Reklama

Reklama

Krajobraz po politycznej burzy. Co dalej z Turyngią?

​Premier landu Thomas Kemmerich zapowiedział rezygnację, ale oficjalnie jeszcze jej nie złożył. Przeprowadzenie nowych wyborów w landzie będzie trudne.

W reakcji na falę oburzenia, jaka przetoczyła się przez Niemcy po wyborze Thomasa Kemmericha na premiera Turyngii, polityk liberalnej FDP ogłosił wczoraj, że zrezygnuje z funkcji. Jak tłumaczył, chce w ten sposób zdjąć ze stanowiska premiera skazę, jaką było otrzymane podczas głosowania w regionalnym parlamencie wsparcie za strony prawicowo-populistycznej Alternatywy dla Niemiec (AfD). 

Reklama

- Rezygnacja jest nieunikniona - przyznawał po kryzysowym spotkaniu z szefem FDP Christianem Lindnerem. Jak mówił, "AfD, stosując perfidną sztuczkę, próbowało zaszkodzić demokracji".

Liderzy partii Lewica, SPD i Zielonych, którzy rządzili dotychczas w Turyngii, wezwali Kemmericha, aby najpóźniej do niedzieli oficjalnie złożył rezygnację z funkcji premiera, czego jak dotąd nie zrobił. Kanclerz Niemiec Angela Merkel powiedziała wcześniej, że wybór Kemmericha na premiera, przy pomocy AfD, był "złym dniem dla demokracji" i że trzeba będzie doprowadzić do jego cofnięcia.

Frakcja FDP w landtagu Turyngii zapowiedziała, że będzie chciała rozwiązania lokalnego parlamentu. Okazuje się jednak, że nie będzie to takie proste. Konstytucja landu Turyngia przewiduje, że wniosek o przeprowadzenie nowych wyborów może zostać złożony przez przynajmniej jedną trzecią posłów (w przypadku Turyngii byłoby to 30 osób). Frakcja FDP ma jednak tylko pięciu posłów. Aby rozpisać nowe wybory, potrzeba nawet dwóch trzecich głosów.

Chadecy stracili

Nowego głosowania nie chce jednak szef lokalnych struktur CDU Mike Mohring. Ostrzegł on, że w przypadku przyspieszonych wyborów, jego partia musiałaby się liczyć z poważnymi stratami. Dlatego chadecja musi - jak przekonuje - wysondować inne parlamentarne możliwości nowego startu. Dopiero, gdy to zawiedzie, można będzie myśleć o wyborach.

Słowa Mohringa potwierdzają wyniki sondażu przeprowadzonego na zlecenie telewizji RTL przez ośrodek Forsa. Pokazuje on, że CDU w Turyngii traci obecnie 10 pkt proc. w porównaniu do rezultatu ostatnich wyborów. Wyraźnie zyskuje za to Lewica, która próbowała utworzyć kolejny rząd w koalicji z socjaldemokracją i Zielonymi. Z sondażu wynika, że taka koalicja mogłaby teraz liczyć na większość absolutną w landtagu, a pokonany w środę dotychczasowy premier Bodo Ramelow mógłby rządzić dalej. Ramelow ogłosił już, że nadal jest gotowy do objęcia funkcji premiera.

Złamanie tabu

Wybór Thomasa Kemmericha na stanowisko premiera uznano w Niemczech za polityczne trzęsienie ziemi i złamanie tabu. Po raz pierwszy prawicowo-populistyczna AfD miała bowiem wpływ na obsadę tak ważnego stanowiska. Dotychczas partia ta była izolowana w Niemczech, a żelazna zasada partii głównego nurtu brzmiała: żadnych większości z pomocą AfD. W środę w Turyngii zasada została złamana przez CDU i FDP. Konsekwencje tej decyzji mogą być odczuwalne jeszcze długo, nie tylko na szczeblu lokalnym, ale i federalnym.

Pod presją znalazł się lider FDP Christian Lindner. Na dzisiaj zwołane zostało nadzwyczajne posiedzenie zarządu partii, na którym Lindner ma złożyć wniosek o wotum zaufania. Nieposłuszeństwo lokalnych struktur CDU osłabia także pozycję szefowej CDU Annegret-Kramp Karrenbauer. W Berlinie zebrało się dzisiaj prezydium partii.

Redakcja polska Deutsche Welle (DPA,AFP/szym)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy