Reklama

Reklama

​Czy głowa państwa może być "debilem"?

Przekonanie o słabości instytucji polskiego państwa przekłada się na neurotyczne próby ich obrony. Najnowszym przykładem jest tragifarsowa sprawa oskarżenia Jakuba Żulczyka o znieważenie głowy państwa. Kilkudniowym efektem stało się ścisłe powiązanie w najpopularniejszych wyszukiwarkach internetowych nazwiska Andrzeja Dudy ze słowem "debil". W wyszukiwarkach głowę państwa uratował system automatycznego monitoringu. Sprawa w sądzie natomiast dopiero się rozpoczyna. Przed nami niezła zabawa.

Reklama

Ale po kolei. Dawno, dawno temu PiS z koalicjantami naprawdę obiecywali wszystko wszystkim. "Praca i pokora, taki będzie ten rząd" - zapowiadała Beata Szydło. Worek świętego Mikołaja zawierał prezenty większe i mniejsze. Obejmował między innymi rządową obietnicę usunięcia z kodeksu karnego przepisu, który głosi, że kto publicznie znieważa Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3 (art. 135 par. 2). Szerzej nieznany, pan Andrzej Duda, na twitterze napisał - uwaga - że "wstyd mu" za ściganie osób za znieważenie Bronisława Komorowskiego. Wspomniał również o o "dyktaturze 'nadludzi' z PO". 

Reklama

Sprawę traktowano jako zasadniczą także później. Na przykład Zbigniew Ziobro, już jako minister sprawiedliwości, widział w usunięciu przepisu szansę na dalsze zerwanie z dziedzictwem prawnym III RP. Z wrodzoną skromnością oświadczył: "jako pierwszy w historii rząd po 1989 roku jasno deklaruje (...) wolę likwidacji tych kontrowersyjnych przepisów, mówiących o znieważeniu prezydenta RP".

Politycy Zjednoczonej Prawicy szeroko wykazywali wady przepisu. Słowa jednak nie dotrzymali. Przepis nadal obowiązuje, co odkrył wspomniany pisarz, Jakub Żulczyk, a wraz z nim reszta świata. Wiadomość o oskarżeniu pisarza podały najważniejsze media globu, w tym BBC. Poznaliśmy tłumaczenia słowa "debil" na obce języki.

Gdyby dotrzymano słowa, cała afera nie miałaby miejsca. Zjednoczona Prawica ma w tej sprawie za swoje, bo wiarołomność, kunktatorstwo i małostkowa chęć posiadania tej prawnokarnej pałki przeważyła. Albowiem jedno jest pewne, że wiedzy o medialnej obosieczności przepisu w Ministerstwie Sprawiedliwości nie brakowało.

W marcu 2021 roku potwierdziło się zatem tylko to, co już dobrze z historii III RP widziano. A mianowicie, że ów artykuł kodeksu karnego, niewątpliwie spełnia jedną funkcję: służy ośmieszaniu głowy państwa.

Zbrodnia obrazy rozumu

We współczesnej Polsce w ogóle przepisy w nadzwyczajnym trybie chroniące cześć urzędników państwa, w tym prezydenta, powinny wyparować. Dokładnie tak, jak to zapowiedział Ziobro. My, zwykli obywatele, nie jesteśmy w tej kwestii bronieni przez walecznych prokuratorów tak, jak Andrzej Duda. Kultury osobistej nie uczy się paragrafami.

Nie ma znaczenia, że podobne regulacje znajdziemy w innych krajach. Tak czy inaczej, to wątpliwej skuteczności relikt prawny. Genetycznie to regulacja sięgająca, hen, aż do zbrodni obrazy majestatu. Przestępstwo naruszenia czci panującego w starożytności i średniowieczu uznawane było za najcięższe przestępstwo.

Obraza majestatu, której można było dokonać słowem i pismem, karana była śmiercią, zwykle z "urozmaiceniami". Skazańcom obcinano dłoń, którą podnieśli na monarchę. Ciało rozrywano czterema końmi. W miarę sekularyzowania się oglądu świata zbrodnię obrazy majestatu traktowano raczej jako zbrodnię stanu. Wcześniej bowiem, dopóki hołdowano przekonaniu o boskim umocowaniu władzy, "crimen laesae maiestatis" traktowano bowiem jednocześnie jako najcięższe wystąpienie przeciwko boskim zakazom.

Ten wyznaniowy posmak przepisów o zniewadze głów państwa wyczuwa się i dziś. Kodeks karny ma być tarczą z paragrafów, za którą schroni się obrażalski nimb władzy. Ścigane z oskarżenia publicznego przestępstwo jest przy tym głęboko nieegalitarnym rozwiązaniem. Andrzej Duda nie jest żadnym bożym pomazańcem ani nikim lepszym od nas, tylko zwykłym obywatelem wybranym przez innych obywateli w wyborach bezpośrednich. Mógłby też więcej przykładać się do pracy w czasie pandemii, a nie rozmyślać o szusowaniu na stokach narciarskich. Zresztą Duda jaki jest, każdy widzi.

Publiczne znieważanie autorytaryzmu

Po doświadczeniach II RP oraz PRL-u jednak powinniśmy być szczególnie wyczuleni na nadymanie się urzędników. W pierwszej kolejności w demokracji polityk powinien mieć skórę grubszą od dojrzałego słonia. Jeśli jednak chciałby się bronić przed wulgarnymi słowami, niech czyni, jak wszyscy inni na drodze cywilnoprawnej - bez udziału nadgorliwych prokuratorów, którzy w akcie oskarżenia zajęli się właśnie wykazywaniem, dlaczego słowo "debil" jest znieważające.

Neurotyczna chęć świętości kosztem trzeźwej oceny stanu państwa i jego instytucji nie pojawiła się w 2021. W II Rzeczypospolitej - dają znać o sobie neurozy z czasów zaborów - wraz z pragnieniem odbudowy majestatu głowy państwa. Sanacyjne rządy upichciły stosowne przepisy, wrogów ścigano bez ulgowej taryfy. W brutalnych czasach po zamachu na Gabriela Narutowicza pewien poziom obaw nie był nieuzasadniony. Niemniej trudno nie zauważyć, że na obniżenie rangi głowy państwa polskiego radykalnie wpłynął zamach majowy i poniżenie prezydenta Stanisława Wojciechowskiego oraz późniejsza polityczna działalność Józefa Piłsudskiego.

Tego ostatniego po śmierci także zresztą chciano otoczyć specjalną czcią pięści i paragrafów. W 1938 roku po głośnej sprawie nazwania Piłsudskiego "kabotynem", dziennikarza - autora "inwektywy" wojskowi brutalnie pobili "bez żadnego trybu". Następnie uchwalono kuriozalną ustawę o ochronie imienia Józefa Piłsudskiego. Zgodnie z jej postanowieniami, pamięć czynu i zasługi marszałka miały "po wsze czasy należeć do skarbnicy ducha narodowego i pozostaje pod szczególną ochroną prawa". Wynikało z tego, że, "kto uwłacza Imieniu JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO, podlega karze więzienia do lat 5". Do religijnego posmaku przepisów doszedł ich autorytarny, sanacyjny rys. Zaklinanie rzeczywistości ustawami urzędów II Rzeczypospolitej nie uratowało.

Po 1989 bez zmian

W III RP jesteśmy obciążeni podobnym wrażeniem słabości państwa i jego instytucji. Obrażano wszystkie głowy państwa. Mamy liczne przykłady z czasów Lecha Wałęsy, Aleksandra Kwaśniewskiego, Lecha Kaczyńskiego oraz Bronisława Komorowskiego. Od happeningów Ligi Republikańskiej z lat 90. aż do bronionego między innymi przez Andrzeja Dudę "antykomora".

Jeśli sprawom nadawano bieg w postępowaniu karnym, często (choć nie zawsze!) kończyły się umorzeniem.

Retrospektywnie patrząc, można powiedzieć, że w odbiorze społecznym rezultat wszystkich tych postępowań sądowych był odwrotny od zamierzonego. I nie bez powodu druga kadencja Andrzeja Dudy skrzy się kolejnymi przykładami, osób ściganych za bezczelność, wulgarność czy zwykłe chamstwo. Gdyby jednak to ostatnie było kryterium uczestnictwa w życiu publicznym, to np. pan Daniel Obajtek - ten znany nam z taśm - już powinien pożegnać się ze stanowiskiem prezesa "Orlenu".

Jednak sprawa Żulczyka przebiła pewien sufit medialny - poprzez rezonans w kraju i na świecie. Z przykrością stwierdzam, znów stawiając nas wszystkich, nawet tych, którzy nie oddali głosu na Andrzeja Dudę, w negatywnym świetle.

Pisarz Żulczyk nie przyznał się do znieważenia prezydenta. Prokuratura wyjęła zaś słownik języka polskiego PWN, stanowisko Rady Języka Polskiego oraz orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Prawdopodobnie wraz z całym światem będziemy pochylać się np. nad stopniem obraźliwości słowa "debil" (co za news!). Będziemy roztrząsać np., czy głowa państwa polskiego może być "debilem" bez szkody dla własnej powagi. Zapowiada się niezły spektakl.

W gruncie rzeczy jest tylko jeden sposób dla odzyskania powagi przez głowę państwa. Duda i jego urzędnicy zamiast wydawania pustych oświadczeń o tym, że "prezydent ma do siebie dystans", powinni ekspresowo porozumieć się ze Zjednoczoną Prawicą, powracając do inicjatywy zgłaszanej kiedyś przez Zbigniewa Ziobrę. I doprowadzić do szybkiego skreślenia szkodliwego przepisu z kodeksu karnego.

Niestety, akt oskarżenia już trafił do sądu. Przed nami lany poniedziałek. Pozostaje więc mieć nadzieję, że orzeczenie będzie szybkim kubłem zimnej wody na rozgrzane głowy prokuratorów. 

Piętnować brak kultury, owszem, można, a czasem wręcz trzeba, ale to nie jest zadanie dla prokuratury. Naprawdę nie ma ważniejszych spraw?

W przeciwnym razie, nic tylko wyglądać kolejnych wyzwisk, memów i wulgaryzmów. O wolność słowa w praktyce dobijały się całe pokolenia. A i przekory Polaków - w obliczu prawnokarnych knebli - również bym nie lekceważył.

***

Jarosław Kuisz - Kultura Liberalna, Uniwersytet Warszawski. Wydał ostatnio książki: "Koniec pokoleń podległości" oraz "Propaganda bezprawia".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje