcia zapewne studiuje równie uważnie co opozycja. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż to on był spiritus movens wprowadzenia stanu wyjątkowego przy granicy z Białorusią. W każdym razie dał zielone światło, licząc na sondażowe frukta. I nie pomylił się.

W ostatnich notowaniach opinii publicznej poparcie dla PiS nagle poszło w górę. W niedawnym sondażu IBRiS partia rządząca dobiła aż do 36,6 proc. Przeskakując Koalicję Obywatelską o bite 13 punktów proc. (poparcie wynosi około 23,1 proc.). A przecież jeszcze niedawno próbowano wykazywać sondażowe zrównanie się tych partii. Następna w sondażach "Polska 2050" Szymona Hołowni ma zaledwie 11,5 proc. poparcia.

Starcie trwa

Donald Tusk ma twardy orzech do zgryzienia. Humanitarna retoryka opozycyjnych mediów oraz części dziennikarzy, którzy nie kochają rządu PiS, jakkolwiek byłaby uzasadniona wartościami, sondażowo nie trafia do przekonania rodaków.

Niemałą rolę odgrywają także polityczne stereotypy. Na głowę Tuska posypały się twitterowe gromy za rzekomo "kunktatorskie" komentarze w sprawie sytuacji w Usnarzu Górnym. Lider PO robił, co mógł, aby zniuansować przekaz. W polaryzacji jednak nie jest łatwo poruszać się pomiędzy humanitaryzmem i jednocześnie nie zlekceważyć odczuć wyborców.

Sądząc po sondażach - ostatecznie niewiele to dało. Niedawno usłyszałem od wykształconego i dobrze sytuowanego człowieka słowa wypowiedziane z wyraźną dezaprobatą: "Ale ten Tusk to wpuściłby nam tych uchodźców...".

Dwa zagrożenia

W 2015 roku niechęć do obcych, którą zamanifestował Jarosław Kaczyński, okazała się, niestety, dobrym argumentem. Warto zrozumieć, dlaczego: ludzie bardziej obawiają się zagrożenia nieznanego. O uchodźcach czy imigrantach ekonomicznych można sobie wyobrażać dowolne rzeczy, dopóki nie staniemy z konkretnym człowiekiem twarzą w twarz. Wówczas wiele obaw się może się rozwiać. W praktyce jednak taki scenariusz trudny jest do wyobrażenia. Większość Polaków musiałaby tutaj liczyć na mass media, jako na pośrednika w przekazywaniu informacji o losach konkretnych osób. Na pewno jedną z przyczyn wprowadzenia stanu wyjątkowego - w szczególności dla mass mediów - jest właśnie to, aby tego humanizowania sytuacji na granicy z Białorusią nie robiono dalej.

Zagrożenie inflacją natomiast jest Polakom dobrze znane. W każdym razie lepiej poznane na własnej skórze niż wyzwania migracyjne w XXI wieku. Nie trzeba być znów aż tak wiekowym, by wspomnieć niedawne hiperinflacje w Polsce. Gdzie są te czasy, gdy inflacja w naszym kraju wynosiła nie 5,4 proc., ale na przykład 585,8 proc. (rok 1990)!

Całe lata 80. i początek lat 90. XX w. rekordowe hiperinflacje odczuwano w portfelach i w sercach. Nie ufano własnej walucie, szukając rozmaitych sposobów na ratowanie własnych zasobów, zabezpieczania bytu całych rodzin. Skarpety i słoiki zapełniały się "czarną walutą". Krótko mówiąc, nie do takich inflacji, jak obecna, Polacy mają wypracowane kody kulturowe i rozmaite strategie przystosowawcze. W 1991 roku nawet Maria Janion pisała o zjawisku inflacji na tle podglebia polskiej kultury.

Z tego wszystkiego dla polityków wynika wniosek poniekąd stary jak sama polityka: lepiej straszyć tym, co nieznane, niż tym, co znane. Jakkolwiek byśmy później my, obywatele, tego nie oceniali krytycznie z punktu widzenia wyznawanych wartości. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy