Reklama

Reklama

​Kto nie lubi Borysa Budki?

W 2020 roku w Platformie Obywatelskiej powiało zefirkiem zmian. Pokolenie "ojców założycieli" ustąpiło miejsca "młodym wilkom". Na czele partii stanął Borys Budka, co miało być nową jakością. Tyle że weterani ustąpili miejsca nie tak znów młodym, ile młodszym. I nie był to wybór śmiały, ile raczej kompromisowy, zakulisowo ucierany w szeregach największej partii opozycyjnej.

Pośrednio świadczył o demokratyzmie Platformy: nie wybrano żadnej opozycyjnej osobowości, polityka pokroju Radosława Sikorskiego, Rafała Trzaskowskiego czy Bartłomieja Sienkiewicza. Tacy nonkonformiści mają nie tylko swoich wielbicieli w mediach społecznościowych, oni również drażnią partyjne doły.

Wedle reguł gry w PO, wybrano zatem osobę, o której w 2020 roku można było przede wszystkim powiedzieć, że dużo i dość kompetentnie wypowiada się na temat kryzysu praworządności. Gdyby ktoś miał wątpliwości, czy to wystarczy, od razu przypominano partyjne zasługi nowego lidera. Z życiorysu wynikało niezbicie, że Budka był ministrem sprawiedliwości, wiceprzewodniczącym partii, wreszcie przewodniczącym klubu parlamentarnego Koalicji Obywatelskiej.

Reklama

Na członkach partii może robiło to wrażenie. Jednak nie były to zasługi, które wprawiają wyborców przy urnach w euforię. Pozostawało pytanie, czy ambitny polityk z Czeladzi okaże się drapieżnikiem i prawdziwym następcą Tuska.

Partia typu "fire-all"?

W najlepszych latach PO miała magnetyczną siłę przyciągania polityków z prawa i z lewa. W anglosaskiej politologii klasyfikuje się takie partie jako partie typu "łap kogo się da" (ang. "catch all"), czyli nie bądź wybredny i przyciągaj wszystkich potencjalnych wyborców. Dzisiaj można odnieść wrażenie, że motto partii się zmieniło. Stopniowo staje się to już nie tyle "catch all", co raczej "fire all", czyli... wyrzuć wszystkich.

W ubiegłym tygodniu dowiedzieliśmy się, że Budka wyrzucił z PO dwóch posłów. Po dwóch latach ewidentnie postanowił pokazać, kto tu rządzi i pozbył się rozpoznawalnych posłów: Ireneusza Rasia i Pawła Zalewskiego. Powód: "publiczne wypowiedzi szkodzące partii".

"Śniadanie Rymanowskiego w Polsat News i Interii". W każdą niedzielę o 9:55  

 Jak widać, był to ruch w stronę polityki żelaznej ręki. Nie trwało to długo. Gdy dwaj posłowie zaczęli żalić się w mediach - Budka zmienił tonację, stwierdzając: "Każdy ma prawo się odwołać do sądu koleżeńskiego, ale nie powinien robić z tego spektaklu".

Rafał Trzaskowski wznowił budowę swojego ruchu, wobec którego obecny przewodniczący PO wydaje się bezradny. Czasem rzuca kąśliwe uwagi, czasem prawi komplementy. Nie ma tu żadnej spójności.

Podobnie zresztą, jak w reakcji na list zaniepokojonych ponad 51 posłów i senatorów PO, którzy domagali się przebudzenia władz z drzemki. Pozbycie się Rasia i Zalewskiego przez Budkę miało być zatem mocnym sygnałem dyscyplinującym do wielu odbiorców w partii.

Tyle że w międzyczasie z członkostwem w partii pożegnała się Róża Thun. Jakby tego było mało, Bogusław Sonik zdradził w wywiadzie, że odbędzie się "debata wokół propozycji dymisji Borysa Budki ze stanowiska przewodniczącego Platformy Obywatelskiej".

Pod rządami Budki PO przez moment zaczęła przypominać okręt, z którego należy uciekać. Po oświadczeniu Sonika to już raczej okręt, z którego marynarze chcą wyrzucić sternika.

Opozycja w pandemii

Problem Budki nazwał najlepiej sam Budka. To wcale nie personalia czy frakcje. Kilka tygodni temu w - nadto szczerym - wywiadzie przyznał się do zasadniczego braku pomysłów w zasadzie aż do... następnych wyborów. Gdyby byli Państwo na miejscu działaczy PO - zapewne byliby Państwo, mówiąc eufemistycznie, odrobinę rozczarowani.

Ambicje polityczne ma wiele osób - jednak zawsze przychodzi odpowiedzieć na pytanie, w imię czego. To niewiarygodne, jak Platforma pod Budką przespała czas pandemii. Jednak tak radykalna zmiana okoliczności gry politycznej zdarza się raz na dekady. Kto nie wygrywa w czasach trudnych dla rządu, nie wygrywa w ogóle.

Adam Niedzielski: Mogą pojawić się nowe mutacje i pandemie

Po przejęciu władzy przez Budkę nie osiągnięto w tym czasie nic konkretnego. Nie wylansowano żadnej nowej twarzy PO na oczywistym odcinku polityki sanitarnej.

Pandemia pokazała słabości państwa PiS, ale także słabości Platformy. Nie przypadkiem więc, bokiem, bokiem, więcej punktów w sondażach uciułał Hołownia, który przynajmniej tyle zrozumiał, że w dobie pandemii i mediów społecznościowych trzeba mieć z wyborcami codzienny kontakt.

Po trzeciej fali pandemii PiS ogłosił "Nowy Ład", za którym przyjdzie na pewno dalsze kolonizowanie wymiaru sprawiedliwości (J. Kaczyński to jasno zapowiadał). Od dawna wiadomo było, jakich problemów będzie dotyczyć. Tymczasem pierwsze reakcje polityków PO ograniczały się do słownych figli, typu "PiS-owski nieład". To za mało, o wiele za mało. 

Czekanie na lidera trwa

Czas bezkrólewia, rozpoczęty jeszcze w 2014 roku wyjazdem Donalda Tuska, wciąż jest zatem daleki od zakończenia. Czy będzie to prowadziło do implozji niegdyś tak potężnej PO, czy raczej do długotrwałego dryfu na średnim poziomie - wyjaśni się być może szybciej niż się przewodniczącemu Budce wydawało.

W tej chwili argumenty za utrzymaniem go u władzy nie są mocne. Odpowiedź na pytanie, komu potrzebny jest przewodniczący Budka, kolejni posłowie PO odpowiadają: nikomu.

Przecież na pytanie wyborców, dlaczego PO nie wykorzystuje błędów Kaczyńskiego, sam Budka - we wspomnianym wcześniej wywiadzie - odpowiadał pytaniem: "A jak mamy to wykorzystać?". I dodawał: "No tak, ale co można zrobić? Nie ma wyborów, nie mamy większości w parlamencie".

Były wiceprezydent Kielc Arkadiusz Kubiec odchodzi z PO

Zatem, prędzej czy później, koleżanki i koledzy upomną się o polityczną głowę przewodniczącego. Jego sytuacja jest nie do pozazdroszczenia.

Stanie się tak jednak dlatego, że po wielu miesiącach w zasadzie wciąż nie wiadomo, w imię czego - poza własnymi ambicjami - Budka odsunął od władzy Grzegorza Schetynę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama