Reklama

Reklama

Ukrainka: W Polsce czuję się zdrajcą

Wiktoria ma 23 lata i do Polski przyjechała kilka lat temu na studia z Czerkasów, położonych 200 km na południowy wschód od Kijowa. Wojna, jak wielu jej rówieśników, zastała ją za granicą swojego kraju. Kilka razy od wybuchu konfliktu udało jej się odwiedzić rodzinę. Po powrocie za każdym razem mierzy się z bólem. Żyje w strachu o bliskich i z ogromną nienawiścią do Rosjan. I coraz bardziej docenia, że tutaj jest bardziej bezpieczna.

Paulina Błaziak, Interia: Co czułaś, gdy po raz pierwszy od początku wojny przekroczyłaś granicę?

Wiktoria, Ukrainka: Pierwszy raz byłam w lipcu i nie spodziewałam się niczego. Po prostu wracałam do domu. Ale gdy wjechaliśmy już do Kijowa i zobaczyłam na żywo te wszystkie budynki, które kojarzyły mi się z tym że prawie jestem u siebie, a właściwie to, co z nich zostało, to pękło serce. Widzisz to wszystko w wiadomościach, przeżywasz, ale to nie to samo. Bo tam jest moja rodzina. I wtedy było we mnie jeszcze więcej nienawiści, złości, nie czułam się sobą.

Reklama

Nie jestem sobie w stanie wyobrazić, jaki to musi być szok.

- Jak zobaczyłam swój dom, to nie wierzyłam, że stoi. Ale najbardziej zszokowało mnie to, że ludzie nie reagowali już na alarmy. Taka obojętność. Może to wyniknęło z tego, że ja jestem tu, w bezpiecznym miejscu i byłam nieprzyzwyczajona. Dziwne uczucie, gdy nie czujesz się bezpiecznie w swoim mieście. Nie wiesz, gdzie uciekać, nie wiesz, co robić.  Pójdziesz do jakiegoś sklepu i nie wiesz, czy zaraz nie trafi tam rakieta. Ale ludzie chcą dalej żyć. W sierpniu byłam na weselu wujka, który jest w wojsku. Potem od razu wrócił na front do Doniecka.  Wesele było bez wody i prądu, bo Rosjanie zrzucili bomby. Przez kolejne trzy dni byliśmy bez niczego.

Doświadczyłaś później trudniejszych sytuacji?

- Za drugim, razem, jak pojechałam do domu w październiku, pierwszej nocy obudził nas wybuch. Było parę sekund, żeby się spakować. Łapałam byle co i uciekamy do piwnicy. Mama wchodzi i słyszę drugi wybuch. Nie bałam się, że mi się coś stanie, ale zaczęłam się martwić o rodziców, zwłaszcza o mamę. Tata jest wojskowym, więc wiedziałam, że sobie poradzi. Został na górze, powiedział, że w razie gdyby coś się wydarzyło, to ktoś ma żyć. Potem trzeci wybuch.

Strach wtedy paraliżuje?

- Nie, to była bardziej obojętność. Od początku wojny strach jest codziennie i ona się "włączyła" sama z siebie. Nie bałam się, że się coś ze mną stanie. Śmierć to śmierć. Ja się w głowie pożegnałam z rodzicami kilkukrotnie, ale to nie oznacza, że gdyby "to" nastąpiło, to wiem, jak będę się zachowywać. Jak widziałam te wszystkie filmiki [z wojny - red.], to wydawało mi się, że to przetworzyłam. Myślałam, że jak już pojadę do domu, to nie będę reagować. Ale jak przejeżdżaliśmy przez Buczę, to na żywo przeżywasz to zupełnie inaczej.

Znów zapytam o emocje.

- Czułam złość. Zabiłabym wtedy Rosjanina na miejscu. Sama siebie nie poznawałam, jak mogę kogoś tak nienawidzić. Najbardziej przeraziło mnie to, że oni potrafią gwałcić dzieci. Jak ja słyszę, że robią to z dwu-, trzymiesięcznym dzieckiem... Starałam się zrozumieć, po co oni to robią, ale za każdym razem, gdy czytałam, to wybuchałam. Wycinać męskie genitalia i to jeszcze nagrywać?! Moja babcia opowiadała mi, że Rosjanie w czasie II wojny robili wszystko, co chcieli. Teraz jest to samo. Jak widzę Rosjanina, widzę zgwałcone nasze kobiety i dzieci. Jechałam przez Buczę tą drogą, gdzie leżały wcześniej nagie, zgwałcone ciała. Znam tę drogę i jak wjeżdżaliśmy, to te wszystkie zdjęcia i filmy miałam przed oczami. Teraz to jest walka ze sobą, gdy rozmawiam z Białorusinami po rosyjsku.

Nie chcę być adwokatem diabła, ale nie każdy Rosjanin myśli tak samo.

- Wiem. Ale dla mnie już nie ma normalnych Rosjan. Miałam znajomych z Rosji. Niektórzy do tej pory obserwują mnie na social media. Nic nie komentują, nawet wtedy, gdy piszę mocne teksty w ich stronę.

Rodzina chce, żebyś wracała do Polski?

- Jak przyjechałam do mamy, to chciała mnie nawet wygonić z domu. Za to gdy ona była u mnie w połowie marca, widziałam przerażenie w jej oczach. Jak wyszłyśmy z mieszkania, leciał akurat samolot, cywilny. Nie poznałam jej.  Zaczęła szukać czegokolwiek, gdzie mogłaby się schronić. Mówię do niej, ona nie reaguje. Wyłączyła się. A u mnie wzrosła jeszcze bardziej nienawiść. Dopiero po dwóch tygodniach poczuła się troszkę bezpieczniej.

Spodziewałaś się wojny?

- Wiedziałam, że będzie wojna od października 2021 roku. Jeżeli oligarchowie uciekają, to było wiadomo, że coś się wydarzy. Pochodzę z wojskowej rodziny i dostawaliśmy już wcześniej sygnały, że coś się dzieje. Nasze wojsko przygotowywało się do "czegoś większego". Ale nasze społeczeństwo było podzielone. Większość nie wierzyła, że będzie wojna. Ludzie spodziewali się bardziej sankcji, ale nie tego, żeby rzucać bombę w centrum stolicy. Nie panikowałam, ale wiedziałam, że to i to może się wydarzyć. Szczerze, to ja się w głowie pożegnałam z rodzicami, zanim to wszystko się zaczęło. Zrobiłam nawet plan. Myślałam, co wtedy zrobię - czy się przeprowadzę, czy zabiorę ciała... To było okropne. Po miesiącu jak trochę ochłonęłam, pomyślałam, jak jeszcze od tego wszystkiego nie zwariowałam.

Tu jesteś bardziej bezpieczna, a tam jest twoja rodzina. Gdzie jest Ci łatwiej?

- W Polsce czuję się zdrajcą. Tam cierpi mój naród, a ja siedzę tu w spokoju. Dlatego ja tu cały czas pomagam. Najpierw pakowaliśmy odzież. Po miesiącu "poszliśmy w uzbrojenie". To były prywatne zbiórki wśród znajomych Ukraińców. Jak usłyszeliśmy, że ciężarówka dojechała na miejsce, to była olbrzymia radość i zapominasz o tej nienawiści. Zapominasz też o swoich potrzebach i nie nadążasz. Miałam taki moment, że po prostu padłam i doszłam do wniosku, że muszę zaopiekować się sobą.

Dajesz sobie do tego prawo?

- Dałam po pół roku. Stwierdziłam, że nie nadążam, a muszę skutecznie działać i nie będę tego robić niewyspana. Zaczęliśmy filtrować informacje. Po dwóch miesiącach doszliśmy do wniosku, że się wykończymy, działając tak, że rzucamy się na wszystko.

Nie da się tak funkcjonować non stop.

- Wiem, ale to, że pomagaliśmy i to, że tak się zjednoczyliśmy, to mnie trzymało. Mocno też na początku trenowałam. Chciałam pójść do psychologa, ale w końcu się nie zdecydowałam. Pomogły mi rozmowy ze znajomymi Ukraińcami tutaj.

A w Ukrainie, o czym rozmawiasz?

- O wszystkim innym, tylko nie o wojnie. Bo ludziom chce się wrócić do normalnego życia. Teraz każde spotkanie z kimś to jest tak, jakby to był ostatni raz. A ja chcę rozmawiać o wojnie, bo mam wrażenie, że ludzie uciekają od rzeczywistości. Musimy zdać sobie sprawę, że to się dzieje. Jak o tym mówię, to jest mi łatwiej. Jak nie będę mówić, to zamknę się w sobie. Muszę o tym rozmawiać i być na bieżąco ze wszystkim.

Nie przytłacza Cię to? Śledzisz informacje, dostajesz wiadomości... 

- Tak, ale za każdym razem myślę: ty tylko czytasz wiadomości, a oni tam walczą na żywo. W pewnym momencie stwierdziłam - to się dzieje. Staram się filtrować informacje. W pierwszym miesiącu wojny moja mama mi powiedziała: jeżeli by się coś wydarzyło, zdawaj sobie sprawę, że ty musisz być szczęśliwa. Zadawałam sobie pytanie - czy mam prawo czuć się inaczej, skoro oni tam walczą, a tu świeci słońce i rakiety nie latają?

Miałaś w sobie chęć zemsty za to wszystko?

- Miałam, ale teraz zdałam sobie sprawę, że już nie mam. Wierzę, że jeśli ktoś zrobi coś złego, to do niego wróci. I to się zaczyna dziać. Wujek walczy na wschodniej części i stamtąd do mnie pisał: pamiętaj, że my jesteśmy Ukraińcami, że wygramy. Od początku wojny nie było ani sekundy, abym w to wątpiła.

Planujesz zostać w Polsce?

- Teraz tak. Kilka lat temu przyjechałam tu i chciałam wracać po studiach. Miesiąc temu stwierdziłam, że wojna będzie jeszcze trwać, może nawet latami. Więc pomagam. I powiedziałam mamie, że czuję się tu jak w domu.

(Ze względów bezpieczeństwa nazwisko rozmówcy zostało podane wyłącznie do wiadomości redakcji).

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy