Reklama

Reklama

Sok z buraka, pijawki i dwutlenek chloru. Czym "leczą się" antyszczepionkowcy?

Witamina C, aktywne srebro, bańki, pijawki, dwutlenek chloru - to najczęstsze sposoby "leczenia", z jakich korzystają przeciwnicy szczepień. Jednym z przykładów tego, jak tragiczne mogą być konsekwencje takich działań, jest śmierć Johanna Biacsicsa - austriackiego antyszczepionkowca, zwolennika "alternatywnej terapii" dwutlenkiem chloru. Okazuje się, że i w Polsce nie brakuje entuzjastów takich metod. - Negowanie istnienia koronawirusa obserwuję nawet wśród personelu medycznego. Spotykam kolegów, którzy dopiero na szpitalnym łóżku godzą się na leczenie, kiedy jest już naprawdę ostatni moment na wdrożenie odpowiednich metod. A wcześniej chodzili bez maseczek, nie szczepili się, uważali, że koronawirus to jakiś medialny wymysł - mówi Interii Hanna Goworowska, ordynator oddziału II zakaźnego Pomorskiego Centrum Chorób Zakaźnych i Gruźlicy.

Johann Biacsics, jeden z najbardziej znanych austriackich antyszczepionkowców, zmarł na COVID-19. Informacja o jego śmierci obiegła świat w ostatnią niedzielę. Mężczyzna był zwolennikiem "alternatywnej terapii" dwutlenkiem chloru - substancją, którą jest składnikiem wybielaczy, jest też używana do dezynfekcji wody.

- Ludzie mylą totalną wolność i swobodę jednostki z dyskredytowaniem podstaw nauki. Trudno dyskutować z antyszczepionkowcami, którzy mają takie podejście do życia i z góry zakładają, że koronawirus nie istnieje, nie chcą przyjmować szczepionek i sprawdzonych preparatów, a zamiast tego promują leczenie dwutlenkiem chloru - mówi Interii Hanna Goworowska, ordynator oddziału II zakaźnego Pomorskiego Centrum Chorób Zakaźnych i Gruźlicy.

Reklama

Zauważa, że przypadek antyszczepionkowca z Austrii to sztandarowy przykład tego, że takie "alternatywne leczenie" nie działa. Okazuje się, że w Polce także nie brakuje zwolenników takich metod.

Jak leczą się antyszczepionkowcy?

- Przynajmniej raz w tygodniu mamy do czynienia z kimś, kto na skutek jakiegoś "objawienia" chce leczyć ludzi aktywnym srebrem, miedzą czy krzemem. Pojawiają się też dziesiątki różnych innych substancji. Są też tacy, którzy uważają, że w początkowym etapie koronawirusa wyleczą się dużymi dawkami witaminy C, amantadyną albo azytromecyną - mówi prof. Krzysztof Simon z Rady Medycznej przy premierze.

Podkreśla, że takie metody są absurdalne i nie mają nic wspólnego z leczeniem. - Absolutnie tego zakazujemy. Leki, których skutki nie są uwiarygodnione, nie powinny być stosowane - alarmuje prof. Simon.


Hanna Goworowska dzieli się z Interią podobnymi obserwacjami. Zauważa, że wśród antyszczepionkowców pojawiają się też teorie, że tylko naturalne metody mogą zwalczać wirusa. Na jej oddział trafiali pacjenci, którzy leczyli COVID-19 m.in. kurkumą. - A prawda jest taka, że to wszystko opóźnia właściwe leczenie - mówi. Lekarka podkreśla, że na oddziale, który prowadzi, ma 70 łóżek i większość pacjentów z ciężkimi objawami to osoby niezaszczepione.

- Wśród nich są też ludzie młodzi, którzy nie wierzą w istnienie wirusa. Tacy pacjenci imają się różnych substancji. Jedna kobieta stosowała na przykład sok z buraka, który miał podnosić jej naturalną odporność, inna kurkumę, która rzekomo miała zniszczyć koronawirusa. Pojawiają się różne środki chemiczne. Jest też oczywiście amantadyna, która jest preparatem leczniczym, jednak przy jej stosowaniu nie wykazano znamiennego obniżenie replikacji wirusa i skuteczności w leczeniu - tłumaczy Goworowska.

Z amantadyną spotkała się większość rozmówców Interii. Wśród najpopularniejszych metod wymieniane jest też podawanie dużych dawek witamin.

- Wiara w takie leczenie przypomina mi słynne wsadzanie dziecka na trzy zdrowaśki do pieca. Oprócz bezsensowności użycia takich leków trzeba też pamiętać o ich szkodliwość. Mieliśmy przypadek uszkodzenia wątroby po zażywaniu - wydawałoby się, że zupełnie niegroźnych - leków roślinnych - opowiada doktor Lidia Stopyra, ordynator Oddziału Chorób Infekcyjnych i Pediatrii w Szpitalu im. Stefana Żeromskiego w Krakowie.

Niechętnie mówią o tym, czym się leczyli

Prof. Aleksander Garlicki, kierownik Oddziału Klinicznego Chorób Zakaźnych w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie podkreśla, że stan pacjenta zawsze musi ocenić lekarz. - Jeśli jest niepokojący, to pacjent kierowany jest do szpitala - mówi.

Prof. Garlicki zauważa, że pacjenci niechętnie przyznają się do tego, czym leczyli się wcześniej w domach. - Niechętnie mówią też o tym, dlaczego nie zdecydowali się na szczepienie - dodaje.

Zdarzają się i tacy, którzy nie chcą poddać się testowi na koronawirusa, mimo że mają ewidentne objawy choroby. Jak się tłumaczą? - Mówią, że to będzie dla nich niekorzystne, że nie będą mogli pracować, a ich bliscy trafią na kwarantannę. W takiej sytuacji nie ma żadnego mechanizmu, który zmuszałby pacjenta do zgłoszenia się na wymaz - mówi prof. Galicki. Dodaje, że im później chorzy docierają do szpitala, tym z cięższymi objawami się zmagają.   

O niechęci do przyznawania się do metod leczenia mówi też doktor Stopyra. Zauważa, że problem dotyczy także rodziców, którzy nie zawsze chcą otwarcie powiedzieć, czym leczyli swoje dzieci. Większość z nich jest laikami i nie potrafi właściwie ocenić pewnych naukowych prawd. - Na przykład przebieg COVID-19 u pacjenta, który ma niedobór witaminy D3, może być groźniejszy - to fakt. Nie znaczy jednak, że wszyscy rodzice powinni teraz podawać swoim dzieciom ogromne dawki tej witaminy, bo jeśli jej poziom u dziecka jest prawidłowy, to niepotrzebne podawanie nadmiernych ilości tej witaminy może doprowadzić np. do uszkodzenia nerek. Wszystko musi być stosowane z głową i pod kontrolą lekarza - podkreśla doktor Stopyra.

Podkreśla, że liczba fałszywych informacji, które krążą w internecie jest przerażająca, a rodzicom, którzy chcą dla swoich dzieci jak najlepiej, czasami trudno ocenić, kogo powinni słuchać. - Kiedy widzą, że dyrektor szkoły udostępnia informację o jakichś metodach leczenia, to z góry zakładają, że są one prawidłowe, bo ten człowiek jest dla nich autorytetem. Nie myślą o tym, że to nauczyciel np. nauczania początkowego, świetny w swoim fachu, ale nie ma żadnej wiedzy medycznej. Kiedy lecimy w samolocie, który ma awarię, to chcemy być w rękach doświadczonego pilota, a nie czytelnika powieści fantastycznych. W taki sam sposób powinniśmy myśleć o lekarzach - porównuje.

Lekarze, którzy nie wierzą w koronawirusa

Podawanie leków na własną rękę to tylko jeden z problemów, z którymi spotykają się lekarze walczący z koronawirusem. Kolejnym jest powrót do metod sprzed wielu lat. Jak opowiada prof. Krzysztof Simon, niedawno trafił do niego pacjent, który leczył COVID-19 bańkami. - Nie wiem, jak miało mu to pomóc, takie leczenie stosowało się przed II wojną światową. Są też tacy, którzy leczą się pijawkami. Pojawiają się coraz dziwniejsze wynalazki, a konsekwencje takiego podejścia są tragiczne - zauważa specjalista.

Takie działanie pogarsza stan zdrowia pacjentów, profesor podkreśla, że wszystkie niepotrzebne leki dodatkowo obciążają organizm. - Teraz przyjęliśmy 37-letnia pacjentkę, której płuca są całkowicie zajęte, a ona praktycznie nie ma już szans na przeżycie. W takim krytycznym stanie trafiają do nas ludzie, którzy próbują leczyć się na własną rękę, a później umierają. Do lekarza zgłaszają się dopiero wtedy, gdy choroba jest już rozkręcona i mają stan zapalny w płucach albo innych narządach, a my nie możemy im już pomóc - mówi prof. Simon.

O tragicznych skutkach oddalania terapii wspomina także ordynator oddziału II zakaźnego Pomorskiego Centrum Chorób Zakaźnych i Gruźlicy. Podkreśla, że dotyczy to nawet osób młodych bez chorób współistniejących. - W tej fali mamy bardzo dużo przypadków osób niezaszczepionych, które nie dopuszczały do siebie myśli o tym, że mogą zachorować, a kiedy to się stało, to przebieg choroby okazał się bardzo burzliwy i nie udało się im pomóc - przyznaje Goworowska.

- Obecnie dysponujemy remdesivirem - to preparat dożylny, który daje najlepsze efekty w leczeniu koronawrusa, jednak musi być podany w pierwszym okresie choroby. Niestety, rokowania pacjentów, którzy leczą się w domu i trafiają do nas po dwóch tygodniach z wysoką gorączką, biegunką czy niewydolnością wielonarządową, są zdecydowanie gorsze - tłumaczy Interii lekarka.

W jej opinii największym paradoksem jest negowanie istnienia pandemii przez pracowników służby zdrowa. - Spotykam kolegów, którzy dopiero na szpitalnym łóżku godzą się na leczenie, kiedy jest już naprawdę ostatni moment na wdrożenie odpowiednich metod. A wcześniej chodzili bez maseczek, nie szczepili się, uważali, że koronawirus to jakiś medialny wymysł - wymienia.

Jak mówi, "to taki paradoks, bo przecież widzą pacjentów pod respiratorami, którzy walczą o każdy oddech". Ich myślenie zmienia się dopiero wtedy, kiedy sami zachorują. - Wtedy godzą się na wszystko i mówią: "proszę mnie ratować". W ostatnim czasie sporo mieliśmy taki przypadków, osób z różnych opcji politycznych, z grup antyszczepionkowych, które trafiały do nas z ciężkim przebiegiem choroby - opowiada Interii.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL