Reklama

Reklama

Jadwiga Emilewicz: Popełniłam błąd i bardzo za to przepraszam. Politykom wolno mniej

- Nie powinnam była jechać. Z pokorą przyjmuję krytykę internautów, mediów, klubowych kolegów i opozycji. To, co się wydarzyło, nie powinno mieć miejsca - mówi była wicepremier Jadwiga Emilewicz w rozmowie z redaktorem naczelnym Interii Piotrem Witwickim. Posłanka przeprasza za wyjazd swoich synów na narty w czasie pandemii, o czym informował TVN24. - Niestety, mama wygrała we mnie z posłanką - przyznaje była wicepremier.

Piotr Witwicki: "Bycie elitą to przede wszystkim oczekiwanie od siebie więcej niż od innych". Kto, całkiem niedawno, napisał te słowa?

Reklama

Jadwiga Emilewicz: - Jadwiga Emilewicz.

Na moje oko pisała to pani w momencie, gdy pani synowie jeździli na nartach.

- Tak.

Nie zazgrzytało coś w klawiaturze?

- Popełniłam błąd i bardzo za to przepraszam. Politykom wolno mniej, zwłaszcza w tak trudnej sytuacji jak pandemia. Nie powinnam była jechać. Z pokorą przyjmuję krytykę internautów, mediów, klubowych kolegów i opozycji. To, co się wydarzyło, nie powinno mieć miejsca.

Nie pomyślała sobie pani wtedy: moi synowie powinni odpuścić, bo apelujemy do wszystkich Polaków, by sobie odpuszczali?

- Dzisiaj bym z nimi nie wyjechała. Zdaję sobie sprawę z tego, że reakcja ludzi, którzy byli zamknięci w domach, była w pełni uzasadniona. To, że mój wyjazd z dziećmi, ich trening, był zgodny z przepisami prawa, a ja sama - co chyba umknęło uwadze mediów - nie jeździłam na nartach, nie zmienia faktu, że to wszystko było - najdelikatniej mówiąc - niestosowne.

W komentarzach pod pani postem wylało się wiele frustracji rodziców, którzy nie wzięli nigdzie swoich dzieci. Sam siedziałem z córką w domu.

- Niestety, mama wygrała we mnie z posłanką. I choć wiem, że to nie jest żadne usprawiedliwienie, ale pomyślałam, że skoro przez te ostatnie pięć lat spędzałam tak bardzo mało czasu z dziećmi, a wszystko jest zgodne z przepisami, to mogę jechać. Niestety, nie zadałam sobie pytania, czy to wypada. Powinniśmy byli zostać w domu, bo taki jest koszt obowiązków, których się podjęłam.

Przykład powinien iść z góry.

- Dlatego przepraszam. Zwłaszcza tych, którzy mi zaufali. Jedyne, co mogę powiedzieć, że moi synowie naprawdę trenują narciarstwo, każdy od szóstego roku życia jeździ w klubie, co roku uczestniczą w zawodach - środkowy dwa lata temu zdobył w swojej kategorii wiekowej pierwsze miejsce w Narciarskim Pucharze Mazowsza. Ja na nartach nie jeździłam.

Dlaczego pani nazwisko dopisano do listy uczestników?

- Nie mam pojęcia, dlaczego tam się znalazło. Każdy, kto widział listę - a była ona udostępniona publicznie - widział, że nazwiska uczestników szkolenia były wydrukowane, a nazwisko moje - dopisano ręcznie. Nie wiem i nie będę dochodzić, dlaczego tak się stało.

Dlaczego synowie nie mieli licencji?

- Z tą sprawą jest dużo nieporozumień. Mówiąc w skrócie: chłopcy nie musieli ich mieć. Przepisy epidemiologiczne z grudnia 2020 mówią, że posiadanie licencji nie jest warunkiem udziału w zgrupowaniu. Według szefa Warszawskiego Okręgowego Związku Narciarskiego, pana mecenasa Ludwika Żukowskiego, który przygotowywał interpretację rozporządzenia, jeśli klub posiada licencję PZN, to uczestnik nie musi jej mieć. Wystarczy, że jest członkiem klubu. A moi synowie są członkami klubu od lat. Właśnie dlatego nikt nie wymagał od nich licencji. Podkreślam: nie powinno nas tam być, bo posłom i ich rodzinom wolno mniej, ale problem nie dotyczy prawa tylko dobrego obyczaju. Nie zmienia to mojej oceny. Trzeba było zostać w domu.

Nie wiem, czy zdaje sobie pani sprawę z tego, że stała się pani memem. Są skoki narciarskie i jest Emilewicz...

- Żadna działalność z tych minionych pięciu lat nie miała takiego zasięgu, jak ta historia. To bardzo surowa lekcja. Najbardziej boli, że konsekwencje spadają nie tylko na mnie, ale i na synów. Ale przecież nie będę się tu skarżyć. Trzeba odpracować ten błąd. Jeszcze na koniec ubiegłego roku cieszyłam się z wysokich ocen Polityki Insight czy Klubu Jagiellońskiego, gdzie doceniono politykę gospodarczą kierowanego przeze mnie ministerstwa. Chciałabym zasłużyć na podobne oceny w rankingu posłów.

Nie wiem tylko, czy zauważyła pani, że niektórzy pani koledzy ze Zjednoczonej Prawicy mocno zadbali o to, by o sprawie było jak najgłośniej. Pan minister Kowalski...

- ...lubi się ze mną boksować. Nasze sparingi dotyczą spraw i sprzed publikacji - szczytu unijnego i transformacji energetycznej.

Jeszcze wrócimy do tego drugiego tematu. Zacytuję pani wpis Kowalskiego: "Pycha kroczy przed upadkiem. Politycy nie są żadną specjalną kastą, która ma specjalne przywileje i której wolno więcej".

- Nie we wszystkim zgadzam się z ministrem Kowalskim, ale w tym wypadku akurat tak. Przyjmuję jego słowa z pokorą.

Na takim poziomie ogólności to zdanie jest zawsze słuszne, ale tak po ludzku: nie ma pani pretensji do kolegów ze Zjednoczonej Prawicy, którzy nie próbowali nawet trochę złagodzić tego, co się działo w mediach, a nawet przeciwnie - podkręcali to. Poseł Wypij mówił o tym, że lepiej, by pani morsowała.

- Ponoć posłowie opozycji byli dla mnie łagodniejsi od dawnych partyjnych kolegów. A przyjaciele mówili mi, że poseł Wypij należał do grona najbardziej surowych krytyków. Cóż, skłamałabym mówiąc, że to przyjemne.

Może ta sprawa zrobiła na nim duże wrażenie.

- Najwidoczniej uznał, że mi się należy.

Ale to prawda: politycy z pani byłego ugrupowania chętnie panią atakowali.

- Proszę ich pytać o powód. Ja nie wszystko rozumiem. Nasze partyjne drogi rozeszły się wiosną, kiedy część moich dawnych kolegów uparcie dążyła do organizacji wyborów prezydenckich jesienią, co - jak wiemy - nie byłoby możliwe. Natomiast cele mamy wspólne. Jesteśmy przecież razem w Zjednoczonej Prawicy.

Dla porządku. Jarosław Gowin milczał w pani sprawie.

- Dziękuję za to milczenie.

Jak będzie teraz wyglądać pani polityczna przyszłość? Ryszard Terlecki zastanawiał się, czy nie powinna być pani zawieszona, a jak Ryszard Terlecki się nad tym zastanawiał...

- Rozmawiałam z panem marszałkiem Terleckim. Z tego, co wiem, to żadne kroki nie zostaną podjęte.

A miała pani jakiś sygnał bezpośrednio od Jarosława Kaczyńskiego?

- Nie rozmawiałam z panem premierem Kaczyńskim. Rozmawiałam z marszałkiem Terleckim i premierem Morawieckim i mam jednoznaczne informacje w tej sprawie.

Jaka była reakcja premiera Morawieckiego?

- Stwierdził, że zachowałam się nierozsądnie i że popełniłam błąd. Zaznaczył, że odbiór społeczny tej sytuacji jest jednoznaczny.

Krzyczał?

- Nigdy nie widziałam premiera Morawieckiego w sytuacji, w której podnosi głos. Premier zawsze kontroluje swoje emocje, wykazuje zimną krew i opanowanie.

A pani ćwiczenia duchowe? Na jakiś czas zniknęła pani z mediów.

- Tak. Musiałam odbyć swoje własne "rekolekcje". Z dala od mediów i bieżących komentarzy. Może pan wierzyć lub nie, ale to dla mnie osobiście najtrudniejsze tygodnie w życiu. I rzecz dotyczy nie tylko bieżącego "zarządzania sytuacją kryzysową". Zaufanie i sympatia to ważny kapitał w polityce. Czy uda się je odbudować? Do niedawna nawet ci, którzy się ze mną nie zgadzali, szanowali mnie za sposób uprawiania polityki. Nawet trudny i wymagający Poznań obdarzył mnie wysokim mandatem zaufania w ostatnich wyborach. To są też momenty, gdy siada się do rozmowy z przyjaciółmi.

Którzy mówili pani, że wszystko jest w porządku? Bo jeśli tak, to nie byli szczerzy.

- Nie. Byli dla mnie surowi. Na tym polega przyjaźń. Odbyłam kilka trudnych, ale potrzebnych rozmów.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama