Reklama

Reklama

Gazem w Polkę

​Potraktowanie w ubiegłym tygodniu protestujących Polek gazem przez policję w Warszawie to jednak pewne novum. Rodzima tradycja pod tym względem po 1989 roku nie była rozwijana. Wydarzenia piątkowe w Warszawie, gdy gazem pieprzowym potraktowano panie wyrażające publicznie sprzeciw, na tle polskich dziejów wydają się intrygujące - i dają co nieco do myślenia o naszej, umiłowanej hipokryzji.

Cóż, retorycznego wdzięczenia się do pań w Polsce nigdy nie brakowało. Goździki na 8 marca w Polsce Ludowej wręczano skwapliwie. Całowano rączki. O równouprawnieniu pisano w konstytucjach. 26 maja prawiono komplementy Matce - Polce o tyle skwapliwiej, że często mogły być wydrążone z treści. Realną rolę (niektórych) pań w dziejach dopiero po latach (niekiedy) odkrywali historycy.

Reklama

Na co dzień Polki nie były masowo socjalizowane do walecznego stawania w swojej sprawie. Jedna z najwybitniejszym polskich dokumentalistek, Irena Kamieńska, w filmie "Dzień za dniem" (1988) przedstawiła los dwóch sióstr, przodowniczek pracy, które pracowały przy rozładunku cegieł. Ich prawdziwe, smutne życiorysy zestawione zostały z propagandowymi hasłami schyłkowego PRL-u. "Niczego się nie dorobiłam" - zmęczonym głosem podsumowuje życie jedna z sióstr.

Kobiety polskim sprawom publicznym, jeśli w ogóle przewodziły, to zwykle by wypełniać rolę pisaną ostatecznie przez panów, czego ostatnim przykładem okazała się premier Beata Szydło. Wszyscy wiemy przecież, który z posłów niespodziewanie dla niej uznał, że już "swoje zrobiła". Na komentowanie problematycznej samodzielności Julii Przyłębskiej z TK wylano już hektolitry e-atramentu.

Pustosłowie w realnym świecie

W ostatnich latach owe retoryczne zachwyty nad paniami nie ustały. Ostatnio próbowano tego przypominając o uzyskaniu praw wyborczych przez Polki w początkach II Rzeczpospolitej.

Niemniej, gdy teraz część Polek - gołym okiem w realu i wirtualu widać, że nie jest to mała część - upomina się na ulicach o prawa, które na dodatek określa mianem praw człowieka, sprawa okazuje się problematyczna.

Oczywiście w mediach publicznych można próbować uciąć sprawę stwierdzeniem, że policjanci się bronili przed agresywnymi kobietami. Można też uznać, iż te panie nie budzą naszej sympatii czy zachowują się niestosownie.

Można - i co z tego?

Sprawa realnego żądania respektowania praw kobiet w tym miejscu się raczej nie zatrzyma. Oczywiście, że Polki mają rozmaite światopoglądy, że są politycznie podzielone. Potrafią też zupełnie odmiennie interpretować swoje prawa. Co innego artykułuje Marta Lempart, co innego Kaja Godek.

Niemniej w pewnych sprawach zapewne część, a być może nawet większość z nich, zacznie wypowiadać się jednym głosem. Na przykład w sprawie używania przemocy wobec kobiet w ogóle. Czy pytając, dlaczego mają zarabiać mniej, gdy zajmują to samo stanowisko i świadczą tę samą pracę, co mężczyzna, pozostaje trudne do uzasadnienia w XXI wieku.

Podkreślam, że chodzi o żądanie realnego respektowania praw, a nie ciąg dalszy tradycji pustosłowia.

Niekonserwatywna "dobra zmiana"

A uświadomieniu sobie potrzeby domagania się realnego respektowania praw - paradoksalnie i w sposób niezamierzony - wydaje się sprzyjać obecna sytuacja polityczna. "Dobra zmiana" okazała się "radykalną zmianą" pod wieloma względami. 

Wielu rodaków, szczególnie w czasie pandemii, powoli wyrabia sobie zdanie, czy to zmiana naprawdę na lepsze. Po 5 latach rządów Zjednoczonej Prawicy każdy chyba przyzna jedno. Osoby, które określają siebie jako prawicowi konserwatyści i sprawują rządy, wcale nie są konserwatystami w dawnym czy potocznym rozumieniu tego słowa. Bynajmniej nie próbują zatrzymywać historii w miejscu. Nie są za spokojnymi, ewolucyjnymi reformami w ramach III RP. Nie chcą też powrotu do jakichś dawnych, dobrych czasów. Kiedy one były - przed 1989 rokiem? Przed 1939? Oczywiście, że nie.

O co więc chodzi? O intensywne kreowanie, wymyślanie tradycji z wybranych skądinąd dość arbitralnie fragmentów. Kto nie wierzy, niech sobie przeczyta wywód na temat naszych dziejów, pióra Jarosława Kaczyńskiego z "Polski naszych marzeń". Pouczająca lektura, w której pewne wątki zostały amputowane, inne zaś wyolbrzymione do przesady.

Niemniej ostatecznie wywód prowadzi nas do przyszłości, w której hasła demokratyzacji w imię różnorodności są czystą retoryką i która wiedzie nas do pewnego wyobrażenia homogenicznej wspólnoty, wspólnoty ludzi wyłącznie podobnych do siebie, choćby pod względem światopoglądowym.

Na tę wymyśloną wizję reagują dziś protestujące kobiety.

Różni jak Polacy

Tymczasem w 2021 roku jako Polacy jesteśmy tak różni, jak członkowie rodziny braci Kurskich, czy sióstr Pawłowicz. Szukanie odpowiedzi na pytanie, jak kulturalnie i mądrze różnić się w tej sytuacji, wymaga potwornie dużo czasu i cierpliwości. Przy czym ani cierpliwość, ani długie planowanie we własnym, suwerennym państwie i we własnej sferze publicznej nie jest dla nas oczywista.

W nawyku mamy rewolucyjny pośpiech, wszystkiego domagamy się na szybko - i na już, bo kto wie, jak długo Historia będzie nam sprzyjać. Nie pytamy więc innych o zdanie. Zamiast kompromisu, wolimy narzucać jakieś rozwiązanie z góry. I tak stało się w sprawie aborcji.

Styl forsowania takich rozwiązań, jak w przypadku zaostrzenia przepisów aborcyjnych, po cichu oparte jest na dwóch założeniach.

Po pierwsze, na bierności społeczeństwa, czyli że większość kobiet się z tym nowym stanem prawnym po prostu pogodzi.

Po drugie, na polskich skłonnościach emigracyjnych, czyli że najmniej zadowoleni po prostu wyemigrują.

Czy tak będzie? Jak się wydaje, "dobra zmiana" w sprawach aborcyjnych już wyzwoliła kontr-reakcję. Część kobiet, które niezbyt zajmował bieg spraw po 2015 roku, nagle poczuła się zmuszona do domagania się o swoje prawa otwarcie. Część kobiet, nawet, jeśli nie odpowiada im język czy lewicowość aktywistek, doskonale zdają sobie sprawę, że TEN problem ich dotyczy. Co więcej, w protestach na ulicach biorą udział osoby, które ułożyły sobie życie nad Wisłą i nigdzie się nie wybierają. Nigdy nie widzieliśmy tylu młodych Polaków na protestach. Nasz margines bierności politycznej zawęża się. Życie publiczne wciąga kolejne osoby, choć do następnych wyborów daleko.

Na pewno pod rządami PiS postrzeganie Polek w Polsce zmienia się głęboko. Niepotrzebne stosowanie przemocy fizycznej, używanie gazu na ulicach zapada w pamięć. W tej chwili przynajmniej część kobiet uświadomiła sobie, że na serio musi wziąć sprawy we własne ręce, a nie stać w drugim czy trzecim szeregu. To raczej początek, a nie koniec pewnego procesu.

***

Jarosław Kuisz - Kultura Liberalna, Uniwersytet Warszawski. Wydał ostatnio książki: "Koniec pokoleń podległości" oraz "Propaganda bezprawia".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne