Scenariusze już na biurku Trumpa. Lądowa inwazja na Iran nabiera kształtów
Amerykańsko-izraelska inwazja na Iran stoi na rozdrożu. Z jednej strony, Amerykanie zapewniają, że rozmowy o zakończeniu konfliktu postępują. Z drugiej, administracja Donalda Trumpa jest o krok od decyzji o lądowej inwazji na reżim ajatollahów. Jakie opcje znajdują się na biurku amerykańskiego prezydenta? Sprawdzamy.

W skrócie
- Administracja Donalda Trumpa rozważa kilka scenariuszy dotyczących Iran, w tym precyzyjne uderzenie na obiekty nuklearne, przejęcie kontroli nad cieśniną Ormuz oraz wyspą Chark.
- Jednym z analizowanych wariantów jest operacja przeciwko irańskiemu potencjałowi rakietowemu i dronowemu z wykorzystaniem jednostek naziemnych.
- Pełnoskalowa inwazja lądowa na Iran oceniana jest jako najmniej prawdopodobna ze względu na ogromne ryzyko i potencjalne straty.
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Obecny status konfliktu na Bliskim Wschodzie można skwitować krótko: wszyscy mówią o pokoju, jednocześnie szykując się do wojny (a raczej: eskalacji już trwających działań).
Amerykańska administracja od ponad tygodnia przekonuje świat o produktywnych i obiecujących rozmowach pokojowych z nowymi władzami Iranu, co ma dawać szanse na stosunkowo szybkie zakończenie trwającej od 28 lutego wojny. Rzecz w tym, że strona irańska podważa te zapewnienia i twierdzi, że nie zamierza się układać z najeźdźcą, a już z całą pewnością nie na jego warunkach.
Wojenny medal ma też drugą stronę. Amerykanie zapewniając świat o postępujących rozmowach pokojowych, jednocześnie snują plany inwazji lądowej na Iran. W założeniu cel jest prosty: przyprzeć reżim w Teheranie do muru, zmusić do odblokowania kluczowej dla światowej gospodarki cieśniny Ormuz, a także wynegocjować koniec kosztownej finansowo i (jeszcze bardziej) politycznie wojny na swoich warunkach.
Irańskie władze wydają się tym niewzruszone. Przewodniczący parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf w niedawnym oświadczeniu wytknął Amerykanom hipokryzję, stwierdzając, że "wróg publicznie sygnalizuje prowadzenie negocjacji, podczas gdy za plecami planuje inwazję lądową". Jeden z liderów reżimu przestrzegł też Stany Zjednoczone, że Iran "tylko czeka, aż amerykańscy żołnierze postawią stopę na irańskiej ziemi, żeby zesłać na nich deszcz ognia".
Groźby Teheranu są o tyle zasadne, że o amerykańskich planach inwazji rozpisują się już tamtejsze media, think tanki i analitycy, więc efektu zaskoczenia trudno oczekiwać. Jakie opcja na swoim biurku ma Donald Trump? O tym poniżej.
Opcja numer jeden: przejąć wzbogacony uran
Kiedy stało się jasne, że fizyczna eliminacja całej wierchuszki irańskiej władzy nie złamie reżimu i nie doprowadzi do ogólnonarodowego powstania, administracja amerykańska wróciła do tematu zagrożenia nuklearnego. Głównym celem ponownie miało się stać pozbawienie Iranu zdolności do produkcji broni jądrowej. W teorii obiekty pozwalające na prowadzenie takich prac Amerykanie zniszczyli w czerwcu ubiegłego roku podczas tzw. wojny 12-dniowej. W praktyce jednak Iran wciąż ma zdolności do kontynuowania swojego programu jądrowego.
Dlatego opcją, o której w Waszyngtonie mówi się najczęściej i najgłośniej, jest precyzyjne uderzenie taktyczne z wykorzystaniem jednostek specjalnych na obiekty nuklearne Iranu w celu odzyskania ponad 440 kg wysoko wzbogaconego Iranu. W ocenie amerykańskiego wywiadu radioaktywny materiał w ciągu dni bądź tygodni mógłby posłużyć do produkcji broni jądrowej.

Kluczowy w tej misji byłby obiekt w Isfahanie. Mocno ufortyfikowany i szczelnie chroniony przez oddziały Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Szanse powodzenia operacji analitycy oceniają na umiarkowane do wysokiego, aczkolwiek podkreślają, że głównym problemem jest złożoność tego rodzaju misji. Wymaga ona nie tylko zaangażowania dużej liczby żołnierzy z jednostek specjalnych, ale także perfekcyjnej koordynacji działań lotnictwa i wywiadu. Zwłaszcza informacje wywiadowcze, takie jak rozkład pomieszczeń i korytarzy obiektu w Isfahanie czy dokładna lokalizacja pojemników ze wzbogaconym uranem, byłyby w tej sytuacji kluczowe.
Opcja numer dwa: zdobycie kontroli nad cieśniną Ormuz
Jednym z priorytetów administracji amerykańskiej jest w tym momencie odblokowanie cieśniny Ormuz. To przejście morskie absolutnie fundamentalne dla światowego handlu, a zwłaszcza światowej energetyki. Iran zamknął cieśninę, żeby uderzyć ekonomicznie zarówno w Stany Zjednoczone, jak i sojuszników Waszyngtonu na Bliskim Wschodzie. Jak dotąd nie udało się odblokować jej drogą pokojową.
Jednym ze scenariuszy powstałych w Pentagonie jest więc siłowe odzyskanie kontroli nad przesmykiem. W tym celu amerykańskie siły miałyby dokonać zmasowanego desantu z morza i powietrza na cztery kluczowe w ocenie generalicji dla kontroli cieśniny Ormuz wyspy: Larak, Abu Musa, Wielki Tunb, Mały Tunb. Na miejscu amerykańskie jednostki zneutralizowałyby przybrzeżne radary sił irańskich, wyrzutnie przeciwokrętowych pocisków manewrujących, a także bazy szybkich jednostek szturmowych.
W Waszyngtonie panuje przekonanie, że amerykańskie siły mają dużo szanse zrealizować militarne cele takiej operacji, jednak strategiczne utrzymanie kontroli nad wyspami będzie zupełnie innym, znacznie poważniejszym, wyzwaniem. Mówimy bowiem o silnie ufortyfikowanych wyspach, które pozostają w bliskiej odległości od kontynentalnej części Iranu, a co za tym idzie w zasięgu artylerii, pocisków balistycznych i dronów bojowych. Amerykańskie siły kontrolujące wyspy szybko stałyby się więc doskonałym celem dla irańskiej armii.
Opcja numer trzy: Uderzenie w serce irańskiej energetyki
Na biurku Donalda Trump znajduje się też plan przejęcia kontroli nad znajdującą się w północnej części Zatoki Perskiej wyspą Chark. To energetyczne i ekonomiczne serce irańskiej gospodarki. Przez znajdujące się na wyspie instalacje przechodzi 90 proc. irańskiego eksportu ropy naftowej.
- Potrzebujemy około miesiąca, aby jeszcze bardziej osłabić Irańczyków atakami, zdobyć wyspę, a następnie złapać ich za jaja i wykorzystać to w negocjacjach - mówił nieco ponad tydzień temu jeden z wysokich przedstawicieli amerykańskiej administracji w rozmowie z portalem Axios. Jak informowało inne ze źródeł redakcji w Białym Domu, Trump "chce, żeby cieśnina Ormuz była otwarta. Jeśli będzie musiał zdobyć wyspę Chark, żeby to osiągnąć, tak się stanie. (…) Ale ta decyzja jeszcze nie zapadła".
Założenie Pentagonu i Białego Domu jest proste: przejęcie kontroli nad wyspą Chark miałoby szybko zagłodzić irański reżim, zmniejszając jego zdolności do kontynuowania działań zbrojnych i tym samym zmuszając do ustępstw w ramach negocjacji pokojowych.

Szanse na powodzenie takiej misji uznaje się za umiarkowane. Znów: od strony wojskowej jest to wykonalne, ale utrzymanie kontroli nad wyspą generowałoby mnóstwo trudności, a także strat sprzętowych i ludzkich. Chark znajduje się zaledwie 50 km od kontynentalnego Iranu, przez co jest w zasięgi artylerii, pocisków balistycznych krótkiego zasięgu oraz dronów bojowych. Jest też wielce prawdopodobne, że broniący wyspy garnizon irańskiej armii w obliczu ewentualnej porażki i utraty wyspy zdecydowałby się na sabotaż znajdujących się tam instalacji naftowych, byle tylko nie stały się atutową kartą w rękach administracji Trumpa.
Opcja numer cztery: uderzenie na irański arsenał rakietowy
Mimo absolutnej dominacji w powietrzu i trwających od miesiąca dotkliwych bombardowań, koalicja amerykańsko-izraelska nie była w stanie zniszczyć potencjału rakietowego i dronowego irańskiej armii. Pentagon zrzuca to na karb geograficznych atutów, jakie dla reżimu w Teheranie stanowią Góry Zagros. To tam, wedle informacji amerykańskiego wywiadu, znajdują się podziemne, ufortyfikowane bunkry dla mobilnych wyrzutni rakiet balistycznych i systemów radarowych wczesnego ostrzegania. To także magazyny dla nękających cały Bliski Wschód dronów bojowych.
Jednym ze scenariuszy, które do wyboru ma Donald Trump, jest operacja naziemna, która pozwoliłaby odkryć dokładne lokalizacje wspomnianych bunkrów, oznaczyć je laserowo i tym samym ułatwić precyzyjne bombardowanie siłom powietrznym. Naziemne jednostki rozpoznawcze miałyby też za zadanie zniszczyć krytyczne węzły dowodzenia i łączności, a także te magazyny pocisków balistycznych, które byłyby nieosiągalne dla ataków z powietrza.
Szanse na powodzenie misji tego rodzaju są jednak niskie. Operacja na terytorium wroga wobec wielokrotnie liczniejszych sił, niesprzyjającego otoczenia (góry, jaskinie, podziemne tunele) oraz wrogiej ludności lokalnej każe wkalkulować wysokie ryzyko porażki. Pojmanie czy publiczna egzekucja żołnierzy elitarnych jednostek Navy SEAL czy Delta Force byłoby natomiast dla Waszyngtonu olbrzymim publicznym upokorzeniem na skalę globalną.
Opcja numer pięć: Pełnoskalowa inwazja lądowa
Ostatnim, ale zdecydowanie najmniej prawdopodobnym, scenariuszem do dyspozycji amerykańskiego prezydenta jest pełnoskalowa inwazja lądowa na Iran. Pozwoliłoby to zrealizować kilka kluczowych z perspektywy Stanów Zjednoczonych celów: obalić reżim ajatollahów i zainstalować przychylny Zachodowi rząd, przejąć kontrolę nad programem nuklearnym Iranu, rozbić tamtejsze siły zbrojne, odblokować cieśninę Ormuz, wyeliminować irańskie zagrożenie dla sojuszników w regionie.
Rzecz w tym, że nauczeni historią z Afganistanu i Iraku Amerykanie nie chcą ryzykować zaangażowania w kolejną, wieloletnią wojnę na Bliskim Wschodzie. Zwłaszcza że kampania w Iranie najpewniej okazałaby się znacznie dotkliwsza dla Stanów Zjednoczonych niż te w dwóch wspomnianych powyżej państwach regionu.

Przeprowadzenie tego rodzaju operacji wiązałoby się z wielomiesięcznymi przygotowaniami, zaangażowałoby kolosalne zasoby amerykańskiej armii (konieczna byłaby ich relokacja z innych teatrów działań, co osłabiłoby strategiczną pozycję Waszyngtonu w innych częściach globu), a ponadto stanowiłoby to gigantyczne obciążenie dla amerykańskiej gospodarki.
Na domiar złego, gwarancji sukcesu nie ma żadnej. Irańska armia od dekad przygotowywała się na taki właśnie scenariusz. Dlatego jej system dowodzenia jest rozproszony i autonomiczny. Każda prowincja i jej siły zbrojne działają według specyficznych dla nich właśnie okoliczności i możliwości. Wielce prawdopodobne, że pełnoskalowa inwazja lądowa skończyłaby się trwającą latami wojną partyzancką z działającym w podziemiu Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej. Nie można też wykluczyć ryzyka wojny domowej z wrogo nastawioną do Amerykanów miejscową ludnością.
Słowem: koszty i ryzyka podjęcia operacji na tak ogromną skalę jasno wskazują, że nie bez powodu jest to ostatni punkt na liście opcji dostępnych dla Donalda Trumpa. Opcji, z której Biały Dom niemal na pewno nie skorzysta.















