Reklama

Reklama

Ulrike Dässler, niemiecko-francuska dziennikarka, zaskarży Polskę. "Nieludzkie traktowanie"

Polskie służby miały w nieodpowiedni sposób potraktować dziennikarzy telewizji ARTE, którzy podczas zbierania materiału dostali się w niezamierzony sposób na teren strefy stanu wyjątkowego i zostali zatrzymani przez policję. ​Dziennikarka Ulrike Dässler powiedziała w wywiadzie udzielonym Deutsche Welle, że przeżyła upokorzenie, gdy została zamknięta w celi, nie mogąc nic czytać, ani pisać i nie mając kontaktu z przełożonymi oraz bliskimi i resztą ekipy. Zapowiedziała, że zaskarży "nieludzkie traktowanie".

Ulrike Dässler, dziennikarka niemiecko-francuskiej telewizji ARTE w wywiadzie udzielonym Deutsche Welle opowiedziała o zatrzymaniu, do którego doszło w pobliżu polsko-białoruskiej granicy, gdy wraz z operatorem przekroczyła granicę strefy objętej stanem wyjątkowym. Dziennikarze zostali następnie postawieni przed sądem, który uznał, ze naruszyli przepisy i ukarał ich naganami. Według dziennikarki sędzia nie zgodziła się na grzywny wysokości "500 euro".

"Nie chcieliśmy przekroczyć strefy stanu wyjątkowego"

- Nie pojechaliśmy tam po to, aby przekroczyć strefę stanu wyjątkowego. Chcieliśmy relacjonować sytuację wokół praw człowieka. To, jak wygląda ona na terenach, gdzie jeszcze możemy przebywać i nie chcieliśmy naruszać żadnej ustawy, w tym także polskiej - powiedziała Ulrike Dässler.

Wyjaśniła, że podczas pracy nad reportażem dziennikarze kontaktowali się ze Strażą Graniczną i informowali o swoim pobycie przy granicy Polski z Białorusią. Reporterzy radzili się także patroli Straży Granicznej, aby uzyskać informacje dotyczące tego, dokąd można legalnie wjechać. Według Dässler, wracając po przeprowadzeniu wywiadu z jednej z przygranicznych miejscowości, do której można było wjechać, ekipa najprawdopodobniej skręciła w złym kierunku.

Usnarz Górny. Straż Graniczna: Przy granicy koczuje grupa ok. 30 osób

Reporterzy w niezamierzony sposób wjechali do strefy stanu wyjątkowego, o czym poinformował ich napotkany patrol Straży Granicznej przy którym się zatrzymali. Funkcjonariusze mieli nakazać im odjechanie w przeciwną stronę. Z kolei, gdy dojechali do najbliższej miejscowości, czekać na nich miała już policja, a jej funkcjonariusze nie pozwolili jechać dalej. Następnie policjanci z kolejnych radiowozów zatrzymali obcokrajowców.

- Po około trzech godzinach zawieziono nas w trzech oddzielnych samochodach na posterunek policji. Operatorowi nałożono później nawet kajdanki i już się nie widzieliśmy. Nie wiedziałam, że mnie aresztowano, ani dlaczego mnie aresztowano, ani też co się stało z innymi - powiedziała Deutsche Welle Ulrike Dässler. - Najpierw zbierano przez dwie godziny moje dane osobowe. Siedziałam w pomieszczeniu z policjantką i gdy szłam do toalety, ona szła za mną, żebym nie uciekła. Telefony komórkowe i sprzęt odebrano nam od razu - w miejscu, w którym zostaliśmy zatrzymani. Nie mieliśmy przy sobie niczego. Później zażądano numerów do moich przełożonych i rodziny, ale niestety były one w mojej komórce, której już nie miałam - mówiła.

Reklama

"Nie mając niczego, leżeliśmy w celach"

Według niej "nikt nie był zainteresowany tym, co dziennikarze nagrywali". Dziennikarka zwróciła uwagę na sposób, w jaki została potraktowana ona i jej kolega. - Najistotniejsze było jednak nie to, że nie mieliśmy ze sobą kontaktu i że nie mogłam poinformować rodziny czy przełożonych, co się ze mną dzieje, ale to, jak zostaliśmy potraktowani. Musieliśmy się rozebrać praktycznie do połowy i zostaliśmy osadzeni w jednoosobowych, małych celach. Nie wiedzieliśmy, co się stanie dalej. Nie mieliśmy nic do pisania, nic do czytania, zupełnie nic. Nie mając niczego, leżeliśmy w celach. W nocy poprosiłam o płaszcz, bo było mi zimno. Dano mi koc i poduszkę - wyjaśniała reporterka, która dodał, że akceptuje orzeczenie sądu, ale będzie zaskarżać "nieludzkie traktowanie".

Według reporterki telewizji ARTE czuła ona podczas zatrzymania upokorzenie. Jak dodała nie chciano z nią rozmawiać i nie słuchano argumentów. Wyznała, że poczucie takie "z pewnością będzie oddziaływało jeszcze przez długi czas".

- Prasa nie jest mile widziana w tych okolicach. Myślę, że chce się wyciszyć to, co się tam dzieje. Nie rozumiem dlaczego. Świat przecież i tak wie, jaka jest sytuacja. To oczywiście problem, że Polska musi chronić granice, ale z drugiej strony trzeba uchodźców traktować humanitarnie. Rozmawiałam z kobietą, która została odesłana z Polski 13 razy. 13 razy! Przez dwadzieścia dni próbowała przekroczyć granicę, aż w końcu była już tak bardzo chora, że jej się udało. Polacy przyjmują rodziny, chorych lub słabych, i trafiają oni do określonych ośrodków, gdzie otrzymują opiekę i wracają do zdrowia. Trzeba być na wpół martwym, aby przedostać się przez granicę - powiedziała dziennikarka niemieckiemu portalowi.

Szef Frontexu dziękuje Polakom. Za obronę granicy z Białorusią

Przyznała, że przy granicy polsko-białoruskiej nagrywała rozmowy w ośrodku, w którym przebywają uchodźcy. Według dyrektora ośrodka 99,9 procent wszystkich uchodźców - niezależnie od kraju pochodzenia - chce z Polski jechać dalej do Europy Zachodniej. - Nikt nie chce pozostać w Polsce. Ale Polska, oczywiście, musi grać rolę policjanta na granicy i mówić, że nie można tu wjeżdżać, ponieważ jest to zewnętrzna granica Unii Europejskiej - wyjaśniła. Dodała także, że materiały wideo zostały zwrócone jednak "wszystko zostało skopiowane". 

- Nie wiem, do jakiego stopnia mają prawo kopiować nasze materiały. Nie wiem, czy skopiowali wszystkie telefony komórkowe, hasła... Nie wiem - powiedziała.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje