Pustki na szlakach i piękne widoki na Tatry. To najlepsza alternatywa dla Zakopanego
Zuberec nie ma w sobie nic z przaśności zakopiańskich straganów. Ma za to niezatłoczone szlaki na tatrzańskie szczyty, wszechobecną zieleń i piękno wiejskiego życia, opartego na prostocie, lokalnej wspólnocie i pasterskich tradycjach.

Z Zakopanego do Zubereca docieram w niecałą godzinę. Już od wjazdu mam poczucie, że ta niepozorna wieś w kraju żylińskim w północnej Słowacji jest najlepszą alternatywą dla obleganej polskiej stolicy Tatr.
Choć trzeba przyznać, że zakopiańskie pejzaże urozmaica widok procesji, które dumnie i tłumnie ruszają z tutejszy kościołów. Boże Ciało to kiepski czas na wyprawę na Giewont, za to idealny na podziwianie tutejszej kultury. Portki górali niosących feretrony zdobią tzw. parzenice, czyli kolorowe, haftowane wzory na udach. Koszule panów są lniane lub bawełniane, najczęściej białe.
Na to cucha lub bogato haftowany serdak. Bacowskiemu pasowi dostojności dodają metalowe okucia, za to muszle i pióro w filcowym kapeluszu łagodzą wizerunek nawet najtwardszego górala. A co na stopach? Obowiązkowo kierpce! Zza szyby obserwuję mijane szczyty, z którymi o uwagę konkuruje żeńska część procesji. Kobiety są ubrane w kolorowe, rozkloszowane spódnice, często z motywem kwiatów lub grochów, które nieśmiało wyglądają spod dokładnie wyprasowanych fartuchów.
Głowy bądź ramiona góralek zdobią równie barwne chusty, zaś na dekoltach pań leniwie spoczywają czerwone korale. W dawnej tradycji góralskiej panna młoda otrzymywała je w dniu zaślubin jako symbol dobrobytu i ochrony na nowej drodze życia.
Wszystko popsuła pandemia
Wraz z wjazdem do Zubereca ulice pustoszeją. Miejsce procesyjnych śpiewów zajmuje cisza. We wsi życie toczy się wolniej niż w mieście. Zgromadzone jest wokół miejscowego kościoła, pubu z kultowym stołem do gry w piłkarzyki, przy którym jeszcze tego samego wieczoru staczamy zaciętą walkę kobiety kontra mężczyźni, baru z pysznym langoszem i kilku restauracji serwujących słowackie przysmaki. Choć w tych ostatnich miejsca przy stole zajmują raczej turyści. Ale ich też nie ma dużo.
- Wszystko popsuła pandemia. Przed pandemią kwatery były pełne - wspomina Cezary, właściciel jednego z pensjonatów w Zuberecu.

Jeszcze tego samego dnia udajemy się szlakiem drogi krzyżowej na wieżę widokową. Szlak jest całkiem stromy, ale krótki. Spokojnie poradzą sobie z nim dzieci czy osoby o słabszej kondycji. Choć każdy kolejny krok pozwala zrozumieć, dlaczego akurat na tej trasie umieszczono stacje Drogi Męki Pańskiej. Cały spacer zajmuje mi ok. 20 minut, a wstęp na wieżę kosztuje 3 euro.
- W tym rejonie jest duże bezrobocie - mówi Kasia, partnerka Cezarego.
Właśnie zdaję się rozumieć, dlaczego nawet niepozorne zubereckie atrakcje są płatne. Metalowa konstrukcja liczy kilka pięter. Widoki z niej wprawdzie nie są zbyt imponujące, ale można dostrzec Dolinę Rohacką i obejrzeć Zuberec z lotu ptaka. Dominują tu niskie domy kryte brunatnym gontem.
Zuberec powstał jako waldhufendorf, czyli tzw. osada leśna z rzędową strukturą, w której zagrody usytuowane są wzdłuż drogi lub strumienia, tworząc linię przypominającą łańcuch. Nakarmiona widokami schodzę z wieży i wstępuję do pobliskiej karczmy, w której z kolei można nakarmić ciało i spróbować lokalnego wina z czerwonej porzeczki.
Zabierz frajera na zmrzlinę
Zmrzlina oznacza lody, záchod toaletę, frajer partnera, a kiedy pani w słowackim sklepie poda wam cerstvý chleb - nie oburzajcie się. Świadczy to, że jest… świeży! Te zabawne niuanse językowe tłumacze nazwali przekornie fałszywymi przyjaciółmi. Oznaczają słowa, które w dwóch językach pisze się tak samo lub podobnie, jednak ich znaczenie jest zgoła inne.
- Idę po kolejną kulkę zmrzliny - mówi Rafał, rozbawiony słowackim słowem.
Nieintencjonalny marketing przyjął się znakomicie - komentuję w myślach. Kolejny dzień rozpoczynam od spaceru do Jaskini Brestowskiej znajdującej się na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego. Droga wiedzie przez rzadki las, w którym unosi się zapach igliwia. Jak dobrze wyrwać się z miasta. Brestovská Jaskyňa, jak brzmi jej oryginalna nazwa, to najbardziej znana jaskinia w okolicy Zubereca i jedna z niewielu udostępnionych turystycznie w północnej Słowacji. Leży u podnóża Rohackiej Doliny, przy szlaku prowadzącym do Doliny Juraniowej. Wstęp na oprowadzanie z przewodnikiem kosztuje 10 euro. Można płacić kartą.
Wchodzę z grupą. Przewodnik informuje nas o zasadach bezpieczeństwa, rozdaje kaski z latarkami czołowymi oraz zalaminowane kartki, na których znajdują się najważniejsze informacji dotyczące tego miejsca. Przez jaskinię płynie podziemna rzeka, a jej wnętrza tworzą naturalne korytarze, wodospady, jeziorka, a nawet syfony. Temperatura powietrza wynosi między 4 a 6 stopni Celsjusza i jest stała w ciągu całego roku. Warto jednak wiedzieć, że jaskinię można odwiedzać od wiosny do jesieni.
Korytarze wewnątrz skalnej atrakcji rozwijają się wzdłuż spękań tektonicznych, a podziemny potok wypływa na powierzchnię w pobliskim wywierzysku. W tak zwanej sali biwakowej w oczy rzuca się kalcytowa szata naciekowa powstała w wyniku krystalizacji węglanu wapnia. Jego drobne kryształy osadzają się ku dołowi, tworząc stalaktyty. Patrząc na nie, przypomina mi się lekcja geografii i próba zapamiętania, które z tych fikuśnych form to stalaktyty, a które stalagmity i stalagnaty. Obserwuję uczestniczące w wycieczce dzieci, chłonące widoki i słowa przewodnika. Najlepsze lekcje daje natura.
W jaskini znajduje się siedem syfonów, które mogą być pokonane jedynie przez nurków. To woda jest tutaj największym źródłem życia, gdyż dostarcza z powierzchni materię organiczną służącą za pożywienie dla niektórych przedstawicieli podziemnej fauny. Przy odrobinie (nie)szczęścia spotkamy tu nietoperze, pająki jaskiniowe, muchówki, a nawet… krewetki!
Podróż w czasie
W bliskim sąsiedztwie Jaskini Brestowskiej znajduje się Muzeum Wsi Orawskiej. Początkowo moja karta bankowa nie chce współpracować, jednak ostatecznie udaje mi się zapłacić 8 euro i wejść do środka.
W jednej chwili przenoszę się w czasie. Skansen wiernie odzwierciedla życie mieszkańców Orawy sprzed setek lat. Jego położenie na polanie Brestowskiej sprawia, że przypomina bardziej "żywą wioskę". Krążę między góralskimi zagrodami a bogatymi domami ziemiańskimi.

Wchodzę do gotyckiego kościoła p.w. św. Elżbiety, w którym zachwycają mnie pięknie malowany sufit i barokowe organy. Ze świątyni podążam w stronę młyna, oglądając po drodze tartak, tkalnie i pracownię garncarską. Miejsce ożywiają prawdziwie zwierzęta, które czynią spacer interaktywnym doświadczeniem i pozwalają choć częściowo poczuć smak tamtych lat. Życie wiejskie w Orawie, podobnie jak w wielu górskich regionach Europy Środkowej, było surowe, ale głęboko zakorzenione w tradycji, wspólnocie i przyrodzie. Specyficzny klimat w postaci górzystego terenu, niskich temperatur i mało żyznych gleb wymuszał specyficzny rytm życia mieszkańców.
Centrum tego życia była chałupa i wszystko, co wokół niej, zaś sercem - dzieci. Dużo dzieci. Materialnie pewnie brakowało dużo. Funkcjonowanie mieszkańców opierało się na samowystarczalności: uprawie ziemi, hodowli zwierząt, szyciu ubrań. Mam jednak nieodparte wrażenie, że domowe ognisko rozgrzewała wielopokoleniowa rodzina, mieszkająca pod jednym dachem.
- Wolelibyście żyć w tamtych czasach czy teraz? - z zamyślenia wyrywa mnie głos Magdy.
Mając na uwadze powyższe, trudno mi udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Wprawdzie sto lat temu ludziom doskwierały deficyty materialne, dziś z kolei na deficyty miłości, czułości i zrozumienia cierpią międzyludzkie relacje.
Mój najwyższy dwutysięcznik
Baníkov to najwyższy szczyt Grani Rohaczy w Tatrach Zachodnich. Jednocześnie mój najwyższy dwutysięcznik. To znaczy będzie, o ile go zdobędę. Spotkanie z jego majestatem zaplanowałam na przedostatni dzień mojej słowackiej wycieczki. Wyposażona w bukłak na wodę, którego świetność odkryłam podczas wyprawy na Camino de Santiago, ruszam z parkingu Spálená.

Szlak prowadzi przez Rohackie Stawy i Przełęcz Baníkowską. Idziemy silną grupą około 20 osób. Każdy ma swoją metę. Część osób chce dotrzeć do Rohackich Wodospadów, znajdujących się na podejściu do Rohackich Stawów, w dolnej części Doliny Smutnej. Już pierwsza kaskada górskiego potoku, spadającego z hukiem z urwiska, robi wrażenie. Drugi wodospad, położony kilkadziesiąt metrów wyżej, orzeźwia rześkością zimnej wody. Jest jednocześnie idealnym miejscem na odpoczynek, plenerem do zdjęć i świadkiem wielu rozmów na tematy maści wszelakiej. Natura potrafi wynagrodzić trud wędrówki.
Idę dalej. Kamienne schody ustępują miejsca większym skałom, za którymi z kolei zaczyna się ścieżka złożona z małych, przemieszczających się kamieni. Nietrudno o poślizg. Szlak jest dość wymagający, miejscami trudny technicznie i wąski. Jego długość od parkingu i z powrotem wynosi ok. 15 km, zaś przewyższenie sięga 1100 metrów. Ostatni odcinek drogi od strony południowo-wschodniej wiedzie po łańcuchach. Szlaku na Baníkov nie poleca się osobom z agorafobią.
Dobrze, że przeczytałam to już po zejściu z góry. Przytulona do ściany w miejscach, gdzie przepaść była bardzo blisko, wolałam patrzeć w dół niż na otwartą przestrzeń. I nawet widok lśniących w słońcu szybowców nie romantyzował tego trudu. Tym większa była moja duma i radość, gdy zdobyłam szczyt. Weszłam na Baníkov! Najwyższy szczyt Grani Rohaczy w Tatrach Zachodnich. Mój najwyższy dwutysięcznik.
Skarb z wnętrza ziemi
I na tym mogłabym zakończyć moją opowieść, gdyby nie fakt, że Zuberec ma prawdziwą perłę dla zmęczonych wędrowców. Wody termalne, bo o nich mowa, można znaleźć w Meander Thermal Park (ceny biletów dla dorosłych zaczynają się od 16 euro), kompleksie aquaparkowym czerpiącym z geotermalnego źródła. Woda wydobywa się z głębokości 1600 m, a jej temperatura sięga 58 stopni Celsjusza, przy czym trafiając do basenów schładza się do temperatury między 36 a 41 stopni Celsjusza.
Jest bogata w siarczany, żelazo, magnez i wapń - tak zbawienne dla moich zmęczonych nóg. Ciepło i relaks w otoczeniu gór, sosen i świerków to kapitalne zwieńczenie wycieczki na Słowację. Byłoby idealne, gdyby nie fakt, że znajdujące się tu zjeżdżalnie są akurat w remoncie.
Ośmielę się przyznać, że obecność typowych dla aquaparku atrakcji sprawiła, że Meander Thermal Park wygrał z sąsiadującym z nim termalnym kúpaliskiem Oravice w walce o plany na niedzielę. Cóż, czasem w pielęgnowaniu wewnętrznego dziecka przeszkadzają okoliczności. Najważniejsze, że te, które przyszykowała dla nas natura w Zuberecu, są niezawodne.
Marta Radzikowska














