Reklama

Reklama

Jadłam gofra w kształcie genitaliów. Było smacznie, ale raczej tam nie wrócę

Budzą potworne kontrowersje. Dzielą społeczeństwo na pół. Jedni twierdzą, że nikomu nie szkodzą, inni, że godzą w ludzką przyzwoitość. Mowa o... gofrach. - Zbieramy praktycznie same pozytywne reakcje. Jest jednak jedna uparta pani, która odwiedziła nas już parę razy i za każdym razem twierdzi, że obrażamy jej uczucia religijne i zrobi wszystko, by doprowadzić do naszego zamknięcia - opowiada pracownica warszawskiej cukierni.

Tyle że nie chodzi o znane nam wszystkim prostokąty obsypane cukrem pudrem, a o takie w kształcie wagin i fallusów. A skoro wywołują tyle emocji, postanowiłam sprawdzić, jak to z nimi naprawdę jest.

Cukiernia Dickery - o co chodzi?

Cukiernia Dickery otworzyła się w Warszawie na początku lipca. Mimo że jest to już druga placówka sieci (pierwsza od kwietnia znajduje się we Wrocławiu), to ich flagowy produkt - gofry w kształcie damskich i męskich genitaliów - rozpętały gorącą dyskusję i podzieliły Polaków na dwa obozy.

Pierwsi twierdzą, że to sodoma i gomora, która zdeprawuje polską dziatwę i skieruje nasz naród ku upadkowi moralnemu. Drudzy z kolei cieszą się, że tak brawurowy pomysł został zrealizowany w naszym kraju i mają nadzieję, że przysłuży się zmniejszaniu tabu, jakim objęta jest seksualność.

Reklama

Właściciele cukierni przyznają, że spodziewali się takich reakcji. "Tworząc tak odważny i kontrowersyjny projekt gastronomiczny w Polsce byliśmy gotowi na to, co właśnie się dzieje, tzn. przypuszczaliśmy, że odbiór z jakim się spotkamy może tak wyglądać, i to nas utwierdza w przekonaniu, że decyzja, którą podjęliśmy, aby nie robić 'społecznie akceptowalnych' gofrów jest słuszna, ponieważ nie chcemy godzić się na taką rzeczywistość" - pisali na swoim Facebooku.

Gofry w kształcie genitaliów

Przez pierwsze tygodnie po otwarciu przed cukiernią ustawiały się ogromne kolejki, pełne chętnych skosztowania kontrowersyjnych słodyczy. Kiedy jednak wraz z koleżanką odwiedziłam miejscówkę w połowie sierpnia, na swoją kolej czekałyśmy zaledwie kilka minut.

Mała cukiernia jest w środku cała różowa. Na razie nie znajdziemy tam miejsc do siedzenia, również schody prowadzące do antresoli były zamknięte. Klienci jedzą więc na zewnątrz lub kierują się kilka kroków w głąb Alei Wyzwolenia, gdzie przy ulicy stoją publiczne ławeczki.

Na jednej ze ścian cukierni wisi ogromne lustro z napisem "Sex is art", a nad ladą menu-nie-menu.

"Tutaj powinno znajdować się menu. Natomiast będąc wychowanym w naszej kulturze, która nie mówi za dużo o seksualności i nie pozwala w pełni być sobą, nie mieliśmy odwagi, aby nazwać je po imieniu. Dlatego nasze gofry to shero i hero" - czytamy.

Każdy z gofrów dostępny jest w kilku wariantach. Pierwszy, najtańszy, bo kosztujący 15 złotych, jest jedynie oblany czekoladową polewą. W wersji za 18 złotych do Shero dodawany jest krem, a do Hero nadzienie. Za 20 złotych dostaniemy Shero z dodatkiem owoców. Za dodatkowe 2 złote każdy z gofrów może zostać posypany kolorowymi, słodkimi kulkami.

Jak szaleć, to szaleć! Obie z koleżanką decydujemy się na pełną wersję hero - z polewą, nadzieniem i posypką. Dostajemy informację, że czas oczekiwania na nasze desery to około 10 minut.

W międzyczasie pytam obsługującą nas osobę, czy w świecie rzeczywistym często spotykają się z hejtem.

- Zbieramy praktycznie same pozytywne reakcje - ludzie nawet nam dziękują za to, że się otworzyliśmy. Jest jednak jedna uparta pani, która odwiedziła nas już parę razy i za każdym razem twierdzi, że obrażamy jej uczucia religijne i zrobi wszystko, by doprowadzić do naszego zamknięcia. Nie dogodzimy wszystkim - wzrusza ramionami.

Gofry Dickery

Pod cukiernią zdążyło już zrobić się nieco tłoczno - najwyraźniej wraz z koleżanką trafiłyśmy w okno kolejkowe. Na szczęście nasze gofry są gotowe już po 3 minutach. Łapiemy w ręce tacki ze słodyczami i kierujemy się w stronę wspomnianych ławeczek. 

Gofry podane są na drewnianym patyku. Nasze wprost pływają w czekoladzie, przez co po chwili jedzenia jesteśmy całe w polewie. Jako że wzięłyśmy wersję full, desery są tak obłędnie słodkie i lepkie, że aż z trudem przychodzi nam ich dojedzenie. Moja koleżanka zostawia jedną trzecią i narzeka, że deser zatkał jej tchawicę. Obie żałujemy, że nie wzięłyśmy ze sobą wody.

W międzyczasie podchodzą do nas dwie starsze panie, które z ciekawością pytają, czym się tak zajadamy. Śmiejemy się i odpowiadamy, że goframi w kształcie penisów.

Ich miny są bezcenne. Na szczęście nie reagują oburzeniem, a zaskoczonym śmiechem. Na odchodne wspominają nawet, że dziś są już po deserze, ale może wpadną tu następnym razem.

Z trudem kończę swojego gofra, ostatecznie zdejmując z niego część polewy i posypki. Mimo tego, że wyrób jest w smaku dobry, to jednak zdecydowanie zbyt słodki jak na mój gust. Również pomysł z drewnianym patyczkiem nie jest zbyt trafiony - podczas jedzenia trochę przeszkadza i psuje całość doznania kulinarnego.

Nie spodobało mi się również to, że publiczne kosze przy ławeczkach były przepełnione tackami po gofrach, a część wręcz walała się po ziemi, mimo że pod Dickery stał duży, różowy pojemnik dedykowany właśnie na tamtejsze śmieci. Wiadomo, że nie jest to wina cukierni, tylko niechlujnych klientów. Jednak jasne jest, że nie śmiecono by tak tackami, gdyby w Dickery można było usiąść.

Czy zajrzę do Dickery raz jeszcze? Raczej nie. Na pewno nie wrócę tam po doznania smakowe - gofry były dla mnie zbyt przesłodzone. Brakowało mi też miejsca do posiedzenia i napicia się czegoś na miejscu. Jeśli jednak będę chciała pokazać komuś tę miejscówkę, to prawdopodobnie wpadnę tam ponownie. W końcu nie wszędzie można bezkarnie zajadać się goframi w kształcie genitaliów. Fajnie, że mamy takie miejsce w stolicy!

Patrycja Wszeborowska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy