Reklama

Reklama

Koronakryzys. Prawdziwy głód w Hollywood

W USA nie ma takich systemów zabezpieczenia społecznego, jak w Niemczech. Dla coraz większej liczby ludzi darmowa żywność staje się niezbędna do przetrwania.

Ogromna kopuła przypomina statek kosmiczny, który wylądował gdzieś na dużym parkingu w Los Angeles. Pasuje jak znalazł do Hollywood. Przez dziesięciolecia ta metropolia filmowa była fabryką marzeń, która przenosiła w inny świat.

Reklama

Nowy stadion SoFi ma kosztować pięć miliardów dolarów i jest finansowany ze środków prywatnych. Na placu budowy roi się od ludzi w żółtych kamizelkach. Prawie można by pomyśleć, że wylądowaliśmy wehikułem czasu w czasach przed pandemią - gdyby nie te wszystkie brązowe kartony na parkingu. I długie kolejki samochodów z otwartymi bagażnikami, czekającymi na załadunek.

Nagle wszystko staje się inne

− Czasami w nocy muszę popłakać, bo moje dzieci poszły do łóżka głodne − opowiada 38-letnia Maria Rojas. Do niedawna wraz z mężem mieli godziwe zarobki, prowadząc uregulowane życie z pięciorgiem dzieci. Posiłki, które dostawały w szkole, również pomagały, dopóki szkoła nie została zamknięta z powodu pandemii. Maria pracowała jako fryzjerka, jej mąż jako prosty rzemieślnik. W marcu nagle wszystko się zmieniło. Hollywood jest zamknięte, turyści przestali przyjeżdżać, restauracje są nieczynne. Coraz więcej osób straciło pracę, niemalże z dnia na dzień. Ludzi nie było już stać na fryzjera, a prace remontowe w domach wykonywane były samodzielnie - lub wcale. Maria i jej rodzina nagle stracili dochody. Tylko czynsze pozostały nadal horrendalne w tej części Ameryki. COVID-19 tego nie zmienił.

Brak czeku od Donalda Trumpa

Wprawdzie prezydent Donald Trump hojnie rozdawał czeki na kilka tysięcy dolarów, w zależności od liczby i wieku dzieci oraz osobiście je podpisywał. Ale tylko rodzinom, które złożyły zeznanie podatkowe. Rojas mieli inne obawy tej wiosny. W rzeczywistości istnieją również zasiłki dla bezrobotnych z Waszyngtonu. Ale Maria i jej mąż nie wiedzieli, jak wypełnić liczne formularze, a potem po prostu zrezygnowali, jak twierdzą.

Maria trochę się wstydziła, gdy wyruszyła tego wrześniowego ranka, by dotrzeć na parking stadionu SoFi. − Pierwszy raz jadę do punktu wydawania żywności − mówi spoglądając na kierownicę srebrnego Hyundaia, który widział już lepsze dni.

Po cztery skrzynie, w sumie nieco ponad 36 kilogramów, przypada na każdą rodzinę. Z serem, ryżem, suchym makaronem, fasolą, konserwami, mrożonym mięsem. Dystrybucja jest planowana jako operacja na pełną skalę. Tu pracują profesjonaliści, dbając o to, aby samochody szybko podjeżdżały a bagażniki były otwarte. Wolontariusze ładują paczki, po czym następny samochód może podjechać bez żadnego potencjalnie groźnego kontaktu osobistego. Również w tym przypadku ryzyko infekcji koronawirusem powinno być utrzymywane na jak najniższym poziomie.

Coraz więcej wezwań o pomoc

− Wołanie o pomoc, które dociera do nas od głodujących ludzi, wzrosło dramatycznie − tłumaczy Michael Flood. Jest on prezesem regionalnego banku żywności w Los Angeles. Stany Zjednoczone są przyzwyczajone do radzenia sobie z klęskami żywiołowymi i pomagania przy pomocy żywności ludziom w potrzebie. Ale sytuacja w Los Angeles jest tak zła, jak nie była od czasów Wielkiego Kryzysu w 1929 roku. − Niestety, nie mamy systemów zabezpieczenia społecznego, jak w Europie − mówi Flood. W USA jest jeszcze wiele do poprawienia. 

Nie chce mówić nic więcej o zbliżających sięwyborach prezydenckich. Ale jest wdzięczny, że Departament Rolnictwa (USDA) pomógł tak szybko i kupił od wielu rolników żywność, która w przeciwnym razie by zgniła, ponieważ tak wiele restauracji i szkół jest zamkniętych. − Pomagamy w dystrybucji tej żywności i kupujemy jej więcej poprzez darowizny − mówi. Rozdanie dziewięciu tys. skrzynek zajęło tego wrześniowego dnia trzy godziny. To żywność na prawie dwa tygodnie dla 2,3 tys. rodzin, mówią organizatorzy. Przed pandemią regionalny bank żywności, przy wsparciu innych instytucji, zaopatrywał miesięcznie w żywność 300 tys. potrzebujących. Teraz zaopatruje przeciętnie 900 tys. − Zakładamy, że sytuacja nie poprawi się tak szybko − mówi Flood. - I kto wie, może będzie o wiele gorzej - dodeje. Bo jak mówi, jedna na dwie osoby w Los Angeles ma teraz kłopoty finansowe. I to w obszarze wielkomiejskim liczącym 13 milionów ludzi.

Ines PohlRedakcja Polska Deutsche Welle

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy