Reklama

Reklama

Putin nas ogrywa

Żarciki z Kremla. - A nie powiem! – Władimir Putin z szelmowskim uśmiechem zbył pytanie, czy nad Rosją mogłoby dojść do przechwycenia samolotu z jakimś przeciwnikiem reżymu. Tak jak to miało niedawno miejsce nad Białorusią. Przy okazji prezydent Rosji nie bez satysfakcji zakomunikował, że zakończono już układanie rur pierwszej nitki Nord Stream 2. Polityk w ogóle ma powody do tryskania dobrym humorem.

Dopiero co z podobnym ukontentowaniem Putin podsumowywał spotkanie z Aleksandrem Łukaszenką: "Budujemy wzmocnioną Unię między Rosją a Białorusią". Uzależnienie Mińska od Moskwy wyłącznie postępuje, czego symbolicznym odzwierciedleniem stała się właśnie deklaracja chęci upamiętniania dnia 17 września 1939 roku. Tym samym Łukaszenka zanurza się przecież w odmętach rosyjskiej polityki historycznej Putina.

Na Białorusi jednocześnie trwa terror i represje, od których wielu polityków Unii Europejskiej chętnie odwraca głowę.

Tyle że to my sąsiadujemy z krajem, którego lider używa Polski jako propagandowego straszaka, prześladuje swoich obywateli i ekspresowo pogłębia uzależnienie od Rosji.

Reklama

A Terlecki twittuje

Na tym tle należałoby analizować sławne czy niesławne słowa marszałka polskiego Sejmu, Ryszarda Terleckiego o wizycie opozycjonistki białoruskiej, Swiatłany Cichanouskiej.

Przypomnijmy, że o byłej kandydatce na prezydenta Białorusi, nasz polityk PiS napisał: "Jeżeli Cichanouska chce reklamować antydemokratyczną opozycję w Polsce i występować na mityngu Trzaskowskiego, to niech szuka pomocy w Moskwie, a my popierajmy taką białoruską opozycję, która nie staje po stronie naszych przeciwników" [podkreślenie moje].

W następnej wypowiedzi na Twitterze polityk w zasadzie podtrzymał swoje stanowisko. W każdym razie trudno powiedzieć, aby ugryzł się w język. W długim wpisie znajdujemy takie słowa : "pani Cichanouska zgadza się brać udział w mityngu opozycji, która w Polsce nie uznaje wyniku demokratycznych wyborów, kwestionuje legalność państwowych instytucji i wspiera łamiących prawo sędziów".

Do wywodu marszałka nie pasowało zupełnie to, że opozycjonistka gościła w pałacu prezydenta Andrzeja Dudy.

Tak zwane "włamanie na konto"

O twittach marszałka Sejmu oczywiście napisano dużo niepochlebnych słów. Nie tylko opozycja odniosła się do nich krytycznie. Jarosław Gowin, niezmiennie koalicjant, wicepremier i prezes Porozumienia, stwierdził:

"Przez cały czas jestem przekonany, że doszło do jakiegoś włamania na konto marszałka Terleckiego, bo nie wyobrażam sobie, żeby spod jego palców mógł wyjść taki wpis".

Tym samym podsunął najbardziej dyplomatyczny scenariusz wycofania się z twarzą. Zasugerował przy tym, żeby nie lekceważyć, iż Terlecki wypowiadał się w piątkowy wieczór.

Pomimo to, na pierwszy plan wysuwają się zupełnie elementarne pytania.

·      Czy marszałek Sejmu nie orientuje się w zmianach w aktualnej polityce międzynarodowej?

·      Czy lokalne spory z opozycją, która dopiero co przegrała wybory z jego partią, są dla niego naprawdę ważniejsze niż interesy naszego państwa?

·      Czy wreszcie zapomniał, że pełni urząd, który zmusza pewnej powściągliwości w słowach?

Jeśli on nie ma zmysłu proporcji, to powinna go wykazywać partia, którą reprezentuje. Nie sądzę jednak, by można było mówić o dymisji Terleckiego na żądanie opozycji, choćby i było to uzasadnione polską racją stanu.

Zamachy stanu jak króliki

Właśnie dlatego, jak się wydaje, w tej sprawie ważne jest coś jeszcze: pogłębiające się zamknięcie w obrębie własnych mass mediów, które nie tylko potwierdzają pewną wizję świata, ale, zależnie od bieżących potrzeb polityków, dodają do niej kolejne elementy - często zupełnie zmyślone.

Na przykładzie Terleckiego widać, że można przecież skonstruować sobie w głowach taką "rzeczywistość", w której jako groźniejsze dla Polski zostanie przedstawione lokalne spotkanie Swiatłany Cichanouskiej z Trzaskowskim niż zacieśniające się związki polityczne Łukaszenki z Putinem (do którego, w tym ujęciu, miałaby dołączyć Cichanouska). 

A następnie - do tej fabuły - dodawać kolejne wątki. Np. jeden z wspierających Terleckiego redaktorów domaganie się respektowania wyniku wyborów w Mińsku zrównał z wyobrażonym przez siebie "obalaniem władz w Warszawie".

Zacytujmy: "Białoruska opozycja musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy uważa Polskę za drugą Białoruś (...), czy też jednak nie podziela tej tezy. Musi sobie też odpowiedzieć na pytanie, czy chce obalać władze w Mińsku, czy jest także w jakimś stopniu zainteresowana obalaniem władz w Warszawie, a w szerszej perspektywie - całego porządku społecznego" [znów podkreślenie moje].

W publicystyce tego typu po "pucze" i "zamachy stanu" sięga się bardzo chętnie, mnoży się je i eskaluje niemal rozrywkowo - zupełnie bez oglądania się na polityczną wagę tych terminów.

Korzyści z mętnej wody

Jak długo może trwać budowanie fikcji w miejsce relacji o faktach?

Długo, bardzo długo, ale tak długo, jak na to pozwala geopolityczny układ sił w naszej części świata - czyli aż do zderzenia z rzeczywistością, o czym minione pokolenia naszych rodaków miały okazję przekonać się nadto boleśnie.

Teoretycznie łukaszenkowe komemoracje 17 września powinny nas nieco ocucić, w praktyce jednak nie liczyłbym na to. Jako że w tej chwili - przynajmniej krótkoterminowo - na międzynarodowym horyzoncie nie ma gęstych, ciemnych chmur, lokalne zabawy w konstruowanie fikcji politycznych będą trwały w najlepsze.

Po nazizmie i komunizmie wiemy, że celem politycznej propagandy nie musi być wcale przekonanie do własnych wywodów, ale wywołanie zamętu poznawczego u odbiorców.

Obywatele ostatecznie nie wiedzą, co jest prawdą, co fałszem, czy dane prawo obowiązuje, czy nie, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem itd. - w takiej sytuacji można de facto zwiększać pulę własnej władzy.

Ten medal ma drugą stronę. Wiadomo, że poza pewną granicą zaczyna wierzyć we własne wyobrażenia o świecie, odrzuca to, co do niego nie pasuje. I tym bardziej podtrzymuje się obraz świata fikcyjnego, który współtworzyło się z dużym zaangażowaniem, choćby pisząc o wydarzeniach, które nigdy nie miały miejsce, czy udając, że pewne zdarzenia czy procesy nie mają miejsca. Ostatecznie jednak wprowadza się w błąd nie przeciwnika czy wroga, ale po prostu własnych obywateli, o czym kiedyś pisała Hannah Arendt.

Reasumując, na razie sytuacja Polski pozwala na fabrykowanie politycznych seriali i mówienie, co ślina na język przyniesie. Będzie się zatem dalej prężyć chude muskuły, zajadle atakować opozycję, mnożyć epitety i wznosić kolejne piętra fabuły na potrzeby krajowe.

Ale w tym czasie Putin kończy "Nord Stream 2", umacnia wpływy na Białorusi i dalej uśmiecha się z wyraźnym samozadowoleniem. Ostatecznie przecież w geopolitycznych rozgrywkach ocenia się skuteczność, a nie najciekawsze nawet fikcje.

 

 

 

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje