Reklama

Reklama

​I po Superwtorku. Jak doszło do #Joementum?

We wtorek, 3 marca, Amerykanie byli świadkami jednego z najbardziej spektakularnych powrotów w historii kampanii wyborczych. Joe Biden, po wielce udanym Superwtorku, zmierza po prezydencką nominację Partii Demokratycznej. Kandydat status quo okazał się lepszy od kandydata protestu.

Przypomnijmy, że w tzw. Superwtorek w prawyborach Partii Demokratycznej głosowali mieszkańcy aż 14 stanów naraz. 77-letni były wiceprezydent Joe Biden wygrał w dziewięciu z nich (w chwili, gdy piszę te słowa, może jeszcze zgarnąć Maine).

Reklama

Bernie Sanders, 78-letni senator z Vermont, raptem tydzień wcześniej faworyt prawyborów, na osłodę zwyciężył w największym ze stanów - Kalifornii - a także w Utah, Kolorado i u siebie w Vermont. Ale prowadzenie jeśli chodzi o liczbę delegatów objął już Biden. Trzeba oczywiście poczekać na ostateczny podział delegatów w Kalifornii, co może nawet zająć kilka tygodni, ale to przy Joe Bidenie jest teraz modne w publicystyce politycznej słowo "momentum". Mówi się nawet o "Joementum", opatrując ów neologizm stosownym hasztagiem.

Tutaj znajdziecie zapis naszej relacji live z Superwtorku

Falstart i powrót

Joe Biden zaczął prawybory fatalnie - czwarte miejsce w Iowa, piąte w New Hampshire, drugie w Nevadzie. Wydawał się pobity, a jego kampania w rozsypce.

Ale tuż przed wyborami w Karolinie Południowej jego notowania zaczęły gwałtownie zwyżkować. Dobrze wypadł w debacie w tym stanie. Wyborcy niechętni Berniemu Sandersowi zaczęli na niego stawiać. Podobnie jak partia. Poparcia udzielił mu niezwykle popularny w Karolinie Południowej Kongresmen Jim Clyburn. Joe Biden wysoko wygrał w tym stanie, a chwilę później był już Superwtorek.

Tuż przed Superwtorkiem z wyścigu wycofali się Pete Buttigieg i Amy Klobuchar. Oboje "przekazali" swoje poparcie Bidenowi. Byłego wiceprezydenta wsparł także popularny wśród teksańskich demokratów Beto O'Rourke. Wyborcy widzieli, jak całe partyjne centrum wskakuje na łajbę, której kapitanem jest Biden. I też postanowili na nią wskoczyć.

Wyborów jednak nie można kupić

Zwycięstwo Bidena w Superwtorek jest o tyle imponujące, że wygrał on w stanach, w których nawet nie próbował wygrać! W Minnesocie czy Massachusetts nie był ani razu i nie emitował tam żadnych spotów. Wirginię też wcześniej odpuszczał, a ostatecznie wygrał wysoko. 

O skali triumfu świadczą też wydatki na kampanię - Mike Bloomberg przeznaczył na reklamy wyborcze w "superwtorkowych" stanach 235 mln dolarów. Bernie Sanders - 18,4 mln. Joe Biden? Tylko 2,2 mln. To ważna konstatacja - nawet w Stanach wyborów nie można kupić. Choć oczywiście bez pieniędzy na kampanię też niczego się nie zdziała.

Przykład Bloomberga jest symptomatyczny - podkupywał konkurentom najlepszych sztabowców, prowadził najbardziej zaawansowaną operację, miał najlepsze bazy danych, najlepsze algorytmy, najwięcej biur. Ale jak wyborcy chcą głosować na kogoś innego, to zagłosują. Nie do przecenienia jest waga tej obserwacji.

Powodów może być kilka

Jak Joe Biden dokonał tego politycznego cudu? Przede wszystkim jest lubiany. Nie budzi takiej ekscytacji wśród zwolenników jak Sanders (to wprost wynika z badań), ale wyborcy mu ufają. Cieszy się ogromną przewagą wśród ludzi starszych, którzy nie chcą socjalisty jako nominata, a także wśród Afroamerykanów, którzy kojarzą Bidena z administracją Baracka Obamy. We wtorek do wyborów poszło znacznie więcej osób starszych niż młodych. A na południu Biden wręcz zmiażdżył Sandersa wśród czarnoskórych (wygrywając o ponad 50 pkt proc.!), co wprost budzi skojarzenia z prawyborami w 2016 r., kiedy to Hillary Clinton w podobnych proporcjach wygrywała z Sandersem w tej grupie wyborców.

Warto zwrócić także uwagę, że w wielu wtorkowych stanach wyborcy deklarowali, iż system należy odrobinę skorygować, a niekoniecznie go rozwalać. Niezależnie od skali absurdów w amerykańskiej ochronie zdrowia, niezależnie od tego, jak bardzo ślepe i kulawe jest w USA prawo pracy, wielu wyborców jest zainteresowanych tym, żeby zostało mniej więcej tak jak jest. Sanders ma wprawdzie prawo do satysfakcji, bo większość głosujących popiera jego program "Medicare for All" - powszechnej, publicznej opieki zdrowotnej - jednak bardzo istotny odsetek demokratów nie chce rewolucji, nie chce zmiany systemu. I te głosy Biden pozbierał w całości.

Ponadto bardzo wysoka frekwencja w Wirginii połączona ze świetnym wynikiem Bidena sugeruje, że ruch na rzecz zatrzymania Sandersa ma miejsce nie tylko w establishmencie Partii Demokratycznej, ale także wśród samych wyborców. Perspektywa nominacji dla Sandersa ewidentnie mobilizuje masę przeciwnych mu, głównie starszych mieszkańców. W drugą stronę ten mechanizm zdaje się nie działać w takim samym stopniu (patrz: średnia mobilizacja młodych demokratów).

Z tych powodów teraz to Joe Biden mknie po nominację, choć, oczywiście, długa droga przed nim. Bernie Sanders już zapewne opracowuje nową strategię i można się spodziewać, że przejdzie do kontrofensywy. Choćby jeszcze intensywniej przypominając głosowania Bidena za wojną w Iraku czy za cięciami w świadczeniach.

Joe "nic się zasadniczo nie zmieni" Biden

Jaka byłaby ewentualna prezydentura Joe Bidena, gdyby zdołał pokonać najpierw Berniego Sandersa, a później również Donalda Trumpa jesienią?

Najtrafniej ujął to sam Biden, który w czerwcu 2019 r. zapewnił swoich wpływowych sponsorów na zamkniętym spotkaniu: "Nic się nie zmieni w zasadniczy sposób".

Nie ma co udawać, że jest inaczej - Joe Biden to przede wszystkim kandydat status quo i sentymentu za Barackiem Obamą. Amerykanie zdecydują, czy tego właśnie chcą.

Michał Michalak

Obserwuj autora na Twitterze


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje