Reklama

Reklama

Niemcy: Z biletu za dziewięć euro korzystają tłumy. Podróżni jednak narzekają na warunki

Jest pierwszy efekt wprowadzenia miesięcznego biletu za dziewięć euro w Niemczech. To większa liczba pasażerów, którzy korzystają z komunikacji publicznej. Z pierwszych analiz przeprowadzanych przez niemiecką kolej (Deutsche Bahn) wynika, że od czasu wprowadzenia tej oferty (1 czerwca), pociągami podróżuje o 25 procent więcej pasażerów niż w maju. W porównaniu do okresu sprzed pandemii, kiedy z komunikacji publicznej korzystało więcej osób, ten wzrost wyniósł 10 procent.

Do tej pory w Niemczech sprzedano blisko 16 mln biletów za dziewięć euro. Sama oferta jest ograniczona, bo tanie sieciówki oferowane będą jedynie przez trzy miesiące. Niemiecki rząd chce w ten sposób zachęcić Niemców do oszczędzania paliwa i korzystania z komunikacji publicznej

Ale bilet cieszy się przede wszystkim dużą popularnością nie wśród tych, którzy muszą codziennie dojeżdżać do pracy, lecz wśród turystów, którzy w weekend planują wypad w atrakcyjne miejsca. Tylko w zielonoświątkowy długi weekend pociągi przewiozły o 30 procent pasażerów niż zwykle.

Reklama

Komunikacja miejska wraca do łask

Choć niemieccy przewoźnicy mogą chwalić się teraz dobrymi wynikami, mniej zadowoleni są pasażerowie, którzy narzekają na komfort podróży. W pociągach jest tłoczno, a Deutsche Bahn i inne prywatne firmy nie przygotowały się na tłum klientów, choć efekt akcji biletu za 9 euro był do przewidzenia. Nie podstawiono dodatkowych pociągów lub dłuższych składów, tak by pasażerowie mogli korzystać z komunikacji w normalnych warunkach. Zdarzało się, że pociągi były ze względu na ścisk zatrzymywane, a podróż przerywana.

Niewątpliwie oferta taniego biletu na komunikację publiczną wywołała żywą dyskusję na temat przedłużenia takiego stanu rzeczy. Lokalni politycy są zdania, że Niemcy gruntownie powinni zastanowić się nad zmianą polityki transportowej, wspierając rozwój komunikacji regionalnej. 

W Bremie na północy Niemiec socjaldemokraci wrócili do idei taniego rocznego biletu, który miałby kosztować 365 euro, czyli jedno euro dziennie. Pomył nie jest nowy, bo o takim rozwiązaniu myślały już władze Berlina. Jednak samorządy nie są w stanie udźwignąć finansowania takiego projektu

Z pomocą musiałby przyjść rząd federalny, jednak na razie nikt na tym szczeblu nie pochylił się nad pomysłem. Samorządowcy liczą, że stanie się to, gdy we wrześniu ceny biletów miesięcznych na komunikację publiczną powrócą do poziomu sprzed akcji promocyjnej, a liczba pasażerów spadnie.

Bilet dziewięć euro na stałe?

Również do niemieckiego parlamentu trafiła już petycja w sprawie wprowadzenia miesięcznego biletu za dziewięć euro na stałe. Jej autorzy uważają, że taki system będzie korzystny pod wieloma względami. Przyczyni się do ochrony środowiska, zmobilizuje ludzi do porzucenia samochodów na rzecz taniej komunikacji publicznej, pozwoli Niemcom na uniezależnienie się od rosyjskiej ropy. 

Do tej pory pod petycją podpisało się 3 tys. osób. Aby sprawą zajęli się parlamentarzyści, autorzy muszą zebrać 50 tys. podpisów, a czasu jest niewiele, bo termin mija 27 czerwca.

Organizacje zrzeszające pasażerów popierają pomysł taniego biletu miesięcznego na stałe, jednak widzą przy okazji wiele problemów związanych z funkcjonowaniem komunikacji publicznej. Przedstawiciele stowarzyszenia Pro Bahn uważają, że równolegle do taniego biletu niemiecki rząd powinien masowo zainwestować w komunikację, która szczególnie na prowincji nie działa tak jak powinna i nie zachęca mieszkańców małych miejscowości do tego, by codziennie do pracy dojeżdżać autobusami czy pociągami. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy