Reklama

Reklama

Ewa Kubasiewicz-Houee: Nie spodziewałam się zbyt wiele po Wałęsie

Pamiętam taki ciężki moment w więzieniu w Grudziądzu, gdy chodziłyśmy po spacerniaku i ogarnęła mnie rozpacz. Byłam w więzieniu dopiero trzy miesiące i pomyślałam: "co będzie jeśli naprawdę będę musiała tu spędzić 10 lat?" - wspomina Ewa Kubasiewicz- Houee, jedna z ostatnich zwolnionych z internowania za działalność opozycyjną w stanie wojennym, w rozmowie z Piotrem Witwickim, redaktorem naczelnym Interii.

Piotr Witwicki: Spodziewała się Pani, że władza wprowadzi stan wojenny?

Ewa Kubasiewicz- Houee: - Czuliśmy, że związek zostanie zaatakowany i żądaliśmy od Wałęsy, by przygotować członków na zamach ze strony władzy. On się na to nie zgadzał.

Dlaczego?

- Miał inne plany. 12 grudnia byłam na zebraniu "gwiazdozbioru" ( tak nazywano skupioną wokół Andrzeja Gwiazdy część Zarządu Regionu "Solidarności"). Uzgodniliśmy treść dokumentu, który miał trafić do członków Związku. Nam się wtedy wydawało, że władza szykuje się do wprowadzenia stanu wyjątkowego i staraliśmy się przed nim ostrzec. Obrady trwały do pierwszej w nocy. Wracałam spokojnie do domu nie wiedząc, że mamy już wprowadzony stan wojenny.

Reklama

Obudził panią stan wojenny?

- Właściwie, to obudziła mnie moja ówczesna teściowa, która przybiegła do nas o 5 rano. Wiedziała, że jestem w domu i przestraszyła się, że mnie zaaresztują. Szybko zebrałam podstawowe rzeczy i poszłam na czwarte piętro do sąsiadów, którzy nie zajmowali się żadną działalnością opozycyjną.

Bała się pani?

- Tak. Czułam, że po czasie rodzącej się wolności nadciąga ciemna noc. To było przerażające.

Ale wiedzieliście, że władza w końcu odpowie na karnawał Solidarności.

- Tylko, co innego to sobie wyobrażać, a co innego zderzyć się z tym faktem. Niedzielę przeczekałam u mojej koleżanki artystki, a w poniedziałek rano poszłam do Wyższej Szkoły Morskiej. Ustaliliśmy już wcześniej, że gdy dojdzie do zamachu na Związek, to trzeba będzie zorganizować strajk generalny.

Zorganizowaliście strajk okupacyjny. Ile on trwał?

- Dwa dni. Wszystkie zakłady pracy dookoła padały. Do Stoczni Gdańskiej wjechał czołg, który rozwalił bramę. Czuło się, że kontynuowanie strajku już nie ma sensu.

Był strach.

- Ogromny, ale pragnienie życia w wolnym demokratycznym kraju było silniejsze. Te 1,5 roku naszej działalności sprawiło, że wszyscy byliśmy bardzo zdeterminowani. Już wcześniej liczyłam się z aresztowaniem, ponieważ byłam odpowiedzialna za wydawnictwa Solidarności Wyższej Szkoły Morskiej. Przekonaliśmy prorektora, by drukować pozycje z najnowszej historii, z których studenci mogliby się dowiedzieć, jak wygląda rzeczywistość w komunizmie. Wydawnictwa te nazwaliśmy Zeszytami Problemowymi. "Głos Wybrzeża" jeszcze przed stanem wojennym wzywał prokuraturę do zajęcia się tą sprawą.       

To miało wpływ na późniejszy wyrok? Dostała pani najwyższy wyrok spośród wszystkich opozycjonistów skazanych w czasie stanu wojennego.

- Z pewnością. Sąd Marynarki Wojennej zrobił pokazówkę. Chciano zastraszyć społeczeństwo.

Kobieta, wiceprzewodnicząca dostaje wyższy wyrok nawet niż przewodniczący komisji. Prokurator wnioskował o mniej lat dla Pani niż ostatecznie dał sąd.

- To mnie rzeczywiście zszokowało. Prokurator Wojcieszek żądał dla mnie 8 lat, a sędzia Grzybowski z Aleksandrem Głową i Andrzejem Finke skazali mnie na dziesięć lat więzienia i pięć lat pozbawienia praw publicznych. Jednak ani przez moment nie myślałam, że będę tak długo siedzieć w więzieniu. Jaruzelski ogłosił abolicję za wszystko, co się robiło przed 13. grudnia, a po tym czasie zdążyliśmy wydać tylko jedną ulotkę. 

PRL próbował utrzymać pozory legalności dlatego interesuje mnie, jak wyglądał sam ten wyrok i jego uzasadnienie.

- Nigdy nie wypieraliśmy się tej ulotki podpisanej przez przewodniczacego naszej Komisji Zakładowej Jerzego Kowalczyka i przeze mnie. Potępiliśmy w niej stan wojenny i apelowaliśmy do społeczeństwa, by się nie poddawać. To był jedyny dowód rzeczowy w naszej sprawie. W uzasadnieniu wyroku podkreślano, że jestem pracownikiem wyższej uczelni, co sprawia, że szkodliwość mojej działalności jest ogromna. Prokurator Wojcieszek podkreślał, jak negatywny wpływ mam na młodzież. Do procesu włączono grupę studentów drukujących nam tę ulotkę, w której znajdował się również mój syn Marek Czachor. Nikt nie potrafił jednak znaleźć dowodów przeciwko nam. Jako że nie potrafili niczego wykazać, to wymyślili, że był to po prostu wielki spisek trzech uczelni: Wyższej Szkoły Morskiej, Politechniki i Uniwersytetu.

CZYTAJ TEŻ: Anna Mieszczanek: Ten świat całkowicie się rozsypał

Ale mieli coś poza tą jedną ulotką?

- Nie, niczego więcej nie mieli. Później w jednym z reportaży na temat mojej sprawy sami pracownicy sądu nazwali to "zbrodnią prawniczą". Co nie przeszkodziło wszystkim tym, którzy mnie skazywali zrobić potem pięknych karier.

Śledziła pani ich losy?

- Sędzia Grzybowski został szefem Sądu Wojskowego w Poznaniu, a Aleksander Głowa wziętym adwokatem w Gdyni. Kiedy padł mur berliński, Niemcy usunęli z ważnych stanowisk skompromitowanych ludzi, a u nas nigdy nie zrobiono z tym porządku. Dopiero teraz się usiłuje to naprawić.

Ale to już za późno.

- Peerelowscy sędziowie przez nikogo nie niepokojeni przeszli spokojnie na emerytury, a ich miejsca zajęli ludzie przez nich wychowani. Często są to kariery z ojca na syna. W tej sprawie nigdy nie zrobiono porządku, co było wielkim błędem. W Niemczech po upadku komunizmu nikt nikogo nie wsadzał czy nie wieszał, ale odsunięto tych, którzy się splamili. Teraz mają święty spokój, a u nas się to ciągnie.

Wracając do materiału dowodowego. Pani nie dała się złamać na przesłuchaniu.

- Sami ubecy byli tym bardzo zmęczeni. Odmawiałam odpowiedzi, a gdy ciągle nalegali, to nad ranem napisałam im po prostu kartkę z oświadczeniem, że nie odpowiem na żadne pytanie i wreszcie dali mi spokój.

Była pani dzielna.

- Nie wiem czy byłam dzielna. Zasada była prosta: nic nie należało im mówić. Nic! Tego nauczyłam się od Gwiazdów. Andrzej zawsze powtarzał, że nie wolno odpowiedzieć na żadne pytanie. Cokolwiek się powie oni to przekręcą tak, żeby wyszło jak najgorzej. Czasem ludziom się coś wymknie i już to działa przeciwko nim.

W tym czasie zatrzymano też Pani syna.

- I przeprowadzali go w kajdankach, gdy byłam przesłuchiwana. Gdy chciałam do niego podejść, ubek mnie przytrzymał. Marek zdążył tylko powiedzieć: nie przejmuj się mamo.

Chcieli panią złamać synem.

- Tak. W czasie przesłuchania przyszedł jakiś inny ubek i powiedział: dzielny jest ten Marek, my z nim tak ostro, a on nic. Sugerowali, że go biją. Wiedziałam jednak, że nie mogę odpowiadać na żadne pytania i tego się trzymałam. Okazało się zresztą, że miałam rację, bo potem w więzieniu spotykałam dziewczyny, które powiedziały parę słów za dużo i kończyło się to dla nich bardzo źle.

Jak zapadł wyrok 10 lat, to nie myślała pani o tym, że historia, polityka zabiera pani życie.

- Pamiętam taki ciężki moment w więzieniu w Grudziądzu, gdy chodziłyśmy po spacerniaku i ogarnęła mnie rozpacz. Byłam w więzieniu dopiero trzy miesiące i pomyślałam: "co będzie jeśli naprawdę będę musiała tu spędzić 10 lat?"

Co było oparciem?

- Pomagało to, że jako polityczne siedziałyśmy razem w celach. Kryminalne były nam życzliwe i uważały, że nie zrobiłyśmy nic złego, ale siedzenie z nimi było ciężkie. Wkrótce władze więzienia połapały się, że przeciągamy je na swoją stronę i młode więźniarki zaczynają z nami sympatyzować. Wtedy nas od nich odizolowano. Jednak izolowano nas również między sobą. Skończyło się na tym, że byłyśmy w ciągu dnia cały czas zamknięte w swoich celach. Nawet na spacery wychodziłyśmy celami. Więźniarki kryminalne, także morderczynie, mogły w ciągu dnia spacerować między otwartymi celami, a my nie.

I tak czekało się na amnestię?

- Osoby skazane w mojej sprawie wyszły po mniej więcej roku. Ja nie miałam tego szczęścia.

Dlaczego?

- To był akt zemsty za mój list otwarty, który napisałam w lipcu 1982 roku. W tym czasie Polska starała się o pomoc międzynarodową i Jaruzelski wiedział, że muszą trochę poluzować. Stąd wpadli na pomysł, by osoby które przeproszą i wykażą skruchę mogły wyjść na wolność. Wystraszyłam się wtedy...

Akurat wiem, że pani się specjalnie niczego nie bała.

- Bałam się, że moi przyjaciele ze Szkoły Morskiej napiszą coś w mojej obronie. Wachlarz osób, które mogły to zrobić był dość szeroki. Nie chciałam wyjść za wszelką cenę i napisałam list otwarty do moich przyjaciół, by nie prosili dla mnie o łaskę. Nie czułam się winna i nie miałam zamiaru nikogo przepraszać. 

Napisała pani list z więzienia?

- Malusieńki gryps w plastiku wyniosłam w ustach na widzeniu z mężem. Mąż go przesłał na Zachód i Wolna Europa czytała go po kilka razy w ciągu dnia. Trochę ten list namieszał, bo podobno wiele osób, które chciały prosić o łaskę zrezygnowały z tego.

Przez to siedziała pani kilka miesięcy dłużej.

- Po 17 miesiącach więzienia w maju 1983 roku wyszłam "na wolność"

Jak pani ocenia Lecha Wałęsę?

- Bardzo negatywnie. Źle oceniałam go już, gdy byłam członkiem Zarządu Regionu. On blokował wszystkie nasze starania i miałam wrażenie, że idzie bardzo po linii władzy, ale nie podejrzewałam go o żadną współpracę. W ogóle w tamtych czasach nie myślałam takimi kategoriami. Nie mogłam zrozumieć czemu walczy z tymi, którzy chcieli by 21 postulatów sierpniowych było zrealizowanych. Dziś patrzę na to inaczej, bo nie ulega wątpliwości, że TW Bolek, to on.

Czuje się pani oszukana?

- Ja nie spodziewałam się zbyt wiele po Wałęsie. Gdyby on przyznał się do współpracy, wyznał że zrobił źle bo się bał, miał małe dzieci i go złamali, a w dodatku starał się to jakoś później naprawić, to może dziś już nie byłoby tego tematu. Ale on wbrew wszystkim faktom zaprzecza  i w dodatku atakuje historyków, którzy w tamtym czasie byli jeszcze dziećmi i nie byli związani z żadną opcją polityczną, tylko skrupulatnie wykonują swoją pracę, badają i analizują dokumenty.

Ale jak Wałęsa mógł funkcjonować, jako lider związku, który rozwala system i być współpracownikiem SB?

- Mógł funkcjonować, bo te fakty nie były wówczas znane. Służba Bezpieczeństwa miała go w garści. Tak to jest, że gdy ktoś kto podpisał współpracę i chce to zataić, jest ciągle zastraszany i musi robić co mu każą. Wałęsa wiedział, że oni to mogą w każdej chwili ogłosić. Myślę, że był pod szaloną presją. 

Pani też siedziała trochę nad tymi dokumentami...

- I okazało się, że w moim otoczeniu były trzy osoby, które na mnie donosiły.

Rozszyfrowała pani pseudonimy?

- Dwa spośród trzech. Wiem, że te osoby były szantażowane i zmuszane. Jedna z nich zaprzestała na jakiś czas współpracy, ale gdy zaczęła się Solidarność, to SB znów ją przechwyciło. Z tego po prostu bardzo trudno się oswobodzić.

Ewa Kubasiewicz- Houee: opozycjonistka za czasów PRL, autorka książek podróżniczo- historycznych z cyklu "Francja tajemnicza". Instytut Literatury właśnie wznowił jej książkę poświęcona Solidarności i stanowi wojennemu pt. Bez prawa powrotu.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy