Reklama

Reklama

Sylwester 2015: Noc, która zmieniła Niemcy

Sylwestrowa noc 2015 roku w Kolonii zaskoczyła wszystkich - policję i tłumy zgromadzone w okolicach dworca głównego. Nie przewidziały jej też media, które zbyt późno zareagowały na informacje o brutalnych ekscesach.

"Setki mężczyzn", "wiele rąk na pośladkach, piersiach, w torbach", "palce wpychane między nogi", "zdzierane z ciała ubrania" - takie szczegóły pojawiają się w relacjach ofiar sylwestrowej nocy 2015 w Kolonii. Wobec brutalnych ataków policja była bezradna. Jeszcze na długo przed północą wiadomo było, że około 200 policjantów przydzielonych w okolice głównego dworca kolejowego nie zapanuje nad sytuacją. W godzinach szczytu na placu między dworcem a katedrą przebywało do 1500 osób. Policja obawiała się wybuchu masowej paniki. Około północy zaczęła usuwać tłumy z placu między katedrą a dworcem. To dodatkowo ułatwiło sprawcom molestowanie i okradanie ofiar.

Reklama

Jeszcze w sylwestra na policję zgłaszały się pierwsze ofiary molestowania seksualnego i kradzieży. Mówiły, że zostały otoczone przez grupę mężczyzn i dotykane w intymnych miejscach, a potem okradane. Ginęły telefony, portmonetki, biżuteria. Sprawcy mieli "cudzoziemski wygląd" i "mówili po arabsku". Wiele ofiar zgłosiło się na policję dopiero po upływie kilku dni. Łącznie kolońska policja odnotowała 1205 zawiadomień o przestępstwie. W 509 przypadkach napad miał podłoże seksualne, a w 28 chodziło o gwałt lub próbę gwałtu.

Szef niemieckiego MSW Thomas de Maizière zeznał przed powołaną do zbadania zajść komisją śledczą parlamentu Nadrenii Północnej-Westfalii, że przemoc w sylwestrową noc była "nieprzewidywalna", a tego rodzaju "masowe napady" w przeszłości nieznane. Jak podkreślił przewodniczący komisji śledczej Peter Biesenbach, policja "popełniła poważne błędy". Jednym z nich była rezygnacja z policyjnych posiłków. W efekcie panował chaos i nieudolna komunikacja.

W mediach z poślizgiem

Rozeznania nie miały także media, które zbyt późno zaczęły informować o dramatycznych zajściach. Minęły aż cztery dni, zanim opinia publiczna dowiedziała się o nich z mediów ogólnokrajowych. Redakcje tłumaczyły, że "nie rozpoznały ogólnokrajowego charakteru tych wydarzeń". Nie bez znaczenia był fakt, że panował długi weekend i wielu pracowników redakcji było na urlopie. 4 stycznia o sylwestrze w Kolonii poinformowało główne wydanie wiadomości w pierwszym programie telewizji publicznej ARD, dopiero dzień później w telewizyjne sprawozdanie włączył się drugi program publicznej ZDF.

Później zastępca redaktora naczelnego ZDF Elmar Theveßen przyznał, że decyzja o wykluczeniu tego tematu z programu informacyjnego była "błędem", bo już dzień wcześniej "stan informacji był jasny". Z kolei Kai Gniffke - redaktor naczelny ARD-Aktuell - tłumaczył na łamach branżowego magazynu "Journalist", jakie były powody opóźnienia. Mówił, że zespół "Tagesschau" "najzwyczajniej nie wiedział o ekscesach". Redakcja internetowa zauważyła wprawdzie wpisy w mediach społecznościowych, ale "skala tych wydarzeń" nie była klarowna. Gniffke podkreślił, że nie miało znaczenia, że w zajściach uczestniczyli imigranci. W poniedziałek, 4 stycznia, "nazwaliśmy rzeczy po imieniu" - dodał.

Lokalne media pierwsze

Szybciej zareagowały na wydarzenia sylwestrowej nocy media lokalne, w tym dziennik "Kölner Stadt-Anzeiger" ("KStA"). Już w pierwszy dzień nowego roku redakcja online "KStA" poszła śladem relacji na Facebooku i Twitterze. - Były to nieliczne doniesienia, wręcz punktowe relacje naszych czytelników lub ofiar zajść - mówi Joachim Frank, naczelny korespondent "KStA". Podkreśla, że z mediów społecznościowych wyłaniał się inny obraz sylwestra niż ten prezentowany w policyjnej informacji dla mediów rozesłanej rankiem w Nowy Rok. Ta mówiła o "raczej pokojowym przebiegu nocy sylwestrowej". Mimo, iż dziennikarze kolońskiej gazety nie mogli skonfrontować doniesień z policją, zdecydowali się na ich publikację. Już wczesnym popołudniem 1 stycznia portal internetowy "KStA" informował: "Seksualne molestowanie w sylwestrową noc. Masowe ataki na kobiety na kolońskim dworcu". Oparł się na informacjach pochodzących od dwóch ofiar i wspomniał o wpisach na jednej z kolońskich grup na Facebooku. Zaznaczył, że strona grupy została zablokowana, bo roiło się na niej od rasistowskich treści.

To właśnie one powodowały, że media społecznościowe nie cieszyły się już wcześniej dobrą sławą. Od początku kryzysu migracyjnego nie brakowało w nich populistycznych, ksenofobicznych wpisów, pogłosek, których bohaterami byli uchodźcy. Po sylwestrowej nocy w Kolonii redakcje stanęły przed trudnym wyzwaniem. - Mieliśmy do czynienia z niejasnymi faktami - mówi Joachim Frank. - Musieliśmy zważyć, co wiemy i co możemy uznać za wiarygodne, a co jest niejasne - wyjaśnia. Frank przypomina sobie, że masowy fenomen kolońskich ekscesów redakcja rozpoznała tydzień później, kiedy reporter dziennika dotarł do skrawka papieru, znalezionego u jednego z podejrzanych. Ręcznie sporządzone notatki zawierały seksistowskie zwroty. 

Policja: "Pozytywny przebieg"

O niejasnej sytuacji mówił także pełniący wówczas dyżur w publicznej rozgłośni Westdeutscher Rundfunk (WDR) w Kolonii reporter policyjny Jochen Hilgers. Siedziba rozgłośni sąsiaduje z miejscem, w którym rozegrały się sylwestrowe ekscesy. - Dzwoniąc w pierwszy dzień nowego roku do rzeczniczki kolońskiej policji, zostałem poinformowany o pozytywnym przebiegu nocy sylwestrowej. Nic nie przemawiało za tym, by informacje te podawać w wątpliwość - przyznał Hilgers. Jak zaznaczyła rzeczniczka prasowa WDR, do redakcji nie zgłaszały się ofiary napadów, które mogłyby naświetlić sprawę. - Pełny obraz wydarzeń ujawnił się dopiero w ciągu kolejnych dni, kiedy drastycznie wzrosła liczba zgłoszeń na policji i coraz więcej kobiet opisywało zajścia w mediach społecznościowych - wyjaśniła Annette Metzinger z Biura Prasowego WDR. Rozgłośnia poinformowała o zajściach 2 stycznia.

Związki zawodowe dziennikarzy wykazały zrozumienie dla medialnego poślizgu w informowaniu o kolońskich napadach. Przewodniczący Niemieckiego Związku Dziennikarzy (DJV) Frank Überall oświadczył, że "dziennikarze mają informować, a nie spekulować", innymi słowy, zanim dana informacja trafi do mass mediów, musi bazować na co najmniej kilku faktach.

Mówi o tym także dziennikarz ZDF Thomas Münten. - W odróżnieniu od tego, co ukazuje się w mediach społecznościowych naszym zadaniem jest publikowanie sprawdzonych informacji. Po sylwestrze ich ewaluacja zawiodła, bo to właśnie policja pierwsza podała nieprawdziwe informacje - mówi.

Media w ogniu krytyki

Po wydarzeniach w Kolonii media znalazły się w ogniu krytyki. Mowa była o "systemowym błędzie", "zatajaniu", "informowaniu w duchu rządu". Były minister spraw wewnętrznych Hans-Peter Friedrich nazwał media "kartelem milczenia" i stwierdził istnienie embarga na informacje, kiedy chodzi o zarzuty pod adresem imigrantów. 

Oliwy do ognia dolali dziennikarze, którzy krytycznie ocenili reakcję redakcji na ekscesy, tłumacząc to m.in. autocenzurą. Freelancerka WDR Claudia Zimmermann w wywiadzie dla holenderskiego radia powiedziała, że w jej rozgłośni istnieją wytyczne dla dziennikarzy odnośnie informowania o wydarzeniach politycznych. Wyjaśniła, że dziennikarze publicznej rozgłośni są zobowiązani do informowania w duchu polityki Angeli Merkel i "bardziej pozytywnie" podchodzić do kwestii imigrantów.

Wypowiedź dziennikarki publicznej rozgłośni oburzyła jej redakcyjnych kolegów. Niezależni dziennikarze pracujący dla WDR wystosowali list otwarty, w którym zaznaczyli: "Nie otrzymujemy żadnych politycznych zaleceń!".

Głosów podobnych do Zimmermamm było jednak więcej. Na Niemieckim Kongresie Medialnym 2016 dziennikarz magazynu "Stern" Hans-Ulrich Jörges mówił o wiarygodności niemieckich mediów. Przestrzegał: "Świadome kłamstwo to nie jest nasz problem, tylko przedstawianie rzeczywistości w różowych barwach, rozpowszechnianie, powierzchowność, utrata pamięci i nieprzestrzeganie zasad researchu".

Zarażeni euforią

Czy w czasie kryzysu migracyjnego media zaczęły upiększać rzeczywistość? Jochen Hilgers i Thomas Münten podkreślają, że nie ma żadnych zaleceń z góry odnośnie sposobu informowania o imigrantach. Münten przyznaje jednak, że w początkowej fazie kryzysu migracyjnego dziennikarze "zarazili się euforią w społeczeństwie" i "powszechnym hasłem damy radę'". - A problemy związane z integracją zostały odsunięte na dalszy plan - mówi Thomas Münten. - Powinniśmy byli dużo wcześniej zdjąć różowe okulary - dodaje.

Euforyczną postawę mediów w czasie kryzysu uchodźczego potwierdzają też badania Michaela Hallera z Hamburg Media School. Jego zespół przeanalizował ponad 34 tys. artykułów w prasie krajowej i regionalnej w latach 2009-2015. Wniosek: media podchwyciły od polityków narrację "kultury gościnności" ("Willkommenskultur"). Haller obliczył, że tylko w 2015 liczba artykułów poświęconych "Willkommenskultur" wzrosła do 19 tys. i była o 4 tys. wyższa niż w latach 2009-2014 łącznie. Szczytem było lato 2015, kiedy pojedyncze gazety drukowały dziennie po 7 tekstów na ten temat. Aż 82 proc. wszystkich artykułów poświęconych imigrantom miało pozytywną konotację, 12 proc. miało charakter czysto informacyjny, a jedynie 6 proc. problematyzowało politykę migracyjną rządu. Opiniotwórcze media zagospodarowały hasło Angeli Merkel "damy radę" jako własne.

W sierpniu 2015 gazeta tygodniowa "Die Zeit" zatytułowała swoje wydanie "Witamy!", tabloid "Bild" ruszył z akcją pomocy uchodźcom. Media pokazały wielką falę pomocy niesioną przez Niemców i tylko sporadycznie donosiły o problemach związanych z przyjęciem tak dużej liczby uchodźców. - Dziennikarze zapomnieli o swojej roli - stwierdził Haller, który uczula dziennikarzy, by krytycznie śledzili działania związane z polityką imigracyjną: przyglądali się skutkom tworzenia wielkich ośrodków dla azylantów, obserwowali powstawanie gett, prezentowali różne opinie, rozmawiali z ekspertami.

Pochodzenie: Ważne czy nie?

Niemieckie media już na to zareagowały. - Wydarzenia w Kolonii to pewna cezura. Media krytyczniej podchodzą do tematu imigrantów i uchodźców, informują o ciemnych stronach polityki migracyjnej - mówi Hendrik Zörner, rzecznik prasowy DJV.

Napady w Kolonii ożywiły też debatę na temat sposobu informowania o sprawcach i podejrzanych, szczególnie wtedy, gdy chodzi o obcokrajowców. Niemiecki kodeks prasowy nakazuje z obawy przed dyskryminacją rezygnować z podawania cech etnicznych i religijnych sprawcy, jeśli nie ma to rzeczowego związku z popełnionym czynem. Już w przypadku sylwestrowych zajść w Kolonii dziennikarze mieli problem z interpretacją tej wytycznej. Część redakcji nie podała, że sprawcy w większości pochodzili z krajów Afryki Północnej i mówili po arabsku, poza tym, że wśród rzekomych sprawców byli też ubiegający się o azyl Syryjczycy, Afgańczycy i Irakijczycy. "Kölner Stadt-Anzeiger" podał te informacje. - Naszym zdaniem były niezbędne do zrozumienia istoty tamtych zajść - tłumaczy Joachim Frank.

Temat wytycznej powrócił na początku grudnia po aresztowaniu afgańskiego uchodźcy podejrzanego o gwałt i zamordowanie studentki we Fryburgu. W głównym wydaniu telewizyjnych wiadomości informacja o pochodzeniu domniemanego mordercy nie padła. Padły za to zarzuty o tuszowanie sprawy.

Niemiecka Rada Prasowa nie zamierza jednak zmieniać wytycznej, choć redakcje coraz częściej podają pochodzenie sprawcy, nawet jeśli informacja o tym nie ma związku ze sprawą. Drezdeńska gazeta "Sächsische Zeitung" uznała nawet, że pomoże w ten sposób cudzoziemcom, bo wiernie odda rzeczywistość. Od tego czasu czytelnik dowiaduje się, czy podejrzanym lub sprawcą jest Niemiec czy obcokrajowiec.

Kolonia - cezurą

Kolonia na długo pozostanie w pamięci Niemców. Uchodzi za cezurę w stosunku do imigrantów. Nienawiść i przemoc odczuwają na własnej skórze uchodźcy, szczególnie wtedy, gdy płoną ich kwatery. Sylwestrowe ataki na kobiety wykorzystały w swojej retoryce populistyczna Alteratywa dla Niemiec (AfD) i antyislamska Pegida. Udaje im się mobilizować masy.

Media muszą pisać o tych wszystkich nastrojach. Nie mogą popadać w euforię, ani w odwrotną skrajność. - Musimy podążać środkiem - konstatuje Thomas Münten. W tym roku będzie czuwał reportersko nad wydarzeniami sylwestrowej nocy w Kolonii. Również inne redakcje wyślą swoich dziennikarzy na ulice Kolonii i wzmocnią ekipę śledzącą media społecznościowe.

A w nowym roku dziennikarzom pozostanie jeszcze rozwikłać niejedną kwestię związaną z tragiczną nocą sylwestrową 2015. Muszą ustalić m.in. wiarygodność doniesień  policji o nieświadomości ogromu zajść, dowiedzieć się, kto polecił wykreślić z policyjnych raportów słowo "gwałt", i kiedy rząd Nadrenii Północnej-Westfalii dowiedział się o sylwestrowych napadach.

Katarzyna Domagała, Redakcja Polska Deutsche Welle

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne