Reklama

Reklama

"Te dwie liczby powinny wstrząsnąć Niemcami". Komentarz po tureckim referendum

Większość Turków żyjących w Niemczech opowiedziała się za zwiększeniem zakresu władzy prezydenta Erdogana. "To daje do myślenia i wymaga podjęcia stosownych działań" - twierdzi autorka komentarza Ines Pohl.

W niedzielnym referendum konstytucyjnym w Turcji 51,4 procentami głosów zwyciężyli zwolennicy prezydenckiego system rządów, który zastąpi dotychczasowy system parlamentarny; było ich o 1,25 mln więcej niż głosujących przeciwko wprowadzaniu zmian - podała Najwyższa Komisja Wyborcza.

***

Tego wyniku nie uzyskano w uczciwy sposób. Kto osadza w areszcie przedstawicieli opozycji, zabrania jej organizowania wieców wyborczych i knebluje usta prasie, ten nie ma prawa mówić o legitymizacji władzy. Właśnie tak postępuje Recep Tayyip Erdogan, a mimo to - przynajmniej według oficjalnych danych - wygrał referendum. Opowiedzenie się jego zwolenników za rozszerzeniem zakresu władzy prezydenckiej, nie jest wynikiem wolnych wyborów, tylko przejęciem siłą demokratycznego państwa.

Reklama

Te liczby powinny wstrząsnąć Niemcami

Jednak w Niemczech sytuacja jest zupełnie inna. Około 1,5 mln żyjących tu Turków, uprawnionych do wzięcia udziału w tureckim referendum konstytucyjnym, korzysta z prawa swobodnego dostępu do informacji, może uczestniczyć w wiecach wszystkich partii tureckich i swobodnie wyrażać swoje opinie. Kto skrytykuje przyszłego jedynowładcę nie musi się obawiać, że trafi za to do więzienia. Mimo to ponad 63 procent ważnych głosów, oddanych w Niemczech, było głosami za wprowadzeniem zmian w tureckiej konstytucji. Oznacza to, że zmiany poprało około 450 tysięcy osób.

Te dwie liczby powinny wstrząsnąć Niemcami i wyrwać je z drzemki. I nie pomoże tłumaczenie, że w referendum wzięła udział tylko połowa uprawnionych, i że w innych krajach, na przykład w Austrii, poparcie dla obozu Erdogana było jeszcze większe. Jeśli tak wielu zamieszkałych w Niemczech Turków, korzystających ze wszystkich dobrodziejstw demokracji, gotowych jest poprzeć polityka, który między innymi zamierza przywrócić karę śmierci, oznacza to, że w naszej polityce integracyjnej, mimo licznych sukcesów, popełniono także błędy. Dużo błędów.

Aby wyciągnąć z tego właściwe wnioski musimy zdobyć się na szczerość. Nasi politycy i wszystkie siły opowiadające się za społeczeństwem obywatelskim muszą przyznać się do błędów i zaniedbań. Nie jest to łatwe i może okazać się ryzykowne w roku wyborów do Bundestagu. Ale trącące tanim populizmem dyskusje o podwójnym obywatelstwie i mrzonki o wyrzuceniu z Niemiec wszystkich, których z jakichś względów można by uznać za niepożądanych, nie prowadzą do niczego i w ostatecznym rachunku przynoszą tylko korzyść Alternatywie dla Niemiec (AfD).

Turcja w UE: tak czy nie?

Musimy zdawać sobie także sprawę, że Niemcy nie mogą liczyć na jakieś szczególnie wartościowe wsparcie i wskazówki z Brukseli. Dowodzą tego werbalne przepychanki między unijnymi politykami z różnych skrzydeł, w których co rusz padały propozycje definitywnego zerwania rokowań akcesyjnych z Turcją. To śmieszne i zarazem żałosne. Zrozummy wreszcie, że to ciągnące się na przemian latami wabienie Turcji do UE i jej odpychanie sprawiło, że wielu Turków doszło do przekonania, że nie są traktowani w Brukseli poważnie i skłoniło Erdogana do przyjęcia ostrego, antyunijnego kursu i zademonstrowania swej siły i zdecydowania.

UE musi wreszcie się na coś zdecydować. Jeśli nie życzy sobie Turcji jako pełnoprawnego członka, to musi to jej otwarcie powiedzieć i poszukać innych możliwości współpracy. Tym bardziej, że Turcja potrzebuje jej bardziej niż kiedykolwiek, z czego Erdogan doskonale sobie zdaje sprawę. Wie, że wyrósł na sukcesach gospodarczych i wie, że jego gwiazda może szybko zgasnąć, kiedy gospodarczy zjazd Turcji będzie przebiegać w obecnym tempie. Stopa inflacji wynosi już ponad 11 procent, a stopa bezrobocia 13 procent i jest najwyższa o siedmiu lat.

Turcy muszą nam pomóc

Wszystko to oznacza, że sami musimy uporać się z żyjącymi wśród nas zwolennikami Erdogana. Uda się to najszybciej i najlepiej, kiedy zrozumiemy i zaakceptujemy prostą prawdę, że dzisiejsze Niemcy są państwem imigracyjnym wymagającym właściwej polityki migracyjnej. To zaś oznacza odejście zarówno od narzucania imigrantom jakiejś "kultury wiodącej", jak i zachwycania się rzekomymi walorami multikulti. Wystarczy oparcie się na konstytucji i demokracji. To zaś oznacza, że kto chce żyć w Niemczech musi uznać, że zakazane są w nich małżeństwa nieletnich, że zabójstwo honorowe to zwykła zbrodnia, że homoseksualiści mają takie same prawa jak kobiety, i że wszystko w tym państwie opiera się na konstytucji.

Populistom do odnoszenia sukcesów potrzebny jest bałagan i niepewność. Muszą także rozsiewać strach, żeby wystąpić w roli zbawcy, który sobie z tym wszystkim poradzi. Nie warto wdawać się z nimi w dyskusję, bo nie mając żadnych argumentów po prostu nas zakrzyczą. Potrzebujemy pomocy ze strony trzech milionów żyjących wśród nas Turków, którzy albo nie mają tureckiego paszportu, albo sprzeciwiają się kursowi polityki Erdogana. Są potrzebni jako pomost między turecką społecznością i naszym, niemieckim społeczeństwem, w którym stanowią mniejszość. Są potrzebni, żebyśmy mogli zrozumieć, dlaczego tylu z nich poparło Erdogana i co dobrego możemy przejąć z minionych lat, co zdało praktyczny egzamin, i co możemy wziąć za wzór do naśladowania na przyszłe lata.

Ines Pohl / Andrzej Pawlak/ Redakcja Polska Deutsche Welle



Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje