Reklama

Reklama

Maciej Stuhr chce emigrować

My, Polacy, słyniemy z gościnności. Tak przynajmniej kiedyś uczono dzieci. Przypominam sobie, jak w latach 80. ubiegłego wieku w szkole podstawowej zapewniano nas, że to "staropolska" cecha charakteru narodowego. Fakt, że na korytarzu wisiał plakat przypominający kolejną rocznicę rewolucji październikowej, sprawiał, że miało to swój niepowtarzalny smak.

Reklama

To "świat wczorajszy". W ostatnich latach jakby naszej szczodrości i gościnności mniej. Ba, niektórzy z nas chcą okazać się wręcz ostentacyjnie niegościnni - i to nie tylko względem cudzoziemców, ale nawet wobec własnych rodaków.

Reklama

W ubiegłym tygodniu to właśnie spotkało Macieja Stuhra. Gdy wyznał, że w reakcji na sytuację polityczną w kraju rozważa emigrację, "zaczęło się". Z brzegów kultury osobistej wystąpiły fale komentarzy. Huzia na Józia czy, jak kto woli, z obca "hejt". Podczas gdy aktor pytał, czy chce mu się jeszcze być patriotą, grubymi słowami zachęcano go do wyjazdu - i to w podskokach.

Niektórzy sądzą, że mamy nadmiar wybitnych artystów i można sobie nimi lekko szafować. Więcej, niektórzy uważają chyba, że w ogóle jest nas za dużo, jakby około 2 milionów rodaków (5% populacji) nie opuściło kraju. Żyjemy  w czasach niżu demograficznego oraz pandemii z podwyższonym poziomem śmiertelności. W 2021 wiemy też na podstawie oficjalnych danych, że program "Rodzina 500 plus" nie przyczynił się do zwiększenia dzietności. Krótko mówiąc, patrioci powinni dbać o to, aby jak najwięcej rodaków pozostało nad Wisłą.

A jednak jest inaczej

Sprawa ewentualnej emigracji Stuhra, jak i nieprzychylnych reakcji, wykracza poza jedną wypowiedź w głośnym wywiadzie. Aktor przyznał przecież, że nie tylko on sam, ale "wiele osób w środowisku" rozważa wyjazd z Polski. Znamy podobne, wcześniejsze deklaracje innych gwiazd.

Na pytanie, dlaczego Polak chciałby emigrować z niepodległej Polski, odpowiedź tylko pozornie jest prosta. Oczywiście aktor reaguje na pięć lat polityki "Prawa i Sprawiedliwości", na styl jej uprawiania, w szczególności na zaostrzenie prawa aborcyjnego przez Trybunał Konstytucyjny. Poczucie bezsilności, braku wpływu na sprawy publiczne, miesza się tutaj z reakcją na narzucanie prawnym trickiem hierarchii wartości, z którą Stuhrowi nie po drodze.

Jednak pod wymiarem bieżącej polityki, jak sądzę, kryje się coś jeszcze. Spod słów Stuhra, jak i wielu, wielu innych osób rozczarowanych sposobem uprawiania polityki po 2015 roku, przebija zdanie: "To nie tak miało być w wolnej Polsce". Obecną sytuację polityczną, kierunek, w którym biegną sprawy publiczne, interpretuje się jako zbiorową porażkę, kolejny przejaw polskiego szaleństwa, które tyleż porywa głowy i serca, ile od rozbiorów i powstań wiadomo, do czego może prowadzić. Niemało osób jeszcze pamięta atmosferę przygnębienia po grudniu 1981 roku. Głębokie rozczarowania są rewersem głębokiego zaangażowania.

Od ponad 200 lat uczucie zbiorowej porażki politycznej wyzwala reakcje emigracyjne. Podam najstarszy z przykładów, który w ostatnich latach znalazłem.

"Żywiłem taką niechęć do swego kraju po okropnych scenach, których byłem świadkiem w okresie rozbioru, że wracałem z mocnym postanowieniem zapewnienia sobie najskromniejszej choćby egzystencji, byle poza Polską".

Tak napisał w wybornych "Pamiętnikach" Stanisław Poniatowski (nie, nie ostatni król Polski, lecz jego błyskotliwy synowiec).

Takie reakcje na klęskę polityczną nie bez powodu wejdą w nawyk i będą powtarzane w XIX i XX wieku.

Kto ma podobny kłopot?

W 2021 roku, jak widać, brzmią one jednocześnie odlegle i podejrzanie znajomo. Dla niektórych Polaków rządy PiS to droga do narodowej zguby. Dla innych - jedyna gwarancja ochrony przed narodową zgubą. Strony sporu - pod powierzchnią epitetów na forach internetowych - sięgają do najgłębszych pokładów kodów kulturowych polskości.

Gdy Stuhr dzieli się wątpliwościami: "Może trzeba rzucić kraj, wyjechać w cholerę, żyć gdzie indziej, przestać się zamartwiać tym, co się dzieje w Polsce?" - widać, że jedną z arcypolskich reakcji na poważny kryzys jest właśnie myśl o emigracji. Drugą zaś będzie defensywny komentarz w stylu: "Jedź, jedź. Tylko tak gadasz, ale nie wyjedziesz. A jak wyjedziesz, na pewno będzie ci gorzej".

Opowiadał mi kiedyś kolega, młody historyk z Dublina, że Irlandczycy mają podobny kłopot. W obliczu wewnętrznych czy zewnętrznych trudności politycznych, muszą powstrzymać stary nawyk porzucania kraju, emigrowania, szukania szczęścia gdzie indziej. Ci, którzy zostają na wyspie, reagują na to nerwowo. Warto zaznaczyć, że to arcyirlandzkie przyzwyczajenie wspominał w kontekście nie dawnych dziejów, lecz niedawnego przecież kryzysu finansowego z lat 2008-2013. Nasz kryzys praworządności przyszedł zaledwie dwa lata później.

Tradycja oczywiście zobowiązuje. Zachowujmy w pamięci słynne zdanie Melchiora Wańkowicza o rodakach, iż tu "szewc zazdrości kanonikowi, że został prałatem".

Powolna zmiana trendów

Jednak mamy XXI wiek. I życzenie któremukolwiek rodakowi, który odniósł sukces, "emigracji w podskokach" domaga się ustawienia w perspektywie tony współczesnych problemów do rozwiązania w życiu publicznym (poczynając od systemu emerytalnego). O przekleństwie "emigracji zdolności" (tak nazywano "drenaż mózgów") w 1899 roku w Grodnie pisał nie kto inny, a Eliza Orzeszkowa. Czy jeśli za kilka lat PiS straci w końcu władzę, będziemy zachęcać jego polityków i zwolenników do emigracji?

Gdybyśmy mieli zarzucić frustracje polityczne i chociaż o milimetr wystąpić przeciwko dawnym nawykom zbiorowym, należałoby chyba zacząć od stwierdzenia, że NIE, nie chcemy, by ktokolwiek wyjeżdżał z kraju, czy głosuje za PiS-em, czy przeciwko, czy nic go to nie obchodzi i chce żyć poza światem polityki. W duchu autorki "Nad Niemnem" wolałbym zatem, aby Maciej Stuhr i inne osoby, które nie odnajdują się w polityce PiS-u, pozostały w ojczyźnie, choć mam świadomość, że co najmniej przez najbliższe trzy lata nie będzie nam lekko.

Na zakończenie warto przy tym odnotować, że w czasie pandemii zauważalna jest powolna zmiana trendów migracyjnych. Na razie, co prawda, w skromnej skali, ale jednak coraz więcej osób wybiera powrót do Europy Środkowo-Wschodniej. Tak przekonuje przynajmniej "The Economist" w numerze z 30 stycznia b.r. sugerując, że "brain drain" ma zastępować powolny "brain gain". Pożyjemy, zobaczymy. Nawyki zbiorowe nie zmieniają się przecież szast-prast.

Na razie tylko hejtu nie brak. A przydałoby się nad Wisłą raczej więcej anielskiej cierpliwości. I może odrobina dawnej gościnności.

***

Jarosław Kuisz - Kultura Liberalna, Uniwersytet Warszawski. Wydał ostatnio książki: "Koniec pokoleń podległości" oraz "Propaganda bezprawia".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy