Reklama

Reklama

Wizyta Macrona a sprawa polska

Nie wiadomo, czy wykład Emmanuela Macrona na Uniwersytecie Jagiellońskim – o Polsce, o Francji, o wzajemnych stosunkach, ale nade wszystko o wspólnych wartościach europejskich – przejdzie do historii. I w jaki sposób. A powinien.

Mówiąc szczerze, coraz mniej przywódców potrafi tak przemawiać. Coraz mniej ma w ogóle jakąś wizję, która wykraczałaby poza swoje granice.

Reklama

Mówił więc Macron, że Europa to nie tylko wspólny rynek, ale również wspólne wartości i wspólne prawo. Mówił o "rzeczywistej europejskiej suwerenności", technologicznej i obronnej, o demografii, bo  "społeczeństwo się starzeje, jest coraz mniejsze. A nie możemy sobie pozwolić na pustoszenie Europy". Cytując Gary’ego, przypominał, że "patriotyzm to miłość do własnego kraju, nacjonalizm to nienawiść do innych". Innymi słowy, że patriotyzm wcale nie stoi w sprzeczności z przywiązaniem do europejskich wartości.

Jak pierwszy przywódca podkreślał tak jednoznacznie o tym, że nie można fałszować historii II wojny światowej. To ważna odpowiedź na ostatnie ataki Putina, szczególnie, jeśli przypomnimy, że rosyjski prezydent przygotowuje w ten sposób grunt przez majowymi obchodami w Moskwie zakończenia wojny, a Macron się tam wybiera.

Bez żadnych niedomówień docenił polskie zasługi w przełamaniu żelaznej kurtyny i zburzeniu muru berlińskiego, wspominał i o Lechu Wałęsie i o Kornelu Morawieckim, co symbolicznie oddaje spektrum jego wykładu. Niezwykle szerokie spektrum.

Nie o sprawną retorykę tu jednak głównie chodzi. To "spécialité de la maison", a w przypadku Macrona, mającego inklinacje literackie jak żaden dotychczasowy prezydent we Francji, widać to szczególnie.

Niezwykle pojednawczy ton, przynajmniej na pierwszy rzut oka, mógł zaskakiwać. Z obydwu stron - a z polskiej być może jeszcze bardziej - w końcu kontrast między wcześniejszymi wypowiedziami, a słowami, które padły podczas tej wizyty, jest ewidentny.

Za słowami Macrona w Krakowie (a dzień wcześniej w Warszawie) kryje się jednak znacznie więcej i pewnie to okaże się jeszcze ważniejsze.

Ani charakter, ani moment tej wizyty nie był w żadnym stopniu przypadkowy. Macron chce być liderem Unii, które nie traci dramatycznie na znaczeniu w starciu innych potęg takich jak USA i Chiny. Szuka sojuszników tam, gdzie widzi, że fala jest ewidentnie wznosząca. Oczywiście kryje się za tym współpraca gospodarcza. Poza tym, jest to obliczone na potrzeby zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne, bo mimo wciąż słabej opozycji sukces dyplomatyczny przynajmniej trochę może osłabić skutki niekończących się protestów związanych z wprowadzaniem reformy emerytalnej.  

Przy okazji, warto zwrócić uwagę, że można mieć do polityki Macrona wiele zastrzeżeń - we Francji nieraz padało określenie, że jest "prezydentem bogatych"; przyjęta taktyka wobec Putina też budzi wątpliwości, bo zupełnie inna jest optyka rosyjska w Paryżu i w Warszawie - ale francuski przywódca nie unika odpowiedzialności. Ogromne protesty z pewnością mają wpływ na podejmowane decyzje, ale nie zatrzymują kluczowej reformy emerytalnej. Gdy wybuchł protest "żółtych kamizelek" zorganizował "wielką debatę" i wygłosił dziesiątki godzin wszelakich przemówień. Na forum publicznym nie gryzł się w język i w obecności Putina zrugał dziennikarkę Russia Today, oskarżając też prokremlowską stację i manipulację i sianie propagandy. Zaskakując Trumpa zaprosił na ostatnie rozmowy w gronie G7 irańskiego ministra spraw zagranicznych.

W Polsce też postawił warunki. Mówił otwarcie, że to błąd, gdy chce się korzystać jedynie ze wspólnego rynku i unijnych pieniędzy, a zachowuje się dystans, gdy chodzi o wartości i zasady; że pisanie historii po 1989 roku na nowo jest ryzykowne; że reforma sądownictwa budzi zaniepokojenie. Między wierszami można było też wyczytać: "Chcecie pomocy i czasu w transformacji energetycznej? Rozumiemy to, ale nie można wyciągać tylko ręki po pieniądze, nie oglądając się na nic innego".

Dla rządu PiS tę wielowymiarową wizytę Macrona, w której ewidentnie chodziło też o wyciągniecie ręki i próbę dyplomatycznego przesunięcia Warszawy w kierunku centrum Unii (pod hasłem: mimo różnic trzeba rozmawiać ze wszystkimi) można odbierać również jako szansa. Trochę nieoczekiwaną. Byłoby może przesadą stwierdzenie, że trochę spadła ona z nieba, ale na pewno - aby ją wykorzystać - potrzeba teraz umiejętności dyplomatycznych, bez zamykania się na "obce języki".

Tymczasem Macron jeszcze nie zdążył wrócić do Pałacu Elizejskiego, gdy wicepremier Sasin orzekł, że francuski prezydent wypowiedział w Polsce "rytualne zaklęcia", a Andrzej Duda podpisał ustawę dyscyplinującą sędziów, choć miał na to jeszcze trochę czasu.

Wyszło jak demonstracja. O ironio.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne