Reklama

Reklama

Czy nowe podatki odchudzają Polaków?

Latem na plażach i basenach widać tsunami otyłości. Przeciętny Polak spożywa o blisko 11,8 kg przetworzonego cukru rocznie więcej niż 10 lat temu. Dorośli mogą robić, co chcą. Jednak nadwaga ich dzieci i wnuków przyjęła skalę porażającą. Rozwiązaniem problemu miało być nałożenie przez PiS nowego podatku. Na razie widać tylko tyle, że producenci przerzucili ciężar na konsumentów. Następne obciążenia fiskalne przed nami.

Dyskonty skolonizowały Polskę od Bałtyku aż po Tatry. Nie trzeba nikomu zatem tłumaczyć, że ich wnętrza wypełniają nie tylko rzędy alkoholi i papierosów, ale także całe piętra słodyczy, przekąsek. Część produktów co do mikrometra wypełniona cukrem i solą niepostrzeżenie uzależnia organizmy rodaków.

Co więcej, w zuniformizowanych dyskontach - które w okresie pandemii dorżnęły nie jeden sklep rodzinny - wybór zdrowych produktów coraz bardziej przypomina wyprawę w poszukiwaniu złotego runa. Mitycznego skarbu pilnował straszliwy smok. Ostatnio w jednym z "moich" osiedlowych dyskontów ostatnio nad warzywami i owocami obowiązek ten wypełniały smętne muchy.

Reklama

Niejeden produkt tylko udaje zdrowy. Ileż to razy okazywało się, że przedrostek "bio-" dodaje się tylko po to, aby podbić cenę. Zwykle też trzeba mieć lupę, aby doczytać się, co tak naprawdę kupujemy. Ze zrozumiałych powodów prawnych nazw tutaj nie będę wymieniał, ale podejrzewam, że Państwo mają za sobą nie jedno doświadczenie z robieniem nas w "eko" balona.

Niekiedy obok dyskontów w publicznym parku widzę zatroskanych dziadków lub babcie, którzy - ewidentnie pamiętając czasy PRL-owskich niedoborów - dla wnuków "chcą dobrze". Czipsy, ciastka i napoje o wysokiej zawartości cukru w okamgnieniu wędrują z rąk do rączek. Trauma z przeszłości spleciona ze szlachetnymi odruchami serc sprawiają, że do organizmów dzieciaków trafiają zbędne kilogramy soli i cukru. Nad stosunkiem do własnego ciała ewidentnie wciąż unosi się cień Polski Ludowej i dawniejszych czasów. Często jednak rodzice tych samych dzieci, którzy PRL-u nie pamiętają lub pamiętają słabo, bezrefleksyjnie powtarzają te same zachowania.

Efekt? W 2019 roku w NFZ sporządzono raport "Cukier, otyłość - konsekwencje", z którego wynikało, że przeciętny Polak spożywa o blisko 11,8 kg przetworzonego cukru rocznie więcej niż 10 lat temu ! Z danych wynikało, że małe Polki i mali Polacy należą do najszybciej tyjących w Europie. Problem nadwagi dotyczy już niemal co trzeciego ośmiolatka.

Krótko mówiąc, popuściliśmy sobie pasa.

Podatkiem w nadwagę

Pod rządami PiS jednym z cudownych rozwiązań u od 1 stycznia 2021 roku miał być tzw. podatek cukrowy, czyli "opłata od napojów z dodatkiem substancji o właściwościach słodzących oraz kofeiny lub tauryny w produkcie gotowym do spożycia".

Podobne rozwiązania znane są z innych krajów. Stamtąd wiadomo także, że tak skrojony podatek problemu automatycznie nie rozwiązuje - może jednak przynieść nowe wpływy do budżetu.

"Cukier jest niezdrową rzeczą, każdy lekarz i nie tylko lekarz, to powie. W związku z tym ludzie chorują potem na nowotwory, choroby serca, wieńcowe" - premier Mateusz Morawiecki z troską wyjaśniał niefiskalne tło opłaty cukrowej.

Finał takich pomysłów na skróty był łatwy do przewidzenia. Producenci napojów słodzonych przerzucili opłatę cukrową na konsumentów. Ceny poszybowały w górę. Według Centrum Monitorowania Rynku, ceny wszystkich napojów objętych opłatą cukrową wzrosły przez ostatni rok o 31 proc.

Sprzedaż części słodkich napojów rzeczywiście spadła. Niby wolumen sprzedaży napojów objętych opłatą cukrową osunął się o 17 proc., ale - uwaga - jednak wartość sprzedaży tego typu produktów wzrosła o 9 proc. Tylko w pierwszym miesiącu obowiązywania nowego podatku do budżetu trafiło aż 75,9 mln zł. Ostatecznie za I kwartał wpływy wyniosły 292 mln złotych.

Może rząd liczył na więcej, ale nie w tym rzecz. Wycinkowość tej polityki jest farsowa. Co z promocją zdrowego stylu życia i innych produktów? Czy czują się Państwo lepiej wyedukowani od 1 stycznia tj. od chwili wejścia nowego podatku?

Fikcja goni fikcję. W dyskontach można sięgnąć po mniej "koli", ale za to pod ręką jest bez liku innych, niezdrowych produktów, co więcej, nierzadko tańszych, w mniejszych opakowaniach. Ostatecznie klient może i nabędzie napój gazowany o mniejszej zawartości cukru, ale jednocześnie, co sam widziałem, pochłonie torbę czipsów lub ciastek.

"Albo uważa się swoich obywateli za rozsądnych ludzi, albo za baranów, które trzeba zagonić do wyznaczonej im zagrody. Trzeba ludzi wspierać tak aby potrafili dokonywać rozsądnych wyborów żywieniowych i prowadzić aktywny styl życia, a nie nakładać na nich kolejne podatki" - jakiś czas temu w wywiadzie dla "Kultury Liberalnej" mówił dyrektor Polskiej Federacji Producentów Żywności.

Po czym dodał, że: "w Polsce 77 proc. konsumentów zadeklarowało, że jeżeli ceny produktu wzrosną, to poszukają tańszego, nie zważając na jakość. W takim wypadku, producenci uznają, że nie opłaca im się dbać o jakość składników. Dadzą więcej cukru, sztuczny aromat, barwnik i załatwione".

Polityka na talerzu

Widzimy, że PiS nie jest w stanie prowadzić skutecznej pedagogiki w sprawie szczepionek. Wymagałyby ona bowiem ryzyka, jednoznacznego zajęcia stanowiska w sprawie, w której w elektoracie prawicowym można byłoby ponieść pewne straty. Pozostaje lawirowanie, ogłaszanie konkursów i... czekanie, co się zdarzy.

Nie inaczej jest ze sprawą "tsunami otyłości", oczywiście, jeśli ktoś chciałby podjąć ten - w końcu realny - problem na serio.

Współcześnie niezdrowe jedzenie można produkować na nieznaną wcześniej, masową skalę - łatwo i tanio. Cukier uzależnia jak używki. Jakakolwiek polityka w tym zakresie musi zmierzyć się z również tym, że współcześnie ciało traktowane jest jak wyrażenie tożsamości, której ludzie będą bronić w sklepie i na talerzu.

W Wielkiej Brytanii również toczy się debata na temat nowego podatku, który miałby doprowadzić do zmniejszenia zawartości cukru i solu w jedzeniu. Premier Borys Johnson skrytykował te pomysły, jako w pierwszej kolejności uderzające w biednych i ciężko pracujących obywateli. Demagogia czy nie, w Polsce opłaty w pierwszej kolejności uderzyły w osoby gorzej sytuowane.

Zdumiewające są tutaj pewne paralele do podatków ekologicznych, które również - teoretycznie powodowane szlachetnymi intencjami - po drugiej stronie Kanału doprowadziły do wybuchu społecznego. We Francji wywołał protesty i zrodził się ruch "żółtych kamizelek".

"Dobre podatki" - proekologiczne czy zdrowotne - bez dialogu społecznego i pedagogiki mogą wyglądać jak podatkowa śruba przez elity przykręcana ludowi. 

W Polsce żadna poważna rozmowa z obywatelami nie miała miejsca. Podobnie jak nie odbyły się żadne programy pilotażowe poprzedzające wprowadzanie ustaw w życie.

Na zakończenie nasuwa się ostatnia uwaga. Oto, jak zmieniają się "tematy polityczne". W latach 90. XX wieku Polacy zrywali przyjaźnie z powodu dekomunizacji czy lustracji. W niedalekiej przyszłości to, co znajduje się na talerzu zapewne będzie dzielić wyborców jeszcze bardziej.

W sprawie ochrony zdrowia Polaków potrzeba byłoby ponadpartyjnego porozumienia i międzypokoleniowej polityki - do pewnego stopnia rozpisanej na lata. Trudno założyć, że PiS cokolwiek takiego zaproponuje w sprawie, która, jak widać, jest o wiele bardziej skomplikowania niż zachęty do szczepień. Prędzej "w ciemno" i pod parasolem wzniosłej retoryki zostaną nałożone na nas kolejne podatki.

Proszę się tego spodziewać.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje