Reklama

Reklama

Straciła dom rodzinny i nadzieję

- Nie wierzę, że to wszystko się wydarzyło, że chodzi o moje życie - powtarza Alicja Krajewska-Ślazińska. Wałbrzyszanka straciła rodzinny dom, w którym mieszkała 50 lat.

Była w nim zameldowana, płaciła czynsz, ale decyzje urzędników i sądów są dla niej bezlitosne. Wiadomości Wałbrzyskie znalazły prawników, którzy postarają się pomóc zrozpaczonej kobiecie.

Reklama

Gdyby wiedziała, że to sen, mocno uszczypałaby się w rękę, żeby się obudzić. Ale to nie jest zły sen, choć Alicji Krajewskiej-Ślazińskiej trudno w to uwierzyć. Nawet po ośmiu latach beznadziejnych zmagań z wymiarem sprawiedliwości, rodziną i przeciwnościami losu.

Zwyczajna rodzina

W dwupokojowym mieszkaniu na Osiedlu Górniczym 26, pod numerem 12, pani Alicja zamieszkała wraz z rodzicami w 1957 roku. To jedyny dom rodzinny jaki miała. Zajmowała jeden pokój, rodzice drugi. Nie wyprowadziła się stąd nawet wówczas, gdy założyła własną rodzinę. Razem z panią Alicją zamieszkał jej mąż, a potem kolejno dwóch synów. Wszyscy zameldowani pod tym samym adresem. Świetnie się tu czuła. To małe osiedle, spokojne, wszyscy się znają. Zwłaszcza, że pani Alicja przez wiele lat uczy muzyki w miejscowej podstawówce. Piętro wyżej mieszka jej siostra z mężem i córką, ale jeszcze wtedy pani Alicja się z tego cieszy.

Jej życie toczy się zwyczajnie. Jak u wielu innych rodzin w Wałbrzychu, czy w innej części Polski. Nawet kiedy poważanie zachoruje jej teściowa, nie będzie przypuszczała, że stanie się to początkiem jej życiowej tragedii.

- Mama mojego męża wymagała stałej opieki. Ciężko było tak wciąż jeździć to tu, to tam. Mąż z jednym z synów zdecydował, że przeprowadzi się do teściowej, by się nią zajmować. Ja z drugim synem zostaliśmy tu, w naszym domu - opowiada pani Alicja.

Niedługo potem zachoruje także matka Alicji Krajewskiej-Ślazińskiej. Jest inwalidą, porusza się o lasce, więc też wymaga nieustannej opieki. Córka wciąż przy niej jest. Załatwia wizyty u lekarzy, przeprowadza niezbędne modernizacje w domu, starając się przy tym o dofinansowanie z Pefronu. Na wszystko ma dokumenty. Trzyma je do dziś.

Kiedy w maju 2000 roku umiera matka pani Alicji, to ona załatwia formalności związane z pogrzebem. Niedługo jednak dane jest jej opłakiwać śmierć matki. Krótko po pochówku pani Alicja przeżywa pierwszy szok. Jak się później okaże, nie ostatni.

Wszystko staje na głowie

- Zawsze byłam skrupulatna. Zbierałam wszystkie pokwitowania. Lubiłam porządek w papierach. Chciałam załatwić formalności związane ze śmiercią mamy. Bez problemu przepisałam książeczkę radiowo-telewizyjną. Potem poszłam do administracji, bo mieszkanie od zawsze było na mamę. Zaniemówiłam, kiedy urzędnik z MZB powiedział mi, ze już ktoś złożył wniosek o przydział tego lokalu. Jak to? Mojego domu? To musi być pomyłka! - wspomina nie mogąc już ukryć łez pani Alicja.

Kiedy dowiaduje się, że osobą, która stara się o jej mieszkanie jest córka jej siostry, już wie, że to jest możliwe. Ale wtedy jest jeszcze przekonana, że da się to załatwić. Przecież na wszystko ma dokumenty. Sprawa trafia do sądu.

Adwokat radzi jej, by to jej syn złożył pozew. Bo w latach osiemdziesiątych teściowe zapisali małżeństwu Ślazińskich połowę starego, poniemieckiego domku. Nie mogli w nim jednak zamieszkać, bo nie było na to warunków. Sąd pierwszej instancji przyznaje rację i prawo do mieszkania na Osiedlu Górniczym Krzysztofowi Ślazińskiemu. Cieszą się. Ale niezbyt długo. Kuzynka odwołuje się i dramat zaczyna się na nowo.

- Przekonała niektórych sąsiadów, by ci zeznali, że w 2000 roku, razem z moim mężem wszyscy wyprowadziliśmy się do teściowej, a to ona zajmowała się babcią i u niej mieszkała. Nie było na jej korzyść nic prócz tych fałszywych zeznań, a mimo to, sąd jej uwierzył. Płakałam i zastanawiałam się jak to jest możliwe - opowiada Krajewska-Ślazińska.

Teraz jest przekonana, że to wina adwokata, którego wynajęła. Sam nie stawiał się na sprawy, wyznaczał zastępstwo młodej prawniczki, która zdaniem pani Alicji, nie dostarczała do sądu tych dokumentów, które ona jej przynosiła.

- Nawet nie mogłam się radzie adwokackiej na niego poskarżyć, bo sprawę formalnie założył mój syn. On wyjechał na studia, nie mógł wciąż za tym chodzić, a ja "nie byłam stroną w sprawie" - mówi zrozpaczona kobieta.

Wyciąga z opasłej teczki plik dokumentów. Ułożone chronologicznie, posegregowane. Jest nawet przydział na mieszkanie z 1957 roku dla ojca pani Alicji. Są rachunki wypisywane jej pismem przez lata, zaświadczenia lekarskie. Ale nawet kiedy sprawą zajął się Sąd Najwyższy, to nie pomogło. Bo sąd dał wiarę tym świadkom, którzy zeznawali przeciwko niej i jej synowi.

Najpierw traci zdrowie, później nadzieję

Nie wytrzymała. Choć straciła zdrowie, leżała w szpitalu, była w sanatorium, przez rok nie pracowała, nie poddała się. Złożyła doniesienie do prokuratury w sprawie składania fałszywych zeznań przez świadków. Prokuratura umorzyła postępowanie, bo... za późno się dowiedziała, że świadkowie kłamali.

- Krzysztof Ślaziński winien był w chwili stwierdzenia składania fałszywych zeznań w toku rozpraw administracyjnych i przed sądem, złożyć stosowne zawiadomienia do organów ścigania (jeszcze przed wyrokiem sądu I instancji - przyp. red.) - czytamy w uzasadnieniu umorzenia, podpisanym w czerwcu 2006 roku prze prokurator Sylwię Hnatiuk-Górską.

Zdaniem prokuratury, sytuacja Ślizińskich byłaby wtedy zupełnie inna. Droga się zamyka. Rodzina z piętra wyżej składa wniosek o eksmisję. Sąd (o zgrozo!) przyznaje lokal socjalny w najgorszej dzielnicy miasta, na IV piętrze, przy strychu. Nie ma jak wnieść pianina - narzędzia pracy pani Alicji. Ale nie ma odwołania. Pani Alicja przez tydzień wywozi swoje rzeczy z rodzinnego domu. Pianino trafia do garażu znajomych. A ona do pokoju z kuchnią przy strychu.

- Straciłam już wszelką nadzieję - przyznała kobieta, która za ostatnią deskę ratunku uznała redakcję.

Udało się! Dariusz Lenda, radny miejski i prawnik z wykształcenia pomoże pani Alicji napisać wniosek o przydział innego mieszkania. Takiego, do którego zmieści się pianino. Poradził też, gdzie ma szukać pomocy.

- W tej sytuacji powinien pomóc Rzecznik Praw obywatelskich, a jeśli nie, to trzeba dochodzić praw przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka. To długa droga, ale ta pani przeszła już tyle, że nic gorszego chyba nie może jej spotkać - przyznaje Lenda.

Mamy też zapewnienie, że inna wałbrzyska prawniczka pomoże w napisaniu wniosku do RPO. Pani Alicji trudno uwierzyć. Ale znów kiełkuje w niej nadzieja na zwyczajne życie.

Magdalena Sośnicka-Dzwonek

dzwonek@nww.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje