Reklama

Reklama

Powrót Tuska. Część 3

Zimą 2019 roku od Bałtyku po Tatry lotem błyskawicy przeleciała wiadomość o powrocie Donalda Tuska. W mass mediach wypłynęła zagadkowa nazwa: "Ruch 4 czerwca". Atmosfera tajemnicy prowokowała do pytań i spekulacji. Dlaczego nie z Platformą? Co z Koalicją Europejską? Co na to Grzegorz Schetyna?

Oczywiście nie ma żadnego sensu przypominanie o udzielanych wówczas (w 2019 r.) odpowiedzi, skoro o samym pomyśle ruchu społecznego (nazwą nawiązującym do wyborów z 1989 roku) zapewne już Państwo spokojnie zapomnieli.

Do dwóch razy sztuka

"Technicznie" rzecz biorąc, drugim pomysłem na powrót było kandydowanie Tuska na urząd prezydenta. Przez całe miesiące ten i ów polityk opozycji, także sam Schetyna, stwierdzał, że właśnie były premier byłby najlepszym kandydatem PO w wyborach na prezydenta Polski. Dywagacje rozciągały się w czasie, bo należało czekać do zakończenia kadencji szefa Rady Europejskiej, która upływała 1 grudnia 2019 roku. Niepewność utrudniała start innym kandydatom z szeregów PO.

Reklama

Niemniej spekulacje były uzasadnione. Tusk w połowie 2019 roku oświadczył dziennikarzom, że umawia się z nimi na 2 grudnia: - To jest poniedziałek, mogę konkretnie w waszej stacji opowiedzieć o tym, jak widzę dalszą przyszłość polityczną Polski i swoją.

Niby niewiele, a jednak znów w politycznym światku ruszyły zakłady i deliberacje. Badano dokładnie sondaże opinii, liczono na odwrócenie niekorzystnych trendów. Dni mijały, ale nic się nie działo. Zaczęto powątpiewać w wolę powrotu byłego premiera. Wreszcie z szeregów PO zaczęto naciskać, by Tusk nie blokował szans koleżanek i kolegów, jeśli nie zamierza wystartować w prezydenckim wyścigu.

W tej sytuacji, nie czekając do umówionego spotkania, bo już w listopadzie 2019 roku polityk zebrał dziennikarzy w Brukseli i oznajmił, że "nie będzie kandydował w zbliżających się wyborach prezydenckich".

Warto pamiętać podane wówczas uzasadnienie: - Uważam, że możemy te wybory wygrać, ale do tego potrzebna jest kandydatura, która nie jest obciążona bagażem trudnych, niepopularnych decyzji, a ja takim bagażem jestem obciążony od czasów, kiedy byłem premierem.

Na zakończenie - w swoim stylu - Tusk dorzucił, że owych decyzji wcale nie zamierza się wypierać. Wielkie nadzieje roku 2019 rozpierzchły się ostatecznie. Przypominam sobie doskonale, jak wiele osób wtedy opuściło głowy i załamało ręce. Zaczęto otwarcie pisać o Tusku - "politycznym emerycie".

Trzeci raz

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki? To nie znaczy, że nie można tego uczynić po raz trzeci. Kilka dni temu Tusk wypowiedział się na temat swojego powrotu do polityki w 2021 roku. Enigmatycznie, ale jednak raczej "na tak" niż "na nie".

Były premier oświadczył: - Mentalnie, emocjonalnie, życiowo jestem gotów podjąć każdą decyzję, żeby pomóc odwrócić niebezpieczny dla Polski bieg zdarzeń. Cały czas tu jestem!.

Z prasy dowiedzieliśmy się, że były premier odbył poufne rozmowy sopockie z Borysem Budką, który ponoć zgodził się ustąpić mu stanowisko przewodniczącego PO. Zarysowano zdumiewający scenariusz, wedle którego Tusk miałby przejąć od Budki swoją partię, nie wchodząc w kolizję z Rafałem Trzaskowskim ani z innymi inicjatywami na opozycji.

Aleksander Kwaśniewski, którego w jednym z wywiadów zapytano o komentarz na temat powrotu Tuska, był najwyraźniej znudzony. Wreszcie wykrzesał z siebie nieco energii, by słusznie stwierdzić, że były premier musiałby to zrobić na 100 proc. Wyraźnie nie miał ochoty na komentowanie szerzej tego trzeciego czy którego tam "come back`u" Tuska. Robił to przecież tyle razy. 

Dlaczego teraz?

Skonfrontujmy znużenie Kwaśniewskiego z Państwa opiniami. Wedle badań sondażu IBRIS, 46,3 proc. respondentów uważa, że "powrót Donalda Tuska zwiększy szansę na zwycięstwo opozycji z PiS". Przeciwnego zdania jest 36,4 proc. Aż 17,3 proc. nie ma zdania lub nie wie.

W tej chwili nie ma na horyzoncie żadnych wyborów ogólnokrajowych. Ani do parlamentu, ani na urząd głowy państwa. Co prawda, zawsze pod ręką są wybory przyśpieszone - ale to są wybory hipotetyczne, które od opozycji nijak nie zależą.

Dziś scenariusze sopockich rozmów Tuska i Budki, gdyby w ogóle miały stać się ciałem, za cel mają ratowanie Platformy, pikującej w sondażach. Dopiero w drugim kroku - ponowne wejście Tuska do krajowej polityki mogłoby oznaczać podjęcie się rozgrywek na opozycji, w tym opozycji wobec niego samego w szeregach PO.

Nie każdy się bowiem cieszy. "Bagaż trudnych, niepopularnych decyzji" z lat 2007-2015 przecież nie znikł. Cały szereg polityków opozycji próbuje odnaleźć się na pozycjach liderów. Padły rozmaite deklaracje. Choćby w trakcie prezydenckiej kampanii wyborczej Trzaskowski powiedział na spotkaniu z mieszkańcami Skierniewic: - Nie ma już Donalda Tuska w polskiej polityce. I dzisiaj przyszedł czas, aby w polskiej polityce nie było Jarosława Kaczyńskiego.  

Sondażowo powrót Tuska nie wygląda aż tak źle, jak tego chcą Tusko-sceptycy.

Jednak  nawet z szeregów PO słuchać tyleż wyrazy nadziei na odmianę losu, ile prawdziwe zniecierpliwienie serialem, niebezpiecznie dryfującym w stronę opery mydlanej. Tym bardziej, że na Twitterze Paweł Graś - w imieniu Tuska - uciekł w mowę ezopową: "W powodzi dzisiejszych doniesień, komentarzy i opinii, chciałbym przypomnieć kluczowe zdania z ostatniego wywiadu Tuska dla TVN: - Czytam różne scenariusze, ale to nie są moje scenariusze. Ja sobie sam piszę scenariusze.

I bądź tu mądry.

Bidenowska nadzieja

Ostatecznie rzecz zatem sprowadza się do pytania: czy Państwo w ogóle czekają na Tuska? Na ile sondaże odzwierciedlają stan ducha wyborców opozycji?

Zwolennicy Konfederacji - na pewno na Tuska nie czekają. Część wyborców, wcale niemała, właśnie wiąże nadzieje z Szymonem Hołownią i jego ruchem. Lewica po remoncie nie ma ochoty na chowanie się znów pod parasolem liberałów. W szeregach PO niektórzy bardziej wierzą w inicjatywy Trzaskowskiego niż w realny powrót Tuska.

Czy to oznacza, że Tusk nie ma szans? Oczywiście nie.

W polityce III RP szuka się prawideł. Powroty Lecha Wałęsy czy Kwaśniewskiego nie udały się, więc były lider PO także skończy marnie. Z drugiej jednak strony, choćby przykład wielkiego rywala, Jarosława Kaczyńskiego, świadczy o tym, że raczej liczy się owo zaangażowanie na 100 proc.. Oznacza ono gotowość do wielkich upokorzeń, których polska polityka dostarczyłaby Tuskowi na dzień dobry. Zdrady, podkopywanie pozycji, spadek europejskiego prestiżu - po fali początkowego entuzjazmu Tusk musiałby zmierzyć się z typowymi nieprzyjemnościami, zawiedzionymi nadziejami, zażartymi atakami nie tylko ze strony PiS-u, ale także Nowej Lewicy.

Na rzecz Tuska grać może coś, co dałoby się nazwać, "efektem Bidena". Przy okazji amerykańskich wyborów niektórzy skonstatowali, że wygrywać wcale nie muszą politycy młodzi. Co więcej, nawet w XXI wieku możliwe jest porwanie tłumów na rzecz liberalnej demokracji, w imię powagi i przewidywalności.

Niektórzy po stronie opozycji idą nawet dalej. Na przykładzie USA sądzą, że era narodowego populizmu była tylko epizodem, turbulencjami, po których można będzie wrócić do polityki sprzed 2015 roku. W tej interpretacji, Donald Trump czy Jarosław Kaczyński byliby nie awangardą ideologiczną, lecz "wypadkiem przy pracy", niezbędną populistyczną korektą, która co jakiś czas przydarza się w żywej demokracji. Taki sposób myślenia po stronie opozycji przywraca nadzieję, bez której trudno sobie wyobrazić zwycięstwa w polityce. 

Na korzyść Tuska - teoretycznie - gra jeszcze jedno: w szóstym roku rządów Jarosława Kaczyńskiego miejsce na charyzmatycznego lidera, prawdziwego sparing partnera wagi super-ciężkiej - pozostaje puste. Hołownia jest poza parlamentem. Trzaskowski jeszcze nie odpalił swojej inicjatywy.

"Sobie sam piszę scenariusze"

W 1946 roku George Orwell napisał, że w życiu prywatnym ludzie na ogół kierują się zmysłem realizmu, mocno trzymają się ziemi. W odniesieniu do życia politycznego natomiast potrafią zupełnie stracić rozsądek. Polityka okazuje się dla nich "światem, w którym jest całkiem możliwe", światem, w którym dwa razy dwa nie będzie cztery.

Może okazać się, że w przypadku Tuska przeważą namiętności. I to irracjonalne pragnienie ratowania własnego dziecka, Platformy, sprawi, że polityk wróci w chwili, gdy wcale nie wydaje się to ani najbardziej korzystne kalendarzowo, ani gwarantujące spokojną wygraną.

W tej chwili jednak sprawa pozostaje w zawieszeniu, dokładnie tak, jak w 2019 roku. Zamiast jasnych decyzji - są ezopowe oświadczenia. Upór i gotowość do poświęceń zastępują dywagacje. Spotkania z wyborcami - wyręczają sondaże.

Z pewnością, jak przypomniał Graś, były premier "sobie sam pisze scenariusze". Jednak ten dotychczas realizowany już bardzo dobrze znamy. On efektu Bidena nad Wisłą nie przyniesie.

W tej chwili opozycji potrzeba czegoś więcej niż słów.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy