Reklama

Reklama

Przygarnęła błąkającego się kota, a teraz… może trafić do więzienia

Czy to kara za dobre serce? Pani Natalia przygarnęła błąkającego się kota, a teraz... może trafić do więzienia. Kobieta jest oskarżona o kradzież, a policja traktuje ją jak groźnego przestępcę - sprawie przyjrzał się Przemysław Siuda, reporter programu "Państwo w Państwie". Transmisja od godz. 19:30 w Polsacie i Polsacie News.

Pani Natalia spędzała wieczór ze znajomymi w jednej z restauracji w centrum Świdnicy. Przy wyjściu z lokalu zauważyła błąkającego się kota. Jak twierdzi, zapytała obsługę, czyje to zwierzę. Gdy usłyszała, że jest "niczyje", postanowiła je zabrać. Obawiała się, że kot może wpaść pod samochód, bo tuż obok jest najbardziej ruchliwe skrzyżowanie w mieście.

- Po prostu żal mi się go zrobiło. Ja nie mam zwierząt, nie chce mieć zwierząt, nie zabierałam go po to, żeby zatrzymać. Po prostu chciałam go uratować, no bo umówmy się, samotne zwierzę przy ruchliwym skrzyżowaniu, po godzinie 22 to nie jest codzienny widok.  Później chciałam znaleźć właściciela, żeby kota oddać - opowiada Natalia Kozdrowska.

Reklama

Policja wkroczyła do akcji

Następnego dnia kobieta wielokrotnie dzwoniła pod numer znaleziony na obroży kota. Nikt nie odbierał, więc skontaktowała się z miejscowym schroniskiem dla zwierząt. Ostatecznie, po 3 dniach u pani Natalii, kot uciekł. - Kot jak kot, zwykły szary dachowiec, próbowałam pomóc, no ale jednak instynkt okazał silniejszy i zwiał. Myślałam, że sprawa jest zakończona, zdążyłam już nawet o tym kocie zapomnieć. A tu po 3 miesiącach do mojego domu wpadają policjanci i mówią, że pójdę do puchy, bo jestem oskarżona o kradzież kota - mówi pani Natalia.

Okazało się, że właścicielka kota, gdy zorientowała się, że ten dłużej niż zazwyczaj nie wraca do domu, zgłosiła na policję, że ktoś jej go ukradł. Po sprawdzeniu monitoringu restauracji, po rejestracji samochodu policjanci doszli do tego, że zabrała go pani Natalia. Rozpoczęła się szeroko zakrojona policyjna akcja. Funkcjonariusze przeprowadzili przeszukania w domu pani Natalii, w domu jej byłego męża, a także jego matki.

- Tutaj brakowało tylko, żeby antyterroryści mi wpadli nad ranem,  bo oprócz tego było już wszystko: sprawdzanie monitoringu, przeszukania, przesłuchania, a nawet zastraszanie. Traktowali nas jak przestępców, chcieli pokazać jak super skuteczna jest nasza policja, że dorwali złodziei - wspomina Bartłomiej Bernaś, były mąż pani Natalii.

Właścicielka wyceniła kota

Pani Natalii grozi teraz nawet więzienie. Wszystko dlatego, że zabranie kota zostało zaklasyfikowane jako przestępstwo. Policja wraz z właścicielką oszacowała wartość kota na 1000 złotych. Kwota jest tak wysoka, ponieważ uznano, że kot jest rasowy. Problem w tym, że... nie jest. Zwierzę nie ma bowiem rodowodu.

Nie istnieje coś takiego jak "kot rasowy bez rodowodu". Albo kot jest rasowy i ma rodowód, albo to zwykły dachowiec, który po prostu nieco przypomina z wyglądu kota rasowego. W polskim prawie zwierzęta są traktowane jak przedmioty. To oznacza, że taki kot nie ma żadnej wartości, jedynie sentymentalną dla właściciela - mówi Grażyna Kolczyńska, prezes Polskiego Związku Felinologicznego.

Zarzuty dla pani Natalii

Mimo tego prokuratura postawiła pani Natalii zarzuty. Jest oskarżona o kradzież i grozi jej nawet 5 lat więzienia. Nikt nie chciał słuchać, że kobieta nie chciała kota zatrzymać, że szukała właściciela, dzwoniła do schroniska, prokurator odrzucił również wniosek o powołanie biegłego, który ustaliłby czy kot jest rasowy.

- Robiono wszystko, żebym się przyznała i żeby mieli sukces. Podczas przesłuchania powiedziano do mnie, że lepiej, żebym współpracowała, bo inaczej trafię do więzienia, a tam takie kobiety nie mają łatwo, że takie jak ja to tam dwie trzymają a trzecia gwałci - opowiada Pani Natalia.

Absurd jest tym większy, że kot już jest u prawowitej właścicielki. Po wizycie policji pani Natalia zorganizowała akcje poszukiwawczą zwierzęcia i po kolejnych trzech miesiącach udało się jej go znaleźć. Odwiozła kota do restauracji i poprosiła o oddanie właścicielce.

- To jest kot wychodzący, nie ma w Polsce zakazu wypuszczania kota luzem. Zdarzało się, że on nie wracał kilka dni, ale zawsze przychodził, aż ta pani go zabrała. Moim zdaniem zrobiła to celowo, chciała go ukraść. Ale mi zależało tylko, żeby kot wrócił do domu, więc nie zależy mi żeby ciągać ją po sądach. Tylko sprawy nie mogę wycofać, bo to już nie ode mnie zależy, to już idzie z urzędu - tłumaczy właścicielka kota.

Teraz pani Natalia będzie musiała przed sądem udowodnić, że wcale nie chciała ukraść kota, oraz że kot wcale nie jest wart tyle, ile zadeklarowała właścicielka. Więcej już o 19:30 w materiale Przemysława Siudy w programie Państwo w Państwie.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy