Reklama

Reklama

SOS Mediterranee: Prywatni ratownicy nie są rozwiązaniem

​Brak wody i prowiantu, do tego sztorm - napięta sytuacja na statku ratunkowym "Aquarius" jest znamienna dla położenia pozarządowych organizacji humanitarnych - mówi w rozmowie z "Deutsche Welle" rzeczniczka SOS Mediterranee Jana Ciernioch.

Deutsche Welle: Statek ratunkowy "Aquarius" należący do organizacji pozarządowych SOS Mediterranee i Lekarze bez Granic został skazany na tułaczkę po morzu. Po tym, jak Włochy i Malta odmówiły przyjęcia statku z ponad 600 migrantami na pokładzie, pomoc zaoferowała Hiszpania. Kiedy miała pani kontakt z załogą "Aquariusa"?

Jana Ciernioch: - Na morzu, w drodze do Walencji, w asyście włoskiej straży przybrzeżnej, która przejęła część z 600 uratowanych migrantów. "Aquarius" szykował się na nadchodzący sztorm i fale do czterech metrów wysokości. Załoga próbowała ochronić pokład, żeby ludzie kompletnie nie przemokli.

Reklama

- Na statku panuje trudna sytuacja sanitarna. Po wielu dniach na morzu ludzie muszą mieć możliwość umycia się. Nie mówiąc o tym, że statek nie ma wystarczającej ilości prowiantu na tak długi pobyt na morzu.

Kryzys wokół "Aquariusa" nabrał międzynarodowych wymiarów. Przede wszystkim chodzi jednak o zdesperowanych ludzi na pokładzie. Co można o nich powiedzieć?

- Sytuacja się trochę uspokoiła. Niektórych z uratowanych przejęła włoska straż przybrzeżna. Było jasne, że wielodniowa podróż do Hiszpanii z tyloma ludźmi na pokładzie, do tego przy złej pogodzie, jest zbyt niebezpieczna. Ale najgorsza była dla nich niepewność, co dalej i czy kiedykolwiek dotrą do bezpiecznego portu.

- Ludzie na pokładzie "Aquariusa" spędzili przedtem dłuższy czas w Libii, gdzie nie mieli dostępu do jakiejkolwiek opieki medycznej. Także sytuacja sanitarna w libijskich obozach dla internowanych jest katastrofalna. Oznacza to, że mieli za sobą już ekstremalnie trudne warunki i minione dni nie polepszyły akurat ich sytuacji.

Na pokładzie były też ciężarne kobiety i dzieci. Są jeszcze na "Aquariusie?

- Ludzie potrzebujący pomocy medycznej, w tym ciężarne kobiety, pozostali na statku, bo dzięki obecności naszego partnera, Lekarzy bez Granic, możemy im zaoferować lepszą opiekę medyczną niż włoskie statki.

Co oznacza dla SOS Mediterranee tak długi pobyt na morzu?

- Jest to dla nas ogromne obciążenie finansowe. Płyniemy na dwóch silnikach na prawie maksymalnych obrotach, często na coś takiego nie możemy sobie pozwolić. Poza tym na pokładzie mamy normalnie tyle prowiantu, żeby zapewnić pożywienie ludziom przed dwa, a w wyjątkowych wypadkach - trzy dni. Ale nie dłużej.

- Nie jesteśmy statkiem zaopatrzeniowym, tylko ratunkowym. To znaczy, że możemy ratować rozbitków i zatroszczyć się o nich do czasu wpłynięcia do następnego portu. Sytuacja taka, jak tym razem, przerasta nasze możliwości. Jesteśmy skazani na pomoc - wodę i prowiant z innych statków.

Odmówienie statkowi przez włoskie władze wpłynięcia do portu zdarzyło się po raz pierwszy. Istnieją już obawy, że może się to powtórzyć?

- Mieliśmy już w ubiegłym roku taką sytuację, że podczas szczytu G7 nie mogliśmy wpłynąć do portu na Sycylii. Musieliśmy płynąć na północ Włoch. Ale rzeczywiście jest to całkowicie nowa sytuacja, czegoś takiego nie przeżyliśmy jeszcze przez 2,5 lat naszej działalności. Po zakończeniu tej akcji musimy się zastanowić, co dalej.

- Stawiamy sprawę jasno: w Morzu Śródziemnym dalej giną ludzie. W Libii panują tak katastrofalne warunki, że ludzie nadal stamtąd uciekają. W dalszym ciągu jesteśmy więc potrzebni. Nie dalej, jak na początku tego tygodnia, ludzie znowu utonęli w Morzu Śródziemnym.

Czy podczas następnej akcji ratunkowej będziecie w ogóle próbowali zawinąć do włoskiego portu?

- Jesteśmy w akcji z "Aquariusem" od ponad 2,5 lat - bez przerwy. Uratowaliśmy w tym czasie blisko 30 tys. ludzi, dowożąc ich do bezpiecznych portów w Europie. W czasie tych lat pracowaliśmy zawsze w koordynacji z włoskimi władzami, które ciągle jeszcze koordynują akcje ratunkowe i wysłały nam do wsparcia statki. Myślę, że tak szybko się tego nie zapomni.

- Zakładamy, że Włochy nadal będą koordynowały akcje ratunkowe u wybrzeży Libii. My sami braliśmy już na pokład ludzi uratowanych przez włoską straż przybrzeżną. To znaczy: są one niezmiennie zaangażowane.

Nawet, jeżeli ma się nadzieję, że włoskie władze nadal będą koordynowały akcje ratunkowe, trzeba znaleźć rozwiązanie na przyszłość. Włochy nie sprawiają wrażenia, jakby miały w przyszłości zmienić swoje negatywne nastawienie. Co pani zdaniem powinno zostać zrobione na europejskiej płaszczyźnie?

- Mówimy zawsze: tam, gdzie jesteśmy w akcji, nie ma włoskich granic, tylko europejskie. Co znaczy, że potrzebujemy europejskiego rozwiązania. My, jako organizacja finansowana z datków, zamykamy od pewnego czasu luki. Jesteśmy tam, gdzie nie chce być Unia Europejska.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy