Energetyczna apokalipsa. Iran stawia wszystko na jedną kartę. Co zrobi USA?
Militarnie Iran nie miał i nie ma szans pokonać amerykańsko-izraelskiej koalicji. Dlatego po kilku tygodniach wojny Teheran znalazł inny sposób na poradzenie sobie z agresorami. Niestety jest to sposób, którego dotkliwe konsekwencje odczuje (już odczuwa) cały świat, na czele z państwami Zachodu i amerykańskimi sojusznikami na Bliskim Wschodzie. Efektem ubocznym może też być jeszcze mocniejsze podpalenie całego regionu.

Ostatnie kilkadziesiąt godzin wojny na Bliskim Wschodzie to naprzemienne ultimata i dementi, zapewnienia i groźby.
Zaczęło się od Donalda Trumpa, który w nocy z 21 na 22 marca (czasu polskiego) zażądał od Iranu natychmiastowego odblokowania cieśniny Ormuz, kluczowego dla światowego handlu surowcami energetycznymi przejścia morskiego. W razie niespełnienia jego warunków w ciągu 48 godzin amerykański prezydent zagroził Iranowi zniszczeniem wszystkich tamtejszych elektrowni.
Irańskie władze nie spanikowały ani nie uległy szantażowi. Zamiast tego podbiły stawkę. Zapowiedziały, że jeśli Amerykanie spełnią swoją groźbę, Iran odpowie uderzając na infrastrukturę energetyczną i cywilną współpracujących ze Stanami Zjednoczonymi państw regionu. Chodziło przede wszystkim o pola gazowe, rafinerie i magazyny ropy naftowej, ale też instalacje odsalania wody morskiej, które zaopatrują w wodę pitną niemal cały Bliski Wschód.
Zwrot akcji przyszedł po niespełna dobie, gdy prezydent Trump obwieścił światu, że swoje ultimatum dla Iranu przesuwa o pięć dni. Jednocześnie zdradził, że trwają amerykańsko-irańskie rozmowy, które są "głębokie, szczegółowe i konstruktywne". Negocjacje mają być kontynuowane w bieżącym tygodniu. Strona irańska szybko zdementowała jednak fakt prowadzenia jakichkolwiek rozmów z Waszyngtonem na tym etapie wojny.
Tymczasowe zawieszenie energetycznej anihilacji na Bliskim Wschodzie nie zmienia jednak faktu, że ostatnie dni to zupełnie nowy etap wojny. Nie rozstrzyga się ona już wyłącznie na płaszczyźnie militarnej, a na dobre weszła na poziom energetyki i gospodarki. Obie strony testują wzajemnie swój próg bólu i gotowość do poświęceń dla osiągnięcia zwycięstwa. A w tym wymiarze Iran wcale nie jest stroną słabszą od amerykańsko-izraelskiej koalicji. Wręcz przeciwnie.
Wojna na wyniszczenie już trwa. "Trump mocno się przeliczył"
- Zmiana tego paradygmatu wojny nie jest zaskoczeniem. Wojna na wyniszczenie już ma miejsce - mówi w rozmowie z Interią dr Piotr Lewandowski z Sieci Badawczej Łukasiewicz - ITECH. Ekspert od geopolityki i bezpieczeństwa międzynarodowego wskazuje, że Waszyngton przygotował się do tego wariantu zawczasu, przejmując w styczniu kontrolę nad wenezuelskimi złożami ropy naftowej i zwiększając tym samym swoje wpływy na światowych rynkach surowców energetycznych.
- Stany Zjednoczone zawsze najpierw identyfikują interes - zaznacza dr Lewandowski. W przypadku wojny w Iranie podstawowym interesem były właśnie tamtejsze złoża ropy i gazu ziemnego. Drugi nie jest aż tak oczywisty. Chodzi o umocnienie i potwierdzenie geopolitycznej pozycji Ameryki. - Stany Zjednoczone raz na jakiś czas potrzebują uwiarygodnić się wśród opinii międzynarodowej, zwłaszcza wśród innych państw Zachodu oraz Chin, że to one są wiarygodnym gwarantem bezpieczeństwa dostaw ropy i gazu z Bliskiego Wschodu - wyjaśnia rozmówca Interii.

Z punktu widzenia Iranu, zmiana paradygmatu prowadzenia wojny ma bardzo dużo sensu. W kwestiach czysto militarnych przewaga Stanów Zjednoczonych i Izraela jest niekwestionowana i Iran nie jest w stanie zwyciężyć na tej płaszczyźnie. Jeśli chodzi o zasoby finansowe, tu również górą są Amerykanie i Izraelczycy. Jednak ten medal ma też drugą stronę - ich powiązania gospodarcze i funkcjonowanie w ramach globalnych powiązań gospodarczych jest słabością, którą Iran może wykorzystać.
Teheran od lat był izolowany przez Zachód w ramach tzw. polityki maksymalnej presji. Zachodnie sankcje gospodarcze w połączeniu z marginalizacją polityczną miały złamać dążenia reżimu ajatollahów do posiadania broni jądrowej. Nie złamały, natomiast uodporniły Iran na wstrząsy na światowych rynkach. Tu wytrzymałość Iranu jest dużo większa niż chociażby Stanów Zjednoczonych.
Amerykańska gospodarka, największa na świecie, jest mocno zależna od cen surowców i odczuwa wszelkie poważniejsze wahania w tym obszarze. Ponadto, na Waszyngton, który wywołał wojnę z Iranem, naciskają partnerzy zarówno z Europy, jak i z Azji, którzy znacznie bardziej od Stanów Zjednoczonych odczuwają podwyżki cen na rynkach kluczowych surowców, a także niedobory ich dostaw.
Iran takich ograniczeń nie posiada, a z pewnością są one wielokrotnie słabsze niż w przypadku Ameryki. To z kolei oznacza, że w energetycznej wojnie na wyniszczenie Iran ma dużo mniej do stracenia, a znacznie więcej do zyskania niż Stany Zjednoczone i Izrael. I po kilku tygodniach wymiany ciosów w końcu zaczyna z tego korzystać.
Gdyby państwa Zatoki Perskiej podjęły konkretne działania zbrojne przeciwko Iranowi, byłoby to z ich strony wejście na pole minowe. Ryzyko i koszty wejścia w alians z Amerykanami i Izraelczykami byłyby wysokie
Dr Jakub Gajda z Fundacji Pułaskiego zauważa, że administracja amerykańska nie doceniła powyższych różnic. Jego zdaniem, prezydent Trump patrzy na ten konflikt jak biznesmen i człowiek Zachodu, a to nie pomaga mu zrozumieć i przewidzieć działań reżimu w Teheranie. - W takiej sytuacji, w jakiej jest dzisiaj Iran, jest to wojna o absolutnie egzystencjalnym znaczeniu. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby Izrael i Ameryka złamały próg bólu Irańczyków. Ten próg bólu rośnie i daje Irańczykom dodatkową siłę - analizuje nasz rozmówca.
I dodaje: - Trump mocno się przeliczył, przewidując przebieg tej wojny. Zdecydowanie nie docenił sfery propagandowej, ideologicznej i religijnej irańskiego reżimu i irańskiego społeczeństwa.
Amerykańscy sojusznicy liczą straty
Sytuacja już teraz jest bardzo napięta. Ostatnia faza wojny to wymiana ciosów w strategicznie ważne dla energetyki regionu (i de facto całego świata) lokalizacje. Wszystko zaczęło się 18 marca, gdy Izrael zbombardował współdzielone przez Iran i Katar pole gazowe South Pars, a także pobliski port Asaluyeh, który jest ważnym węzłem przetwórczym irańskiego przemysłu rafineryjnego.
South Pars to największe złoże gazu ziemnego na świecie, absolutnie kluczowe dla globalnych rynków energetycznych. Iran, który jest czwartym największym konsumentem gazu ziemnego na świecie, aż 80 proc. zużywanego surowca pozyskuje właśnie z South Pars. Irańskie władze nie ujawniły skali zniszczeń wynikających z izraelskiego bombardowania, ale reakcja Teheranu była natychmiastowa. I bezpardonowa - Iran wziął na cel infrastrukturę energetyczną państw Zatoki Perskiej.
Irańskie siły zbrojne ogłosiły, że atak na infrastrukturę energetyczną Iranu otwiera "nowy etap wojny", w którym celami stają się obiekty przemysłowe z branży wydobywczej, transportowej i energetycznej. - Jeśli uderzenia na irańskie obiekty się powtórzą, kolejne ataki na infrastrukturę energetyczną naszych wrogów i ich sojuszników nie ustaną, aż do ich kompletnego zniszczenia - zagroził rzecznik irańskiej armii Ebrahim Zolfaqari.
Próbkę tego, co taki scenariusz oznacza, Iran już sąsiadom z Bliskiego Wschodu zaprezentował. Potężnych strat doznał Katar, odpowiadający za jedną piątą światowych dostaw gazu ziemnego. W wyniku ataku rakietowego zakład przetwórstwa skroplonego gazu LNG Ras Laffan został poważnie zniszczony.
Zmniejszyło to możliwości eksportu surowca przez Katar aż o 17 proc., co w skali roku przełoży się na stratę 20 mld dol. Kontrolująca obiekt spółka Qatar Energy poinformowała o konieczności tymczasowego zawieszenia umów na dostawy gazu z Włochami, Belgią, Koreą Południową i Chinami. Naprawa zniszczeń - w ocenie Qatar Energy - potrwa od trzech do pięciu lat.
Szkody liczą też Saudyjczycy, największy eksporter ropy naftowej na świecie. 19 marca irański atak dronowy uszkodził rafinerię SAMREF, jeden z ważniejszych tego rodzaju obiektów na Bliskim Wschodzie. Zakład przetwarzał 400 tys. baryłek ropy dziennie. W podobny sposób zniszczeń doznała również rafineria w Janbu.

Po atakach władze Arabii Saudyjskiej zdecydowały o zmniejszeniu wydobycia ropy o 2 mln baryłek dziennie do poziomu około 8 mln baryłek. Jednocześnie przekierowują jak największą ilość surowca do rurociągu Wschód-Zachód celem ominięcia Zatoki Perskiej i cieśniny Ormuz. W 2025 roku rurociągiem przesyłano średnio 1,7 mln baryłek ropy dziennie, w okolicach 9 marca było to już 5,9 mln, a lada dzień rurociąg ma osiągnąć maksymalną przepustowość 7 mln baryłek dziennie.
W jeszcze cięższej sytuacji znalazły się Zjednoczone Emiraty Arabskie. Irańskie ataki dronowe i rakietowe zmusiły władze do zamknięcia kompleksu przemysłowego Ruwais. To największa rafineria w kraju, której moc przerobowa wynosi 922 tys. baryłek dziennie. Zniszczenia wywołane przez spadające szczątki zestrzelonych irańskich pocisków wymusiły zamknięcie ogromnego kompleksu przetwórstwa gazu Habshan. Również działalność portu Fujairah, jednego z najważniejszych terminali eksportowych ropy na świecie, została mocno ograniczona wskutek powtarzających się irańskich ataków dronowych i rakietowych.
W Kuwejcie Iran skoncentrował swoje uderzenia na największej w kraju rafinerii Mina Al-Ahmadi, której zdolność przerobowa to ok. 730 tys. baryłek dziennie. Liczne pożary, wynikające z powtarzających się ataków, zmusiły władze do wstrzymania działania obiektu. Kuwejt drastycznie ograniczył też wydobycie ropy naftowej.
Wojna w Iranie. Kryzys nad kryzysami
To tylko najpoważniejsze przypadki, ale ataków było znacznie więcej. Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) informuje, że od początku wojny "dotkliwie lub bardzo dotkliwie" zostało zniszczonych co najmniej 40 obiektów w dziewięciu krajach na Bliskim Wschodzie.
Zmiana tego paradygmatu wojny nie jest zaskoczeniem. Wojna na wyniszczenie już ma miejsce
IEA podkreśla, że trwająca niespełna miesiąc wojna doprowadziła do "największych zakłóceń na globalnym rynku ropy w historii". Na rynku gazu LNG wcale nie jest lepiej - od początku wojny światowe zapasy tego surowca skurczyły się o 20 proc.
Dyrektor wykonawczy IEA Fatih Birol mówi wprost: konsekwencje wojny w Iranie będą porównywalne do zsumowanych dwóch wielkich kryzysów naftowych z lat 70. i wywołanego agresją Rosji na Ukrainę kryzysu gazowego z 2022 roku.
- To zresztą nie tylko ropa i gaz - podkreślił Birol. - To również kluczowe dla światowej gospodarki produkty petrochemiczne, nawozy, siarka czy hel. Handel tymi wszystkimi produktami został zakłócony, co ma poważne konsekwencje dla światowej gospodarki - zaznaczył.
Jeszcze więcej eskalacji? Być może już niedługo
Koncepcja totalnej eskalacji, na którą zdecydowali się rządzący i dowódcy w Iranie, to jednak obosieczny miecz. Iran może się o tym niedługo boleśnie przekonać.
- Strona irańska ostrzeliwuje wszelkie instalacje energetyczne u sąsiadów z regionu, żeby ich osłabić i wbić klina między nich a Stany Zjednoczone. Chodzi o to, żeby amerykańscy sojusznicy z regionu naciskali na Trumpa na jak najszybsze zakończenie działań wojennych - mówi Interii dr Piotr Lewandowski z Sieci Badawczej Łukasiewicz - ITECH.
Rzecz w tym, że skala wyrządzonych zniszczeń i potężne zagrożenie dla stabilności biznesu energetycznego, który jest oczkiem w głowie państw Zatoki Perskiej, zdają się odnosić skutek odwrotny od zamierzonego. Właśnie o takim scenariuszu, w kontekście Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, pisze 24 marca "The Wall Street Journal".
"Sojusznicy Stanów Zjednoczonych w Zatoce Perskiej coraz mocniej skłaniają się ku przyłączeniu do walki z Iranem. Ich działania są coraz ostrzejsze wskutek nieustających ataków ze strony Iranu, które zakłóciły działanie ich gospodarek i stworzyły ryzyko, że Teheran zyska długoterminowy wpływ na cieśninę Ormuz" - czytamy w amerykańskim dzienniku.

Włączenie się Saudyjczyków i Emiratczyków do wojny po stronie koalicji amerykańsko-izraelskiej byłoby wydarzeniem bezprecedensowym. Przez większość muzułmańskich społeczeństw na Bliskim Wschodzie przymierze Amerykanów i Izraelczyków postrzegane jest jako sojusz niewiernych, sił wrogich islamowi. Obie nacje nie cieszą się w regionie przesadnym szacunkiem i sympatią.
- Gdyby państwa Zatoki Perskiej podjęły konkretne działania zbrojne przeciwko Iranowi, byłoby to z ich strony wejście na pole minowe. Ryzyko i koszty wejścia w alians z Amerykanami i Izraelczykami byłyby wysokie - zauważa dr Jakub Gajda Fundacji Pułaskiego, specjalista od Bliskiego Wschodu.
Swoje ryzykuje też jednak Iran. Strategia zamierzonej eskalacji i wojny na wyniszczenie ma sens do momentu, gdy druga strona wciąż ma więcej do stracenia, niż zyskania. Jeśli działania Iranu sprawią, że antyirańska koalicja przestanie obawiać się o gospodarkę, dobrobyt i przyszłość, a za swój nadrzędny cel postawi doszczętne zniszczenie Iranu, układ sił w wojnie (raz jeszcze) może się odwrócić.















