Reklama

Reklama

Inflacja, pandemia i wściekli Polacy

Ostatnio w prywatnych rozmowach Polaków dominują dwa tematy. Drożyzna i powrót pandemii rozgrzewają emocje, gdyż bezpośrednio dotykają naszych portfeli i zdrowia. Spodem dialogów płynie pytanie, czy nasz rząd sobie radzi. W bezpośredniej konfrontacji z szybującymi cenami produktów czy dramatycznie zapełnionymi szpitalami odpowiedź jest jedna: nie.

Inflacja pełzała po półkach sklepowych to tu, to tam. Ostatnio jednak wdarła się do dyskontów. Zdaje się, że więcej osób niż ja zauważyło, że jakiś czas temu ceny kostki masła przeskoczyły siedem złotych. I wcale nie zamierzają się zatrzymać. Nie ma towaru spożywczego, przy którym nie zastanawiamy się, o ile to cena znów wzrosła. Mleko, pieczywo... Jak to, wszystko droższe?  

To samo jednak dotyczy artykułów remontowych, papierniczych i wielu innych. Przy czym ceny wielu produktów rosną szybciej niż spożywczych. Tak oto, rzecz jasna w pewnym uproszczeniu, przekłada się na konkret abstrakcyjna wiadomość o inflacji, która w październiku wyniosła 6,8 proc. Przewiduje się, że niebawem osiągnie ona 8-9 proc. Niektórzy zaś przebąkują o groźbie inflacji dwucyfrowej.

Reklama

Uderza ona we wszystkich, politycznie także w osoby, które zagłosowały na PiS, skuszone transferowymi owocami. Teraz jednak ich siła nabywcza topnieje w oczach. A przecież to sedno legitymacji obecnego gabinetu. Przypomnijmy, że szalone dwa lata kampanii wyborczych 2018-2020 obfitowały w obietnice transferów konkretnych kwot.

Tymczasem o tym, że wartość złotego spada, przekonali się już tzw. frankowicze. Euro, dolar czy właśnie frank drożeją na potęgę.

Co oczywiste, kolejne grupy zawodowe, w szczególności budżetówka, zapobiegliwie będą domagały się podwyżek. Jeśli uwierzyć ekspertom konstatującym spiralę cenowo-płacową, przynajmniej część z nas czekają średnio wesołe święta.

Pandemia kontratakuje

Jednocześnie szpitale znów pękają w szwach. Dantejskie sceny i kilkaset zgonów dziennie - oto codzienność naszej ochrony zdrowia. Niestety, nic tylko wyglądać dramatycznych zdjęć dla zilustrowania przegranych walk z wirusem.

Polacy dzielą się na zaszczepionych i nie, jednak powrót COVID-19 dotyka wszystkich. Rodzice z małymi dziećmi nie znają dnia ni godziny, gdy pociecha zostanie "wyrzucona" z systemu edukacji, bo w klasie ktoś zachorował. Dezorganizacja życia codziennego, trudności z zaplanowaniem czegokolwiek nawet na kilka, co dopiero kilkanaście dni do przodu, to także skutki uboczne powrotu pandemii. Rozregulowanie naszych nawyków prowadzi do rozdrażnienia, niekiedy do agresywnych zachowań. Nie każdego stać na hart ducha.

Wszystko to znamy z poprzednich fali, wszystkiego tego na pewno mają Państwo dosyć.

Nie wiemy, czy "Polski Ład" zirytuje Polaków pośpiesznym wprowadzeniem i potęgowaniem chaosu. Sądzę jednak, że - biorąc pod uwagę, jak bardzo inflacja i pandemia demolują nasze przyzwyczajenia - można było poczekać z kolejnym wywracaniem naszego życia do góry nogami choćby o pół roku. Za chwilę wypłynie spłaszczanie sądów czy inne awantury obyczajowe, zupełnie tak, jakby tego obywatelom było potrzeba.

Na kryzysy Polacy rzeczywiście reagują nawykiem radzenia sobie na własną rękę. Jednak te dwa wyzwania grubo przerastają możliwości działania w pojedynkę. I tu właśnie pojawiają się oczekiwania pod adresem rządzących. Oczekiwania - jak na razie - bardzo dalekie od spełnienia.

   

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje