Reklama

Reklama

Dlaczego Macron i Scholz znów dzwonią do Putina?!

80 minut! Tyle trwała rozmowa prezydenta Francji Emmanuela Macrona oraz kanclerza Niemiec Olafa Scholza z prezydentem Rosji, Władimirem Putinem. Nic nie irytuje bardziej Europejczyków ze Wschodu UE niż takie inicjatywy.

Teoretycznie każda inicjatywa pokojowa powinna być witana z nadzieją. W podejmowaniu rozmowy o "możliwości negocjacji pokojowych, sytuacji humanitarnej i dostaw broni" powinno się przecież widzieć szansę na zatrzymanie rosyjskiego bestialstwa, codziennych mordów i gwałtów.

Nic podobnego. Europa jest podzielona wedle historyczno-geograficznego klucza. Bezpośredni sąsiedzi Rosji, w szczególności te państwa, które znajdowały się w strefie wpływów ZSRR coraz bardziej zżymają się na pokojowe inicjatywy. Telefony Macrona i Scholza wydają się przykładem bezpośredniej kolaboracji z wrogiem - ponad głowami innych państw. Szczytne intencje? Bynajmniej. Paryż i Berlin oskarża się w najlepszym wypadku o naiwność, niezrozumienie "jak działa Moskwa". Najogólniej rzecz sprowadza się do stwierdzenia: "Rosja rozumie tylko argument siły". Spodem tego zdania płynie masa założeń, wynikających z doświadczeń zbiorowych z przeszłości. Np. o absurdzie wiary w politykę dialogu czy też w to, że jakiekolwiek sankcje zatrzymają rosyjskiego agresora gotowego wydawać miliony na wojnę, kosztem zastraszonych obywateli itd.

Reklama

Jedna strona...

Po opadnięciu fali pandemii znów można brać udział w kilku spotkaniach międzynarodowych ekspertów i naukowców. W debatach na temat wojny w Ukrainie frapujące jest jedno. Mieszkańcy naszej części Europy uważają, że "wiedzą lepiej" niż Zachód i znają się na Rosji "naprawdę".

Owe słowa jednak wypowiadane są z takim ferworem polemicznym, iż od razu widać, że chodzi tu o coś jeszcze. A mianowicie: o poczucie zagrożenia egzystencjalnego, czyli o obawę wystawienia przez Zachód do wiatru - w imię powrotu do ponadgranicznego "business as usual".

Niekiedy pokojowe inicjatywy Macrona i Scholza odczytywane są jak wywieszenie białej flagi. Pośrednie przyznanie się do przekonania, że Kijów nie może wygrać tej wojny. To wywołuje oburzenie.

...i druga strona

Z kolei zza głosów ekspertów i naukowców z Zachodu przebija hamowane zniecierpliwienie. Nie tylko dlatego, że niechętnie przyznaliby rację Europejczykom ze Wschodu w sprawie Rosji.

Nieufność wobec zobowiązań sojuszniczych jest niewygodnym tematem do rozmowy. Zmusza do pytania o realność do podejmowania ryzyka wojny jądrowej, by militarnie ratować np. odległą, małą Estonię. Może wówczas Paryż i Berlin także zadowolą się telefonami? Zawsze można odpowiedzieć Europejczykom ze Wschodu, że w przypadku państw-członków UE oraz NATO to tylko hipoteza - i to od razu przedstawiająca scenariusz skrajny.

W debatach Europejczycy z Zachodu wydają się także poirytowani. Ich hamowane zniecierpliwienie także przekonuje, że chodzi o coś jeszcze. Otóż oni są przekonani, iż także posiedli część prawdy na temat Rosji.

Jaka to prawda? To przekonanie o możliwości współistnienia z Moskwą na odległość. Rozmów z odmiennym kulturowo partnerem, owszem przerywanych konfliktami i napięciami. Niemniej zbiorowe doświadczenie przekonuje przedstawicieli państw Zachodu, że w relacjach międzynarodowych zawsze jest jakieś jutro i że "Rosja nie zniknie". I o tym, ich zdaniem, trzeba pamiętać nawet w samym środku wojny w Ukrainie.

Tym bardziej, że eksperci z Zachodu pamiętają także o pokonaniu pokojowymi środkami ZSRR. Dla nich próby ugłaskania niedźwiedzia się nie powiodły, w szczególności w 2022 roku niemiecka "Ostpolitik" zawiodła, owszem - ale nie powiodły się tym razem. Nie znaczy to - tłumaczą nam eksperci z Zachodu - że nie można liczyć na powrót do wywierania pokojowej presji na Moskwę, metodami znanymi od czasu porozumień w Helsinkach. Kolaps ZSRR bez jednego wystrzału rakiety? "Przecież tak właśnie było!", wydają się mówić.

Zjednoczenie perspektyw

W bibliotekach mamy wagony książek na temat jednoczenia Europy poprzez ekonomię i prawo, tymczasem w obliczu wojny widać brak zjednoczenia kulturowego UE, jakiejś konwergencji perspektyw, która zeszłaby pod strzechy, a nie tylko znajdowała się w Parlamencie Europejskim czy salonach kilku erudytów. Dopiero minimalne zejście się punktów widzenia zwyczajnych obywateli w tak kluczowych sprawach, jak wojna czy emigracja, pozwoli na stawienie czoła zagrożeniom zewnętrznym.

A do tego droga daleka, o czym zresztą przekonuje przykład nie tylko Francji i Niemiec, ale także prorosyjska polityka Węgier. W ostatnich sześciu latach i my dorzuciliśmy niejeden kamyczek do rozejścia się perspektyw - często sztucznie i na siłę - podkreślając jakąś radykalną odmienność.

Niepotrzebnie. Nigdy nie jesteśmy tak bezpieczni, jak wtedy, gdy ktoś, od kogo oczekujemy pomocy, widzi, wręcz odczuwa, że jesteśmy do niego choć trochę podobni.

To współodczuwanie musi się dziać na poziomie zwykłych obywateli. Nic nie świadczy o tym przecież lepiej niż polska pomoc ukraińskim kobietom z dziećmi.

Warto o tej potrzebie dalszego zjednoczenia perspektyw pamiętać - nawet wtedy, gdy są powody do tego, by mocno skrytykować 80 minut rozmowy Macrona i Scholza z Putinem. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy