Reklama

Reklama

Były oficer armii Korei Płn.: Władze eksperymentują na upośledzonych dzieciach

Były oficer sił zbrojnych Płn. Korei twierdzi, że przeprowadza się tam na dzieciach umysłowo i fizycznie niepełnosprawnych eksperymenty z użyciem broni biologicznej i chemicznej.

Dla Im Cheon-yonga, oficera jednostki specjalnej konfrontacja z eksperymentami przy użyciu broni chemicznej na niepełnosprawnych dzieciach, stało się przysłowiową kroplą, która przelała dzban. Postanowił zdezerterować.

Im miał zawsze zastrzeżenia wobec państwa i reżimu, w którym przyszło mu żyć i któremu, na ile się dało, służył. Jednak, kiedy zaliczył specjalne szkolenie w oddziałach elitarnych na akademii wojskowej w płn. części prowincji Pjongjang, podjął ostateczną decyzję.

- Jeśli chce się ukończyć tę akademię, trzeba się nauczyć, jak zwodzić przeciwnika nie ujawniając własnych oddziałów, jak przeprowadzać zamachy, gdzie należy użyć broni chemicznej itd. - opowiada Koreańczyk w rozmowie z Deutsche Welle.

Reklama

- Są też działania, które określa się mianem "prób polowych". Do eksperymentów z bronią biologiczną i chemiczną potrzebujemy tzw. obiektów. Początkowo działaniu broni chemicznej poddawano myszy, by pokazać nam jak giną. Potem musieliśmy się przyglądać testom przeprowadzanym na ludziach, by zobaczyć jak umierają - opowiada Im Cheon-yong.

Przerażony i pełen odrazy zdezerterował i zbiegł do Chin a w połowie lat 90-tych XX w. przedostał się do Korei Płd. Obecnie, jako pięćdziesięciolatek i szef dwóch organizacji: "Soldiers Alliance for Free North Korea" i "Fellowship Foundation for Freedom" zaliczany jest do najbardziej prominentnych krytyków reżimu.

Znęcanie się nad własnymi obywatelami

Liczni znawcy Korei Płn. potwierdzają, że przeżycia Im Cheon-yonga pokrywają się z doniesieniami innych koreańskich dezerterów. Niektóre z tych zeznań przekazano dalej komisji śledczej ONZ, zanim opublikowała ona w lutym 2014 raport o sytuacji praw człowieka w Korei Północnej.

-Tymczasem mamy tak wiele doniesień, że nie ma podstaw do podważania ich wiarygodności - mówi Toshimitsu Shigemura, profesor z Uniwersytetu Waseda w Tokio, uznawany powszechnie za największy autorytet w kwestii Korei Północnej. Podkreśla on w wywiadzie dla DW, że wiele sprawozdań pokrywa się ze sobą, mimo, że pochodzą z różnych źródeł. - Każdego, kto uda się do Pjongjang, uderzy fakt, że nie ma tam osób niepełnosprawnych. Tymczasem wiemy, że są one, już, jako dzieci zamykane w specjalnych obozach. To wynik polityki reżimu, który nieustannie powtarza, iż Korea Płn. jest rajem na ziemi i nie ma w nim miejsca dla ludzi niepełnosprawnych - tłumaczy japoński ekspert.

Natomiast Kim Myong-chol, dyrektor "Centre for North Korea-US Peace", będący nieoficjalnym rzecznikiem reżimu Korei Płn. za granicą podważa wiarygodność wypowiedzi Im Cheon-yonga, byłego oficera północnokoreańskiej armii, Zarzuca mu rozpowszechnianie kłamstw na temat Korei Północnej w celu czerpania korzyści materialnych.

Doświadczenia na ludziach

Tymczasem jak zapewnia Im Cheon-yong eksperymenty na ludziach w Korei Płn. zaczęto prowadzić od końca lat 60-tych ubiegłego wieku. Pierwszym miejscem, gdzie testowano w ten sposób działanie broni biologicznej i chemicznej była kontrolowana przez wojsko wyspa Mayang-do w pobliżu portowego miasta Sinpo na wschodnim wybrzeżu. Znajduje się tam główna baza łodzi podwodnych Korei Płn. Drugie takie miejsce powstało na wyspie w pobliżu zachodniego wybrzeża Półwyspu Koreańskiego i trzecie tuż obok obozu dla więźniów politycznych pod miastem Hyanghari.

- Do testów używa się bakterii wąglika oraz 40 różnych rodzajów broni chemicznej, wynalezionej przez północnokoreański reżim - opowiada były oficer i dezerter.

- Dzięki eksperymentom można ocenić skutki działania broni oraz określi, w jakich ilościach musi być użyta. By uprawomocnić działanie reżimu, nie odbiera się rodzinom siłą dzieci, które urodziły się upośledzone psychicznie lub fizycznie. Ale ludzie nie mają z reguły możliwości przeciwstawiać się działaniom władz, tłumaczy Im Cheon-yong. Jednocześnie podkreśla, że "władze, by nie stracić poparcia narodu, odbierają dzieci legalnie, odkupując je rodzicom za kilka kilo ryżu i zapewniając, że będą o nie dbać".

Julian Ryal / opr. Alexandra Jarecka, Redakcja Polska Deutsche Welle

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje