Reklama

Reklama

Trump wsadza Clinton do więzienia, czyli druga debata prezydencka w USA

Donald Trump i Hillary Clinton podczas drugiej debaty /Pool /Getty Images

Kiedy człowiek staje się najgroźniejszy? Gdy jest ranny i nie ma nic do stracenia. W takiej sytuacji znalazł się Donald Trump. I w niedzielnej, drugiej debacie prezydenckiej mocno pokąsał Hillary Clinton.

Debata, którą zorganizowano 9 października w St. Louis, była znacznie ostrzejsza niż pierwsza. Donald Trump atakował już bez żadnych zahamowań.

Kontekst

Reklama

Kandydaci przystępowali do debaty osłabieni kolejnymi wyciekami, które nadają rytm tej kampanii wyborczej.

Po tym jak ujawniono "taśmy Trumpa", miliarder przeżywał najtrudniejsze dni, od kiedy ogłosił, że zamierza ubiegać się o prezydenturę.

Taśmy pochodzą z 2005 roku. Miliarder nie wiedział, że jego mikrofon jest włączony i w autobusie, przed nagraniem programu telewizyjnego, przechwalał się swoimi podbojami erotycznymi.

"Wiesz, kiedy widzę piękną kobietę, jestem automatycznie nią zainteresowany. Po prostu zaczynam ją całować. To działa jak magnes. Nawet nie czekam. Kiedy jesteś gwiazdą, pozwalają ci na to. Możesz robić, co chcesz. Możesz je łapać za c...ę. Możesz wszystko" - perorował Trump.

Jego seksistowskie wywody zszokowały nie tylko przeciwników Trumpa, ale i republikanów, którzy otwarcie zbuntowali się przeciwko swojemu kandydatowi. Była sekretarz stanu Condoleezza Rice oświadczyła, że powinien zrezygnować z kandydowania, senator John McCain wycofał swoje poparcie, miliardera skrytykował nawet kandydat na wiceprezydenta - Mike Pence.

Ale i Hillary Clinton miała swoje, nazwijmy to, skrypty prawdy.

Serwis Wikileaks opublikował maile z fragmentami płatnych przemów kandydatki demokratów dla wielkiego biznesu i instytucji finansowych.

Potwierdziło się to, o co Clinton była oskarżana - kandydatka nie tylko jest blisko z tym środowiskiem związana, ale również gotowa wyświadczać finansjerze przysługi w zamian za wpłaty na kampanię wyborczą. W jednej z przemów, powołując się na Abrahama Lincolna, wprost oznajmiła, że czym innym jest jej publiczne stanowisko a czym innym jej prywatne zdanie. Podczas gdy na szlaku wyborczym oskarża Wall Street o kryzys finansowy i sprzeciwia się umowie TPP, na zamkniętych spotkaniach podkreśla, że obwinianie sektora bankowego o kryzys to "nieporozumienie", a wolny handel, w tym umowa TPP, jest jej "marzeniem".

Obrona poprzez atak

Obie powyższe sprawy wypłynęły podczas niedzielnej debaty i, co ciekawe, w obu przypadkach to Donald Trump był stroną atakującą.

Kandydat mógł się spodziewać, że temat "taśm prawdy" zostanie podjęty i był na to gotowy.

Trump oznajmił, że jego przechwałki były wyłącznie "gadką z męskiej szatni", powiedział, że żałuje swojego zachowania i po kuriozalnej wstawce na temat ISIS przeszedł do ofensywy. Kandydat republikanów przyprowadził na widownię trzy kobiety oskarżające Billa Clintona o wykorzystywanie seksualne i gwałt.

"Moje słowa to wciąż tylko słowa. Bill Clinton wykorzystywał kobiety a Hillary Clinton je później niszczyła. Mamy moje słowa przeciwko ich czynom" - atakował Trump.

Co na to Hillary? Kandydatka zacytowała słowa Michelle Obamy, która apelowała, by nie zniżać się do poziomu personalnych połajanek ("When they go low, we go high" - mówiła pierwsza dama).

Z kolei, gdy na wokandzie pojawiły się przemowy Clinton dla finansjery, kandydatka przypomniała, że cytowała prezydenta Lincolna.

"Okłamałaś swoich wyborców i zwalasz winę na staruszka Lincolna" - ripostował Trump, a publiczność, wbrew dyspozycjom, wybuchnęła śmiechem.

Clinton odwinęła się, przypominając, że Trump nie ujawnia swoich zeznań podatkowych i wszystko na to wskazuje, że nie płaci podatków.

"Czy korzystał pan z luk podatkowych?" - pytał Trumpa współprowadzący debatę Anderson Cooper.

"Tak. A wiecie, kto jeszcze tak robi? Przyjaciele Hillary Clinton. Ci, którzy przekazują jej ogromne datki. Dlaczego nic z tym nie zrobiłaś jako senator? Powiem ci, dlaczego. Żeby mieć od nich kasę na negatywne spoty o Donaldzie Trumpie" - kontratakował kandydat.

Clinton dość niepewnie broniła się, przypominając, że była senatorem w czasach prezydentury republikanina - George'a W. Busha.

"Gdybyś była skuteczna, tobyś potrafiła przeprowadzić zmiany. Przez 30 lat - wyłącznie słowa, żadnych czynów (all talk, no action)" - mówił Trump.

Dwie strategie

Hillary Clinton na ataki starała się odpowiadać siłą spokoju. Trendy w sondażach i dynamika kampanii były dla niej korzystne. Liczyła więc, że Trump sam się pogrąży, że sam z siebie powie coś kompromitującego.

Często jednak nie wiedziała, co odpowiedzieć na szybkie riposty konkurenta, brakowało jej refleksu.

Zdarzało się, że odpowiadała na zaczepki Trumpa protekcjonalnie - kręciła pobłażliwie głową, jakby reagowała na kolejny wybryk niesfornego ucznia i wzruszając ramionami, przekonywała, że "Donald żyje we własnym świecie".

Kandydatka demokratów częściej jednak odpowiadała na temat, nawiązywała kontakt z wyborcami, którzy zadawali pytania, jej odpowiedzi miały więcej treści, więcej konkretu - Trump często ograniczał się do określenia obecnego stanu jako "katastrofalnego", Clinton wchodziła w szczegóły i przedstawiała propozycje rozwiązań.

Należy pamiętać, że Donald Trump przystępował do debaty mocno poraniony, zwłaszcza reakcją Partii Republikańskiej na jego erotyczne przechwałki z 2005 roku.

Miliarder początek debaty miał niepewny, chaotyczny. Zapytany o taśmy, zanim przystąpił do ataku na Billa Clintona, zaczął nagle mówić o terrorystach z ISIS odcinających głowy ofiarom. Jego wywód nie miał większego sensu. Później jednak poraniony Trump nabierał wiatru w żagle i tym razem atakował już bez kurtuazji, jaką prezentował w pierwszej debacie.

"Nie chciałabym, żeby ktoś taki jak Donald Trump odpowiadał za wymiar sprawiedliwości" - powiedziała w pewnym momencie Hillary Clinton.

"Bo wtedy siedziałabyś w więzieniu" - ripostował Trump.

Kandydat ewidentnie ściągnął rękawice. Zresztą już samo przyprowadzenie domniemanych ofiar Billa Clintona było sygnałem, że tym razem będzie "na ostro".

Trump zapowiedział, że jako prezydent poleci, by prokuratura zajęła się działaniami Clinton. Wyciągnął sprawę 33 tys. skasowanych e-maili, bliskich związków Clinton z Wall Street, wykorzystywania stanowiska sekretarza stanu do wzbogacenia się, śmierć amerykańskich dyplomatów w Bengazi. Działalność Clinton w administracji Baracka Obamy przedstawił jako pasmo niepowodzeń i błędnych decyzji.

Miliarder walczył nie tylko z Clinton, ale i z prowadzącymi debatę - Andersonem Cooperem i Marthą Raddatz.

"Anderson, dlaczego nie pytasz jej o e-maile?", "Aha, czyli ja nie mogę przekroczyć czasu o sekundę, a kiedy ona mówi minutę za długo, to jej nie przerywacie", "Mogę się do tego odnieść? Nie? Fajnie, troje na jednego" - komentował Trump. Jego zarzuty nie były bezpodstawne, bowiem prowadzący rzeczywiście traktowali go surowiej niż Clinton (inna sprawa, że często nie odpowiadał na pytania).

Obserwatorzy sympatyzujący z Hillary Clinton - m.in. reżyser Michael Moore - byli rozczarowani, że przez 90 minut nie wyprowadziła żadnego nokautującego ciosu.

Ale dość tych bokserskich metafor. Debata, wbrew pozorom, dotyczyła również spraw najistotniejszych. Po raz kolejny między kandydatami zaznaczyły się wyraźne różnice programowe.

Kto dobry a kto zły w Syrii

Kandydaci przedstawili zupełnie inne spojrzenie na służbę zdrowia, wojnę w Syrii i podatki.

Jeśli chodzi o służbę zdrowia, Trump uważa Obamacare - system ubezpieczeń zdrowotnych wprowadzony przez Baracka Obamę - za "katastrofę" i chce całkowicie sprywatyzowanej służby zdrowia, w której wolna konkurencja wyznacza jakość i ceny usług medycznych.

Hillary Clinton zamierza natomiast korygować Obamacare, a nie likwidować. Oboje jednak nie wprowadzą w Stanach publicznej służby zdrowia na wzór europejski. Zatem leczenie pacjentów wciąż będzie się opierało przede wszystkim na dążeniu do osiągnięcia jak największych zysków przez firmy ubezpieczeniowe i placówki medyczne.

W przypadku wojny w Syrii Donald Trump znów zaprezentował wyraźnie prorosyjskie stanowisko. Skrytykował dozbrajanie rebeliantów i zasugerował wsparcie działań Rosji, prezydenta Baszara al-Asada i Iranu, którzy, według Trumpa, "walczą z ISIS".

Trump zapewnił, że nie ma biznesowych powiązań z Rosją i podkreślił, że zależy mu na jak najlepszych stosunkach z tym krajem.

Hillary Clinton mówiła całkowicie co innego. O dramatyczną sytuację w Syrii obwiniła właśnie Rosję i syryjski reżim. Zasugerowała, że zakończenie wojny może się odbyć na drodze rozmów USA-Rosja, ale konieczna jest "negocjacyjna przewaga" nad Moskwą. Zadeklarowała, że "postawi się Putinowi".

Wreszcie trzecia oś sporu - podatki. Hillary Clinton, pragnąc przejąć wyborców Berniego Sandersa, zapowiada, że miliarderzy i korporacje "zaczną wreszcie płacić uczciwą składkę" podatkową.

W zupełnie innym tonie wypowiada się Donald Trump, który chce obniżyć podatki dla korporacji z 35 proc. do 15 proc., nazywając to "największą obniżką w dziejach kraju". Trump domaga się również daleko idącej deregulacji, a więc sugeruje kierunek zupełnie odwrotny od proponowanego przez Clinton.

I co teraz?

Po pierwszej debacie, po skandalu z wyciekiem taśm, a zwłaszcza po reakcji republikanów na ten skandal, obserwatorzy byli skłonni rozstrzygnąć już wyścig na korzyść Hillary Clinton, z drobną "formalnością" do dopełnienia 8 listopada.

W niedzielę jednak Donald Trump udowodnił, że z nożem na gardle i pozbawiony skrupułów jest dla Hillary Clinton najbardziej niebezpieczny.

Ostatnia debata odbędzie się 19 października w Las Vegas.

Czytaj więcej na temat wyborów w USA

Dowiedz się więcej na temat: debata | Hillary Clinton | Donald Trump

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy