Reklama

Reklama

Marine Le Pen oddaje Rosji Ukrainę (w Warszawie)

USA alarmują o możliwości ataku Rosji na Ukrainę. W tym czasie nasz rząd fetuje polityków, którzy publicznie twierdzą, że Ukraina należy do sfery wpływów Rosji.

Dokładnie 30 lat temu rozwiązano Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. W grudniu 1991 roku, zawarte na terenach dawnej I Rzeczypospolitej porozumienie białowieskie, podpisali Borys Jelcyn, Stanisław Szuszkiewicz oraz Łeonid Krawczuk. Powołano do życia Wspólnotę Niepodległych Państw i wysłano na przedwczesną emeryturę polityczną Michaiła Gorbaczowa, ostatniego lidera radzieckiego państwa. Może byłby to powód melancholii nad pychą człowieka i upadkiem wielkich mocarstw, gdyby nie to, że dopiero co świat obiegła wiadomość o przekazaniu sojusznikom przez amerykański wywiad dowodów na możliwość wznowienia agresji militarnej Moskwy.

Reklama

Blef prezydenta Władimira Putina czy nie? Nikt nie zna odpowiedzi. Niemniej w okamgnieniu przypomniano sobie, jak wielu Rosjan do dziś żałuje rozpadu sowieckiej ojczyzny. Myśl o odzyskaniu dawnych wpływów geopolitycznych, ściśle powiązana z przekonaniem, iż znów można stać się ofiarą ataku z zewnątrz, jak w 1812 czy 1941, tworzy w głowach toksyczną mieszankę wybuchową.

Polska znajduje się w szczególnej sytuacji. Ostatnie 300 lat historii wystarczyć powinno za branie na poważnie zagrożeń ze Wschodu. Teoretycznie wszyscy hołdują temu stanowisku, zarówno rząd i opozycja. Trzeba jednak zestawić słowa z czynami, by zdać sobie sprawę z tego, co wyprawia polska dyplomacja. Z jednej strony usta polityków są wypchane frazesami na temat maksymalnej suwerenności geopolitycznej, z drugiej zaś podejmują oni decyzje, których właśnie z tego punktu widzenia niepodobna ocenić pozytywnie.

Uśmiech Le Pen w Warszawie

Oto w Warszawie zwołano polityczny "salon odrzuconych", polityków drugiej ligi, którzy wierzą, że znajdą się w pierwszej. Może tak, może nie. Niemniej mocno postawiono na jedną kartę. Weźmy przykład francuski. Kandydatów do urzędu głowy państwa jest cały bukiet. Rząd PiS zaprosił aktualnie pozbawioną wpływów, prorosyjską Marine Le Pen, fetując ją niczym głowę państwa.

Nie wiem, czym zajmują się nasze służby dyplomatyczne, ale wybór dowodzi tyleż dalekiej od standardów dyplomacji skłonności do ryzyka, ile słabej znajomości realiów nad Sekwaną. Francuski wyścig wyborczy o prezydenturę w 2022 roku już się zaczął, faworyci zmieniają się miejscami. Właśnie na skrajnej prawicy widać to znakomicie. Owszem, jeszcze kilka miesięcy temu Le Pen była pewniakiem do drugiej tury. Nagle jednak pojawił się kontrkandydat, niepokorny dziennikarz, Eric Zemmour, który w sondażach zaczynał skromnie z ok. 5,5 proc. (czerwiec), by dobić do 17 proc. i prześcignąć Le Pen (w połowie października). Fetowana przez nas polityczka z 28 proc. poparcia osunęła się do 16 proc. Zemmour twierdził publicznie, że Le Pen jest intelektualnie słaba i nie umie wygrywać.

Walka jest zażarta. Rozpędzony przez tygodnie Zemmour dostał zadyszki, obecnie zjechał do 13 proc., Le Pen nieco się podniosła do 20 proc. Jednak to o jego konwencji media francuskie trąbiły na lewo i prawo. Le Pen ma rozpoznawalne nazwisko, to jednak nie gwarantuje sukcesu ani wpływów.  

To jednak tylko wycinek, albowiem w prawyborach centroprawica właśnie wyłoniła kandydatkę, której nazwisko nic Państwu nie powie. Niemniej może tu zadziałać prawidło: gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta.

Kto jest naszym sojusznikiem?

Wspominam o tym, albowiem postawienie przez nasz rząd na jednego z całej puli kandydatów w tej sytuacji dowodzi braku rozpoznania zagranicznego terenu. Chęć zagrania na nosie politykom "mainstreamu" w kraju i poza nim niekiedy okazuje się ważniejsza od zmysłu rzeczywistości i realnego myślenia o zagwarantowaniu naszej suwerenności.

Fakt, że w sytuacji realnego zagrożenia ze strony Rosji, o którym nas zawiadamia amerykański sojusznik, stawiamy na polityczkę, która może wygrać, ale - uwaga - może też nie wygrać, dowodzi brawury. Co więcej, mowa o polityczce, która w sprawie geopolityki wypowiada się z daleko idącą swobodą (np. to, że Francuzi zapłacą za Turów, proszę włożyć między bajki).

Le Pen opowiada, co jej ślina na język przyniesie, bo nie poniesie za to żadnych konsekwencji. Jej zdania są nieznośnie lekkie. Niemniej słowa o tym, że Ukraina należy do sfery wpływów Rosji, inaczej wybrzmiewają nad Sekwaną, inaczej nad Wisłą.

Politycy tacy jak Le Pen, gdyby kiedykolwiek zdobyli władzę, będą kierować się wyłącznie własnym, geopolitycznym interesem - i to w stopniu nie umiarkowanym czy dużym, ale skrajnym. Nasza część Europy to dla takich polityków obszar, który kiedyś na mapach podpisywano "hic sunt leones". Nie wiadomo, dlaczego w przyszłości w jakimś wywiadzie - gdyby to było akurat dla niej korzystne - nie miała by powiedzieć, że również Polska, Litwa, Łotwa i Estonia należą do sfery wpływów Rosji? Jak kiedyś do ZSRR?

Politycy rządowi próbowali pudrować całe to "faux pas" np. atakami na dwuznaczne biznesowo niemieckie powiązania z Rosją. Tyle że to typowe odwracanie uwagi, z którego praktycznie NIC dla naszego bezpieczeństwa nie wynika. Bo to oczywiste, że można krytykować jedno i drugie.

W sprawie Le Pen lepiej byłoby się przyznać się do błędu, wyciągnąć wnioski z tej dramatycznej pomyłki i przestać w Europie obstawiać polityczną drugą i trzecią ligę. W imię naszego bezpieczeństwa nawet przełknę, jeśli politycy rządowi nie przeproszą nas publicznie za ten brak dyplomatycznego rozeznania i rozsądku. Trudno. Ważniejsze, by wyciągnęli wnioski - byle na serio, byle szybko.

Tylko... czy można na to liczyć?

Jarosław Kuisz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy