Reklama

Reklama

Przedsionek piekła

Gehenna gwałconej dziewczyny trwała od lat. Zaczęła się w Pasikurowicach. - Wszyscy coś słyszeli, ale jak zwykle nikt nie widział.

- Słyszałem? A k... kto nie słyszał? Afera na całą Polskę. Przed kamerami od rana biadolą. Pójdzie pani do tych domów naprzeciwko sklepu, to może pani powiedzą. Wszyscy coś słyszeli, ale jak zwykle nikt nie widział.

Reklama

Naprzeciwko sklepu mieszka Janina Koza. Rodzinę B. zna bardzo dobrze. Babcia Ali była jej chrzestną, przez lata mieszkały tuż obok siebie. Większość informacji o tym, co działo się w domu przy ulicy Kwiatowej zna z relacji chrzestnej.

- Opiekowałam się nią zanim umarła, kupowałam leki, obcinałam powrastane paznokcie - mówi. - Ten człowiek zrujnował jej życie. Jej, swojej żonie i dzieciom - Ali i Jasiowi. W głowie się to nie mieści.

Pasikurowice to rodzinna wieś mamy Ali. Według relacji pani Janiny, zanim pojawił się Krzysztof, rodzina radziła sobie całkiem nieźle. - Byli zamożni, mieli spore gospodarstwo, ładny dom.

Rodzina Krzysztofa B. pochodziła z północy Polski, ale miał on krewnych w położonym blisko Pasikurowic Cieninie. W ten sposób poznał Teresę, swoją przyszłą żonę.

- Zaraz potem wzięli go do wojska, ale długo tam nie wytrzymał i uciekł - relacjonuje pani Janina. - Stąd jego przezwisko: "Dezerter". Z opowieści mieszkanki Pasikurowic wynika, że Krzysztof B. cudem uniknął wtedy więzienia. - To moja chrzestna, jego teściowa, go wykupiła - mówi.

Pani Janina twierdzi, że już na początku małżeństwa były kłopoty. - On nigdy nie lubił dzieci, mówił, że nie chce bachorów. Kiedy urodziła się Ala, przez pierwsze trzy lata opiekowała się nią babcia. - Bił i zastraszał wszystkie trzy: teściową, żonę i córkę.

Janina Koza pamięta, że rodziną B. interesowała się kiedyś policja. - Podobno chrzestna wezwała kiedyś karetkę i policję, bo znalazła Teresę całą we krwi. Potem mówili, że to był poród. Ale co było dalej, to ja nie wiem.

Janina Koza sporo słyszała. Nic nie widziała.

Dom rodziny B. Oddalony od głównej ulicy Pasikurowic o jakieś 300 metrów, trochę na uboczu. Jednopiętrowy, niewielki, sąsiaduje z dawnym warsztatem Krzysztofa B. Jak mówiła Janina Koza, prowadził on jakieś lewe interesy i wszystko mu odebrano.

Dom wygląda na opuszczony, choć podobno ma już nowego właściciela. Przed bramą gromadka miejscowych chłopaków.

- Będziemy w telewizji? - pytają. - Nie. Znaliście Jasia? - No, chodziliśmy razem do szkoły. Tylko, że ja do "B", a on do "A" - mówi Sylwek. - Dziwny był trochę, sporo przeklinał, niektórzy się z niego śmiali. - Bardzo lubił kombinować - dodaje jeden z chłopców. Kombinować? - No tak, samoloty jakieś sklejał, modele czy coś.

- A mi to było go trochę żal - twierdzi 12-letni Dawid. - Czasami przychodził do szkoły z podbitym okiem...ten jego ojciec to też był dziwaczny. - Kiedy Jasiek się wydzierał z balkonu, to on do niego: zamknij ryj bachorze! Albo jak szalony jeździł po wsi na ścigaczu. Często też wyganiał nas sprzed swojego domu. Krzyczał, przeklinał i groził. Emil, najstarszy z gromadki, bo już 17-letni słyszał też inne plotki. - Podobno tam u nich jakiegoś noworodka w kompostniku znaleźli.

Chłopcy dużo słyszeli. Niczego nie widzieli.

Najbliższa przyjaciółka Alicji, tak jak inni mieszkańcy Pasikurowic twierdzi, że nie była świadoma ogromu tragedii. Dziewczyny znały się od dziecka, chodziły razem do podstawówki, potem do gimnazjum.

- Czasem spotykałyśmy się u Ali w domu, ale wolałyśmy raczej iść na spacer, albo jechać do kina - mówi. - Nie czułam się tam dobrze, ojciec często poniżał Alę i jej mamę, obie były przez niego zastraszone.

Najnowsze doniesienia mediów bardzo ją jednak zaskoczyły. Nie wiedziała o ciążach koleżanki, nie wiedziała o molestowaniu i gwałtach. - O tych sprawach przeczytałam dopiero w Internecie - dodaje.

Po przeprowadzce rodziny w okolice Siemiatycz, dziewczyny nie straciły kontaktu. - Ala mówiła, że czuje się obco w nowym miejscu, dom jej się nie podobał, nie miała koleżanek. Dlaczego zdecydowała się mówić? - Poznała starszego mężczyznę, ojciec był przeciwny i wywiózł ją do Belgii. Nie wytrzymała.

Przyjaciółka Ali coś tam podejrzewała. Niczego nie widziała

Dorota Górniak znała Alę ze szkoły. - Nie chodziłyśmy do jednej klasy, bo Ala była o rok starsza - mówi. - Ale często spotykałyśmy się poza szkołą. Tylko raczej nie w jej domu. Na początku tak, ale potem ojciec zaczął chyba się bać, że Ala mogłaby mi coś powiedzieć.

Dziewczyna zauważyła, że w zachowaniu koleżanki było coś dziwnego. - Czasami przychodziła do nas, i kiedy tylko rozmowa schodziła na temat jej ojca, zaczynała płakać. Coś tam podejrzewaliśmy, że on ich bije, Alę, mamę i babcię i Jasia, ale ona tego nigdy wprost nie powiedziała. Wspominała też, że do ich warsztatu przychodził ktoś jeszcze, że razem z ojcem szli do jej pokoju. Ale nic więcej. Nic dokładnie nie mówiła.

Czy Dorota czuje, że coś można było zrobić wcześniej? - Przecież tam często policja była. Jak oni nic nie robili, to co myśmy mogli? Poza tym tutaj wszyscy się go bali. Nawet kiedy z panią rozmawiam to się boję. Że jak wyjdzie to może zrobić coś złego.

Dorota coś słyszała. Nic nie widziała. Podobno.

Sklepowa, pracownicy szkoły, sąsiedzi. - Na zewnątrz to oni byli całkiem normalni. Dzieci spokojne, ciche, grzeczne. On trochę nerwowy, ale alkoholu raczej nie nadużywał. Jakieś plotki to chodziły, że ona w ciąży była, że dziecko oddała, policja też tam przyjeżdżała. No ale kto by pomyślał, że taka tragedia.

Od dwóch lat Krzysztof B. z rodziną mieszkał w okolicach Siemiantycz (podlaskie). Jednak to w Pasikurowicach pierwszy raz zgwałcił swoją córkę, to we Wrocławiu w roku 2005 Alicja urodziła pierwsze dziecko. Drugie przyszło na świat po przeprowadzce, dwa lata później. Noworodki przekazywane były do adopcji - tak chciał Krzysztof B. Policja próbuje obecnie odnaleźć dzieci - ma już niezbędną dokumentację ze szpitali.

Opracowanie: KT

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy