Reklama

Reklama

Koniec unijnej kasy - tylko w imię czego?

Rząd nie chce ogromnych pieniędzy, miliardów euro, które mogłyby Polakom pomóc przetrwać trudne czasy. Czyżby obłęd? A może po prostu drożyzna nie dotknęła portfela rządzących.

Trudno powiedzieć, co siedzi w głowach polityków, którzy w naszym imieniu odmawiają przyjęcia miliardów euro. Jak bardzo oderwani od rzeczywistości są politycy, którzy w czasach po pandemii i w trakcie wojny w Ukrainie wolą pozostać biedniejsi. Niby wiadomo, bronią swoich "zasad", "przekonań" itd. Jednak gdy przyjrzeć się kwotom, których możemy nie otrzymać, rzecz zaczyna nosić znamiona szaleństwa. Cóż pozostaje innego niż skonstatować, że najwyraźniej drożyzna nie dotknęła ich portfela.

A ponury serial trwa. Awantury o pieniądze z Krajowego Planu Odbudowy pewnie już się Państwu opatrzyły. Niemniej warto przypomnieć, że chodziło o jakieś 24 miliardy euro dotacji (pomijam już pożyczki). Teraz jednak dowiadujemy się, że mogą zostać zamrożone fundusze spójności wynoszące około 75 miliardów euro.

Reklama

W tym czasie Jarosław Kaczyński oraz Zbigniew Ziobro licytują się wzajemnie na to, kto bardziej postawi się Brukseli i jak zła oraz podstępna jest Unia Europejska. Na tym tle premier Mateusz Morawiecki doznaje już nie rozdwojenia, ale roztrojenia jaźni. Szef rządu raz daje do zrozumienia, że z Unią da się żyć i pieniądze do nas w końcu dotrą. Zaraz potem twierdzi, że Unia jest niebezpieczną "transnarodową bestią", zatem trzeba uważać.

Po powrocie do kraju zaś zapomina o wszystkim, co powiedział wcześniej i głównie wdaje się w zakulisowe gry partyjne "kto - kogo". Umówmy się, że pokonanie wrogów pokroju Jacka Sasina czy Zbigniewa Ziobro - na tle kwot, których możemy nie otrzymać - jawi się jako mało poważne. Owa radosna polityka będzie postępować. Po wyrzuceniu ministra Konrada Szymańskiego w zasadzie trudno powiedzieć, kto miałby podejmować konstruktywne próby rozwiązywania problemów na styku rząd-Komisja Europejska. Pozostanie hałas. Używanie mocnych, wzniosłych słów, by ukryć niekompetencje w zakresie sztuki dyplomacji, niedostatek umiejętności dobierania środków do deklarowanych celów.

Błyskawicznie biedniejemy

Dla większości z nas te kwoty to abstrakcja. Nie zmienia to faktu, że niebawem skutki politycznych brewerii odczujemy w portfelach wszyscy. A przecież już dziś niekompetencja decydentów przyłożyła się do inflacji, która, wedle przewidywań, na początku 2023 roku dobije do 20 proc. Krótko mówiąc, biedniejemy błyskawicznie.  

Moim zdaniem rząd nie ma mandatu do prowadzenia polityki, która de facto zmierza do odmawiania przyjęcia miliardów euro. Z wielu sondaży jasno wynika, że Polacy niezmiennie popierają członkostwo w Unii, zatem także korzyści z tego członkostwa wynikające. W zasadzie nieprzyjmowanie środków unijnych - nie było także przedmiotem kampanii wyborczych.

Co więcej, na usta ciśnie się pytanie, czego broni ten rząd? Zasadniczy spór idzie o stan praworządności w naszym kraju. O reformy czy, jak chcą inni, pseudoreformy wymiaru sprawiedliwości, która w ocenie Polaków w ogóle nie udała się. Siedem lat na nic, czas trwania postępowań w sądach tylko się wydłużył, mamy na to przecież badania. Ba! Z wypowiedzi polityków obozu rządzącego wynika, że polityka w zakresie "reformowania" wymiaru sprawiedliwości nie powiodła się.

Okrzyki "o obronie suwerenności" z pewnością mają przykryć mizerię rzeczywistości, odsunąć uwagę od osób odpowiedzialnych za aktualny stan rzeczy. "Wesoły" stosunek PiS do praworządności na poziomie kraju postanowiono wynieść na poziom międzynarodowy. Stąd próba ogrania Komisji Europejskiej, pod adresem której w mediach publicznych słyszymy coraz więcej impertynencji, w rządzie także niekiedy okazuje się Brukseli jawne lekceważenie słowami.

Warcholstwo nie budzi sympatii Brukseli

To wzniecanie kurzu, który jednak dość dobrze widać poza krajem. W Unii polityka wewnętrzna to jest z automatu polityką międzynarodowa. Komu się to nie podoba, niech deklaruje wprost, że chce ją opuścić, jak to robił w Wielkiej Brytanii np. Nigel Farage.

Tymczasem instytucje unijne zaczęły uczyć się na błędach. Warcholstwo prawne nie budzi żadnej sympatii. Od zdziwienia postępkami Węgier czy Polski Komisja Europejska przechodzi powoli do działania. Zdano sobie bowiem sprawę, że polityka pobłażania traktowana przez Budapeszt i Warszawę jest jako przejaw politycznej słabości, jeśli nie skrajnego naiwniactwa. Wybuch wojny wraz z obietnicami poszerzenia Unii o kolejne kraje włączyły członkom Komisji wszystkie czerwone lampki. Zresztą po unijnym, może rzeczywiście nieco zbyt naiwnym hurraoptymizmie już w Brukseli nie ma ani śladu. To już nie te czasy.

Nieprzyjmowanie środków z Unii to jednak novum na tle 30-lecia. Po 1989 roku Polki i Polacy rzucili się do wychodzenia z biedy ostatniej dekady PRL. Przez całe lata strumień środków europejskich pomagał, by te wysiłki szybciej przekładały się na konkrety. Teraz rząd Prawa i Sprawiedliwości, wspierany przez polityków Solidarnej Polski, przedkłada swoją bezkompromisową agendę polityczną nad pragmatyzm i pieniądze.

Tyle tylko, że to nie jest żaden patriotyzm. To "tylko" polityka wpędzania nas w biedę.

Jarosław Kuisz, Kultura Liberalna, autor podcastu "Prawo do niuansu"

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy