Reklama

Reklama

Rozstrzelanie rakietami Putina

Eksplozja na moście krymskim najwyraźniej dotknęła prezydenta Władimira Putina. Zemsta Kremla nadlatuje z nieba. Współcześnie ludność cywilną w odwecie za sukcesy przeciwnika rozstrzeliwuje się rakietami.

Jak Polska długa i szeroka znajdujemy miejsca pamięci po rozstrzelanych w czasie II wojny światowej rodakach. W odwecie za sukcesy podziemia żołnierze III Rzeszy stosowali strategię zbiorowej odpowiedzialności. Ludność cywilna miała być sterroryzowana, zdemoralizowana i niechętna do pomocy podziemiu. W naszej kulturze traumę okrutnych metod utrwaliły płótna Andrzeja Wróblewskiego z cyklu "Rozstrzelanie".

Czym innym są współcześnie rakiety prezydenta Putina? Kreml pragnie zniechęcić Ukrainę do podejmowania takich akcji militarnych, jak wysadzenie w powietrze części mostu krymskiego, którym zaopatrywano oddziały. Od poniedziałku Rosja chce nie tylko pokazać, że jeszcze na coś ją stać militarnie, ale pragnie także sterroryzowania społeczeństwa, by przestało ono popierać armię, zniechęciło się do wojny przed zimą.

Reklama

Kiedyś ustawiano niewinnych ludzi pod murem. Teraz na głowy przechodniów miast spadają nowoczesne rakiety. Okrutna "logika" ataku pozostaje ta sama, niestety.

Kto odpowiada za wojnę?

W wojnie ery smartfonów oglądamy skutki rosyjskiego bestialstwa na bieżąco. Zniszczone budynki mieszkalne, rozerwani na strzępy ludzie, relacje zgwałconych kobiet. Wydawałoby się, że te obrazy i słowa wybiją z głów niedorzeczne komentarze. Nic podobnego. 

Kilka dni temu miałem okazję debatować z Jeffreyem Sachsem podczas Athens Democracy Forum. Ceniony profesor z Uniwersytetu Columbia przekonywał publiczność, że Stany Zjednoczone są współodpowiedzialne za wybuch wojny ukraińskiej. Rzecz sprowadzała się zatem do tego, że część odpowiedzialności za naciśnięcie guzików, które odpalają rakiety spada na Waszyngton i inne kraje NATO. Podkreślam, że te słowa padły zaledwie kilka dni temu. I Sachs zdecydowanie nie jest osamotniony w swoich opiniach.

Mądrości zza biurka

Aż ciśnie się na usta: ileż to już mądrości usłyszeliśmy na temat aktualnej wojny. Przed lutym 2022 roku słyszeliśmy, że "nie będzie wojny, bo to się Rosji nie opłaca". Wojna wybuchła. Później dowiedzieliśmy się, że "sankcje szybko złamią gospodarkę rosyjską". Jak dotąd nie złamały.

Teraz słyszymy, że odpowiedzialność za wojnę ponosi ktoś inny niż ten, kto podejmował decyzję. Być może chce w ten przewrotny sposób dodać powagi swojemu krajowi? Być może chce się wykazać, że zawsze za wszystkim stoi Ameryka, zaś wola znajdowania się w NATO wyrażana przez Finów, Estończyków, Polaków czy Ukraińców to tylko jakieś fanaberie spod znaku samostanowienia narodów i praw człowieka?

Bon moty funta kłaków

Wśród najmodniejszych "bon motów" początku października krążą teraz dwa absurdalne stwierdzenia.

Pierwsze: "im Putin słabszy, tym groźniejszy". Wynikałoby z tego, że w lutym 2022, gdy wierzył we własne siły wojskowe i atakował Kijów, był mniej niebezpieczny? Proszę to powiedzieć rodzinom ofiar obecnych ataków rakietowych i wcześniejszych aktów barbarzyństwa.

Drugie: "jeśli Putin użyje broni jądrowej, wykluczy się z klubu państw cywilizowanych". Jeśli legitymizowane przez Kreml zbrodnie w Buczy i innych miejscach tego nie zrobiły, trudno powiedzieć, jaką wartość ma taki "klub". Ten argument więcej mówi nam o lękach i pobożnych życzeniach wypowiadających te słowa niż o ograniczeniach władzy Władimira Putina.

Być może wojna pogrąży prezydenta Rosji, być może nie, jedno jednak jest pewne: atakując Ukrainę, chciał on pokazać rodakom i całemu światu, że gwiżdże na zdanie międzynarodowej wspólnoty, że jest całkowicie niezależny od znienawidzonego Zachodu i jego wartości. Chciał nareszcie poczuć wolę mocy, być suwerenny - bez jakichkolwiek ograniczeń. A później? A "choćby potop".

Jarosław Kuisz, Kultura Liberalna, autor podcastu "Prawo do niuansu".

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy