Reklama

Reklama

Faceci nie dają rady

O tym, dlaczego rodzi się nam coraz mniej dzieci i czy to przez to, że prowadzimy hulaszczy i niehigieniczny tryb życia, rozmawiamy z doktorem Robertem Gizlerem, specjalistą ginekologiem położnikiem, dyrektorem medycznym Invi-Medu, Europejskiego Centrum Macierzyństwa.

Agnieszka Korzeniowska: Dlaczego coraz więcej wrocławskich par ma problem ze spłodzeniem potomka? Zbyt hulaszczy tryb życia? Za dużo pijemy, palimy, nie wysypiamy się. Odkładamy rozmnażanie się na później, bo najpierw trzeba zrobić karierę, wyszaleć się...

Reklama

Robert Gizler: Rzeczywiście coraz więcej par boryka się z niepłodnością. I nie dotyczy to tylko wrocławian, ale całej cywilizacji zachodniej. Wpływ mają na to czynniki biologiczne, czyli po prostu choroba, ale zdarza się też, że przyczyny są socjologiczno-ekonomiczne.

To znaczy?

- Teraz lansuje się pewien model życia. Decyzję o dziecku przesuwa się w czasie, podczas gdy czynniki środowiskowe, jak niehigieniczny tryb życia, stres, zanieczyszczenie środowiska, powodują, że szanse na potomka z czasem maleją.

No to może in vitro jest dobrym sposobem na przedłużenie sobie młodości? Najpierw hulamy, robimy karierę, a jak już chcemy dziecko, to pomoże nam w tym sztuczne zapłodnienie?

- Nie tędy droga. In vitro to metoda leczenia, a nie remedium na wieczną młodość. Niestety coraz modniejszym trendem jest zachowanie płodności i postrzeganie wykorzystywanych do tego metod w sposób komercyjny.

Komercyjny?

- Dotychczas nasienie czy komórki jajowe były zamrażane, gdy pacjenta czekała na przykład chemioterapia, na skutek której traciłby płodność. Dziś coraz więcej osób chce zamrozić swoje nasienie, komórki jajowe, a nawet zarodek, tak na wszelki wypadek. I tu wchodzimy na grząski grunt etyczno-moralny. I trwa dyskusja, czy w takiej sytuacji nie posuwamy się już zbyt daleko.

A kto częściej się u pana bada? Mężczyźni, czy kobiety?

- Oczywiście kobiety. Mężczyźni są bardzo przewrażliwieni na punkcie płodności. Do kliniki najczęściej trafiają przyparci do muru przez swoje kobiety. Ostatnio zdarzyło się, że dziewczyna postawiła swojemu narzeczonemu przed ślubem warunek. Zbadasz się, to za ciebie wyjdę. Poza tym, jeśli coś z nimi jest nie tak, przyjmują to, jak ogromną porażkę, życiową tragedię. Zresztą Amerykanie prowadzili badania nad czynnikami stresu i okazuje się, że informacja o bezpłodności działa na nas równie porażająco, co wiadomość o śmiertelnej chorobie.

W takim razie, jak pan mówi o tym mężczyznom?

- Bardzo, bardzo ostrożnie. Rzekłbym z najwyższą delikatnością. Zawsze robi to na nich piorunujące wrażenie. Kobiety przyjmują taką informację z większym spokojem, jest to dla nich motywacja do walki o upragnione dziecko. Dla mężczyzny bezpłodność to nie choroba, to zamach na jego męskość.

A czy temat in vitro nadal jest tak wstydliwy?

- Oczywiście. Pary ukrywają to, jak najwstydliwszą chorobę. Czasem poza nimi nie wie o tym nawet najbliższa rodzina. Niejednokrotnie kobiety będąc już w ciąży, zakładają sobie podwójną dokumentację. W tej oficjalnej nie ma słowa o metodzie zapłodnienia. Boją się otoczenia, które kiedyś mogłoby wytknąć ich dziecko palcem i powiedzieć: "O patrz! On jest z probówki". A to przecież bzdura. Widziałem wiele dzieci z in vitro i mogę przysiąc, że niczym się nie różnią od tych poczętych w sposób naturalny.

Autor: Agnieszka Korzeniowska

agnieszka.korzeniowska@echomiasta.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje