Reklama

Reklama

Ból polskiego Brexitu

Smutno było patrzeć w sylwestrową noc na tarczę Big Bena w telewizji. Ogromne wskazówki, nieubłaganie docierając do dwunastki, wyznaczały koniec pewnej epoki. Bite 47 lat Wielkiej Brytanii w europejskim projekcie, dobiegło końca.

Reklama

Wbrew pozorom, pewna era skończyła się także dla nas, w Europie Środkowej. Prawda, że w 2016 roku, gdy decydowano o Brexicie, i w Polsce nie brakowało "niepokornych" suwerenistów. Oni cieszyli się na myśl o zagraniu na nosie Brukseli. Była to jednak karygodna krótkowzroczność. Do ubiegłego piątku Wielka Brytania neutralizowała faktyczne wpływy innych państw w Unii. Obecnie, niejako z automatu, wzrosła rola Paryża i Berlina, ale nie Warszawy. Rośnie też znaczenie państw strefy euro, w której nas przecież nie ma itd.

Reklama

W Polsce wyrażanie wsparcia dla zwolenników Brexitu było także podszyte jakąś Schadenfreude wobec rodaków, których bodaj około miliona postanowiło szukać szczęścia nad Tamizą. W ramach "wolnego przepływu osób" mieli do tego pełne prawo. Jednym się powiodło bardziej, innym mniej. Często wykonywano na miejscu ciężkie prace, dalekie od wcześniejszych marzeń z kraju.

Szczypanie w sercu

I tu docieramy do zasadniczych powodów smutku na widok sylwestrowego Big Bena. "Szczypanie w sercu" nie pojawiło się przecież z tego powodu, że na granicach z Wielką Brytanią wróci biurokratyczna mordęga. Idzie o symboliczny koniec pewnej ery. A dokładniej, o kolejny przejaw końca pewnego mitu, stopniowo rozwiewającego się od kilku lat. Chodzi o polską wersję postkomunistycznego mitu Zachodu. Wyobrażenia na temat Wielkiej Brytanii, rodzące się u schyłku Polski Ludowej, stanowiły ważny jego element.

Na początku lat 2000 większość z Polaków nie miała bladego pojęcia o realiach Wielkiej Brytanii. Nie wiedziano jak bardzo Zjednoczone Królestwo różni się od państw kontynentu. Wyobrażenia PRL-owskie i postkomunistyczne na temat Londynu brały się z kultury popularnej lat 80.-90. XX wieku: z filmów o Jamesie Bondzie z Rogerem Moorem i Timothy Daltonem, wiadomości o angielskiej lidze piłkarskiej czy przebojach muzyki popularnej od punka po brit pop.

W polskim micie Zachodu od końca lat 80. ważne było przekonanie nie tylko o wyższości materialnego życia, ale także o wyższości moralnej nad sypiącym się Wschodem (czytaj: ZSRR). Skwapliwie uczono się obcego języka z kaset magnetofonowych, wyrażając tym samym opór wobec przymusowego języka rosyjskiego w szkołach. Liczne dowody znajdziemy w dziennikach i wspomnieniach z tamtych czasów. Zachód wyobrażano sobie jako otwarty, a nie zamknięty.

Exodus

Polacy napłynęli na Wyspy tysiącami, setkami tysięcy. Stali się widoczni na co dzień. Gdy miałem okazję współprowadzić program polski na Uniwersytecie Oksfordzkim, prowadziliśmy wiele rozmów na ten temat. Pamiętam, jak przed Brexitem profesor Timothy Garton Ash oświadczył, że owa fala nieprawdopodobnie wzbogaciła Zjednoczone Królestwo. Sukces widać było gołym okiem na uliczkach Oksfordu. Setki znakomitych studentów z Polski zdobywało wiedzę na jednej z najlepszych uczelni na świecie o średniowiecznych tradycjach.

Wystarczyło jednak udać się poza Oxford, by szybko zdać sobie sprawę, że inni Brytyjczycy nie podzielają tej opinii co do napływu cudzoziemców szerokim strumieniem. W każdym razie nie bez zastrzeżeń. Łatwo było znaleźć w okolicy zapuszczone miejscowości, które na pierwszy rzut oka nie korzystały bezpośrednio z europeizacji i globalizacji. Przypominam sobie skwaszone miny pary skromnych Brytyjczyków w średnim wieku w wagonie pociągu wypełnionego po brzegi cudzoziemcami. Na radosne hałasy wyrażane w kilku europejskich językach, reagowali, eufemistycznie rzecz ujmując, bez zachwytu.

Przypominam też sobie, jak podczas jednej z konferencji naukowych brytyjski naukowiec zaatakował "bez angielskiej flegmy" niemieckiego badacza, zatrudnionego w Zjednoczonym Królestwie. W pewnej chwili polemika podryfowała w nieoczekiwane rejony. Brytyjczyk gorzko oznajmił niemieckiemu koledze, że, gdyby to on chciał zatrudnić się na niemieckiej uczelni, nie byłoby takie łatwe. Naukowcy siedzący przy stole z zakłopotaniem odwracali wzrok.

To także polskie referendum

Gdy wypłynęła sprawa referendum zaproponowanego przez Davida Camerona, zacząłem podejrzewać, że, jeśli tak wygląda sprawa "milczącej większości", to Brexit nie jest taki niemożliwy.

A jednak przyswojenie sobie wyniku referendum nie było nieprzyjemne. Śledzenie polityki brytyjskiej lat 2016-2020 to męka pańska. Fenomenalne dotąd wiadomości BBC nagle stały się nudne. Brexit to, Brexit tamto. Wiecznie spierano się na jeden i ten sam temat.

Oczywiście, usiłowano zrozumieć powody. W Warszawie organizowaliśmy Warsaw European Forum, międzynarodową konferencję dziennikarzy i naukowców w Teatrze Polskim, na którą zaprosiliśmy młodego członka redakcji z centrolewicowego tygodnika "The New Statesman". Na pytanie, dlaczego doszło do Brexitu, skoro wszystko szło tak dobrze, dziennikarz wypalił: "Przecież to przez Was!".

Wypadało docenić szczerość. Jakiś czas potem były minister w rządzie brytyjskim, Jack Straw, wyraził to samo dyplomatycznym językiem. Oświadczył w wywiadzie, że gabinet Partii Pracy pomylił w oszacowaniu, ilu imigrantów zarobkowych może przybyć z Europy Środkowej. Z różnych wypowiedzi prominentnych polityków wynikało, że w sferach rządowych o tej części Europy wiedziano niewiele lub zgoła nic.

Brexit z Covidem

Big Bena w sylwestrowych wiadomościach oglądali ludzie znajdujący się w przymusowej izolacji. Pandemia COVID-19 tylko wzmaga melancholię wspomnienia świata otwartego. Wobec prawdziwie tragicznego żniwa wirusa na Wyspach Brytyjskich Borys Johnson właśnie zarządził kolejny drakoński lockdown. Banał przemieszczania się samolotami czy autobusami po Starym Kontynencie odchodzi do historii. 

Od tej chwili wiemy, że może być inaczej. Co więcej, zwijanie się strefy Schengen wisi w powietrzu. Niezadowolenie z napływu obcych, w tym z państw postkomunistycznych, można także zaobserwować na co dzień w Niemczech czy Francji. Nie tylko politycy suwerenistycznej prawicy wypowiadają się na ten temat. Na lewicy coraz częściej podnoszony jest "internacjonalistyczny" argument o tym, że trzeba zamykać granice. Nie można przecież pozbawiać innych państw elit (lekarzy, prawników itd.), którzy potrzebni są "ludowi" w tychże państwach.

W Polsce w kołach rządzących od 2015 roku "Brexit" wpisywany był wizję "Europy narodów". Mało kto myśli o niezamierzonych skutkach ludzkich działań.  W najbliższych latach Przykład brytyjski może doprowadzić do serii małych i średnich "- exitów", które mogą oznaczać różne rzeczy, ale które niewątpliwie od kilku lat kiełkują w głowach obywateli państw Europy Zachodniej. Wówczas nasza sytuacja geopolityczna ulegnie radykalnej zmianie.

Również fragment polskiej wersji "la belle époque" otwartego świata domykał się wraz z uderzeniami Big Bena. Obecnie modne jest przedstawianie w negatywnych barwach dorobku ostatniego 30-lecia, oczernianie polskiej wersji liberalnej demokracji. To obraz jednostronny, boleśnie uproszczony. Nie mam jednak wątpliwości, że za jakiś czas będziemy wspominać i ten czas z nostalgią. To ludzka skłonność, niezależnie od epok i krajów. W końcu nawet po upadku Polski Ludowej pojawiła się tęsknota za "komuną".

A może - przekornie - właśnie teraz część z nas zacznie mocniej walczyć o ten kruchy, otwarty świat, aby całkiem nie przeminął.

Jarosław Kuisz - "Kultura Liberalna", Uniwersytet Warszawski. Wydał ostatnio książki: "Koniec pokoleń podległości" oraz "Propaganda bezprawia".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje