Reklama

Reklama

Chwaliszów: Sterta ubrań na polu. Mieszkańcy w strachu, gmina sprawdza ich przeznaczenie

Mieszkańcy wsi na Dolnym Śląsku zauważyli na polu stertę używanych ubrań w belach. Okazało się, że zostały rozładowane wózkiem widłowym przez grupę mężczyzn. Sprawę bada gmina. - Poinformowana jest policja - powiedział Interii sołtys miejscowości. Sprawą składowiska ubrań zajęła się także Wojewódzka Inspekcja Ochrony Środowiska we Wrocławiu.

Mieszkańcy Chwaliszowa (woj. dolnośląskie) zauważyli w czwartek stertę używanych ubrań porzuconą na działce w odległości około 80 metrów od zabudowań. Mieszkańcy gminy Stare Bogaczowice, na terenie której leży wieś Chwaliszów, zamieścili w sieci zdjęcia ubrań. "Lumpy zostały bezpardonowo rozładowane z naczepy" - napisano na profilu mieszkańców.

"Sprawa została zgłoszona na policję, będą sprawdzane nagrania z kamer, zbierane dowody w sprawie" - podano na nieoficjalnym profilu "Gmina Stare Bogaczowice".

Według Arkadiusza Karczmarza, sołtysa Chwaliszowa, w środę na działce zauważono tira, z którego sprasowane ubrania zdejmowało przy użyciu wózka widłowego sześciu mężczyzn. Z tego powodu kobieta, która zauważyła zdarzenie miała bać się zbliżyć.

Reklama

"Półprodukt" do produkcji "krajanki"?

Właścicielem działki ma być miejscowy przedsiębiorca z sąsiedniej wsi. Ludzie obawiają się, bo w pobliżu są zabudowania, a ubrania leżą niezabezpieczone, nie są ogrodzone i nikt ich nie pilnuje. Gdyby się zapaliły, to byłaby tragedia - mówi sołtys. - Poza tym dziś mamy dwa tiry ubrań, jutro będzie ich dziesięć - dodał. Według niego właściciel terenu miał tłumaczyć, że towar posłuży do produkcji "krajanki".

GIOŚ wykrył transport nielegalnych odpadów z Niemiec do Polski

Sołtys ocenił, że na placu są dwa transporty ubrań pochodzące z dwóch tirów. Wcześniejszego nikt nie zauważył, bo miał być ułożony na ziemi tak, aby nie było go widać.

Według Arkadiusza Karczmarza działka, na której leżą ubrania jest utwardzona i wcześniej miał być na niej zorganizowany plac postojowy dla samochodów ciężarowych. Gdy mieszkańcy się nie zgodzili, miał on powstać gdzie indziej.

Góra "zbelowanych" ciuchów

- To są zbelowane stare ubrania. Rozmawialiśmy z właścicielem nieruchomości, który poinformował, że jest to półprodukt, który będzie przetwarzał - powiedział Tomasz Fąka, zastępca wójta gminy Stare Bogaczowice. Samorządowiec przyznał, że był na miejscu, aby przeprowadzić wizję lokalną i nie stwierdził, aby na placu był składowane odpady, poza "półproduktem" wymienionym przez lokalnego przedsiębiorcę.

KAS: Transport 15 ton nielegalnych odpadów zatrzymany na Dolnym Śląsku

- Wójt rozmawiał z właścicielem i otrzymał zapewnienie, że ten pisemnie prześle wyjaśnienia - powiedział Fąka. Gmina ma także wystąpić do służb ochrony środowiska o ustalenie, czy towar składowany jest legalnie. Wyśle także zapytanie do straży pożarnej, czy sposób składowania towaru nie powoduje zagrożenia dla bezpieczeństwa.

Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska poinformował Interię, że sprawa jest badana, "zbierane są informacje i dane szczegółowe", a inspekcja "jest w kontakcie z właściwymi służbami".

Sprawę bada także powiadomiona o stercie używanych ubrań policja. - Będziemy prowadzić czynności wyjaśniające, aby ustalić, czy nie doszło do popełnienia czynu zabronionego - potwierdził Interii podkom. Marcin Świeży, oficer prasowy Komendy Powiatowej Policji w Wałbrzychu. 

Skarbówka zatrzymała ubrania na tirze

Podobny transport używanej odzieży zatrzymali na Dolnym Śląsku funkcjonariusze Dolnośląskiej Krajowej Administracji Skarbowej we wtorek. W ciężarówce zatrzymanej podczas rutynowej kontroli na autostradzie A4 znaleziono 15 ton używanej odzieży zapakowanej w foliowe worki.

Wojewódzki Inspektor Ochrony Środowiska uznał przewóz za nielegalny. Polski odbiorca towaru nie miał zezwolenia na przetwarzanie odpadów, nie mógł dokonać ich odzysku, czy unieszkodliwić ich w sposób zgodny z przepisami wspólnotowymi.

Kierowca został ukarany mandatem, z kolei przewoźnikowi grozi kara 13 tys. zł. Odbiorcy transportu używanych ubrań grozi do 500 tys. zł kary.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje