Reklama

Reklama

Wrocław: Aż 11 godzin musiał czekać na pomoc

Szpitalne Oddziały Ratunkowe powinny pomagać, a nie utrudniać życie. Niestety szpital przy ul. Borowskiej we Wrocławiu myśli inaczej. Tam, trzeba czekać bardzo długo.

Tak było w przypadku mężczyzny, który z krwotokiem czekał na pomoc aż 11 godzin. W podobnej sytuacji była starsza pani ze złamaną nogą z Oleśnicy, czy kobieta z ostrym zapaleniem ucha.

Reklama

- Żeby chorować trzeba mieć stalowe nerwy i końskie zdrowie- denerwuje się pan Mieczysław, który w szpitalu na Borowskiej spędził ponad pół dnia.

Wszystko zaczęło się w nocy. Mężczyzna choruje na nadciśnienie i dostał krwotoku z nosa. Żona pana Mieczysława robiła mu okłady, ale to nie zatrzymało krwawienia.

Mężczyzna następnego dnia poszedł do lekarza pierwszego kontaktu, który zadecydował, by odwieźć go do szpitala. Wezwano karetkę, która zawiozła go na SOR Akademickiego Szpitala Klinicznego.

- Tam mi powiedzieli, że jak krwotok ustąpi to mnie puszczą do domu. Jednak nie podali mi żadnej tabletki, ani nie próbowali zatamować krwawienia - opowiada mężczyzna. - Pierwszą tabletkę na zbicie ciśnienia dostałem około 18.00, a na oddziale byłem już około 11.00.

- Nie wiem, jak lekarz może patrzeć na mękę pacjenta- denerwuje się żona pana Mieczysława- Wszyscy tam chodzili, rozmawiali, a on się wykrwawiał! - dodaje załamana kobieta.

W końcu około godziny 22.40 do Mieczysława przyszedł laryngolog i zatamował mu krwotok. Po pół godzinie po mężczyznę przyjechała karetka i zabrała go do szpitala na ul. Koszarową.

Pan Mieczysław przez 11 godzin cierpiał na szpitalnym korytarzu, wśród lekarzy i pielęgniarek.

W podobnej sytuacji była pani Barbara, która przyjechała na Borowską ze skierowaniem na oddział laryngologiczny.

- Pani laryngolog powiedziała mi, że muszę jechać do szpitala przy Traugutta na dyżur neurologiczny - wspomina koszmarne chwile pani Barbara. - Moja synowa przyjechała po mnie samochodem, ale lekarze powiedzieli mi, że mam poczekać na karetkę, bo będzie szybciej. To było około godziny 16.00, a na Traugutta byłam po północy- kończy kobieta.

Równie niegrzecznie została potraktowana starsza kobieta z Oleśnicy, która miała złamaną nogę. Kobieta przyjechała do Akademickiego Szpitala Klinicznego ze skierowaniem na operację. Jednak lekarze odesłali ją do szpitala w Oleśnicy, bo na Borowskiej nie było miejsca, by kobieta mogła poczekać dwa tygodnie na operację...

Na transport do Oleśnicy, ze złamaną nogą i bez środków przeciwbólowych czekała 10 godzin.

Dziennikarze próbowali skontaktować się z dyrekcją szpitala w tych sprawach. Jednak w sekretariacie dyrektora Piotra Nowickiego, który jest odpowiedzialny za sprawy przewozu osób, nikt nie podnosił słuchawki. Telefon komórkowy dyrektora Nowickiego również nie odpowiadał.

Dorota Przybylak

redakcja@wfp.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje