Reklama

Reklama

​Czy Elizabeth Warren ma szanse

Elizabeth Warren ogłasza zamiar startu w prawyborach, stojąc przed swoim domem w Cambridge w stanie Massachusetts /AFP

69-letnia senator z Massachusetts jako pierwsza spośród prominentnych polityków Partii Demokratycznej ogłosiła zamiar kandydowania w prezydenckich prawyborach. W obiegowej opinii nie ma większych szans na zdobycie nominacji. Czy rzeczywiście tak jest?

Reklama

Niepozorna, lekko przygarbiona i obdarzona cichym głosem Elizabeth Warren to profesor prawa z Harvardu. Specjalizuje się w prawie upadłościowym i handlowym. W tych dziedzinach jest jednym z najczęściej cytowanych naukowców w USA.

Reklama

Jednak od czasu kryzysu z 2008 roku Warren coraz bliżej było do polityki, czego kulminacją było dostanie się do Senatu z Massachusetts w 2012 roku, kiedy to odbiła mandat z rąk republikanina.

Wcześniej była ekspertką Kongresu i przez lata mocno zabiegała o stworzenie urzędu ochrony konsumentów. W 2011 roku urząd (CFPB) wreszcie powstał, a Barack Obama zaproponował Warren pracę na eksponowanym stanowisku w tej właśnie instytucji.

Swoimi przesłuchaniami w Kongresie - najpierw jako ekspertka, później jako senator - Warren zyskała sławę kobiety, która rzuciła wyzwanie Wall Street, wielkim bankom, miliarderom.

Warren bezwzględnie punktowała przekręty, korupcję, hipokryzję i bezkarność wielkiego biznesu, wprawiając w niemałe zakłopotanie przesłuchiwanych prezesów.

Pierwszy "prezydencki" spot Elizabeth Warren jasno wskazuje, że sprawy gospodarki i podziału "tortu", jakim jest dochód narodowy, znajdą się w centrum jej kampanii.

Warren należy do grupy polityków stawiających za wzór powojenny "nowy ład", państwo dobrobytu z wysokimi podatkami dla najbogatszych, stawiając je w opozycji do republikańskiej deregulacji i ideologii wolnego rynku.

Opowiadanie się za silną regulacją Wall Street, ochroną konsumentów i pracowników, sprawiło, że zaczęto ją przypisywać do lewego skrzydła demokratów, nazywanego w USA skrzydłem "progresywnym". Jej liberalny światopogląd ugruntowuje tę ocenę, choć pojawiają się zarzuty, że nie jest wystarczająco progresywna. W największym skrócie - o Warren mówi się na lewicy, poniekąd złośliwie, że chce budować kapitalizm z ludzką twarzą, podczas gdy Bernie Sanders, senator z Vermont i drugi lider lewicy w USA, chce "demokratycznego socjalizmu".

Wymowny zdaje się fakt, że w poprzednich prawyborach demokratów Warren ostatecznie poparła lawirującą Hillary Clinton, a nie bliższego ideowo Berniego Sandersa.

Oficjalnie Sanders i Warren współpracują i się wspierają, da się jednak wyczuć pewien element konkurencji między nimi. 77-letni Sanders wciąż nie zadecydował, co zrobi w 2020 roku (wystartuje, poprze Warren czy namaści kogoś innego), a to może mieć kluczowe znaczenie dla szans senator z Massachusetts.

Szans, które w ostatnich miesiącach Warren sama podkopała cokolwiek żenującą historią z dowodzeniem indiańskich korzeni.

Warren niejednokrotnie wspominała, że w jej żyłach płynie indiańska krew i że jest z tego dumna. Donald Trump nieprzesadnie subtelnie wykpiwał te twierdzenia i ochrzcił Warren mianem Pocahontas. Zdenerwowana Warren w końcu zrobiła badanie DNA i triumfalnie obwieściła, że zdobyła niepodważalny dowód na to, iż jej przodkowie (sześć do 10 pokoleń wstecz) byli rdzennymi Amerykanami. Warren nie wiedziała jeszcze, że strzeliła sobie w kolano.

Najpierw odcięli się od niej Indianie - a konkretnie plemię Czirokezów, z którego rzekomo miała się wywodzić. Ona nie jest jedną z nas i co to w ogóle za pomysł, żeby biali, szermując badaniami DNA, twierdzili nagle, że są Indianami - tak w skrócie można zsyntetyzować ich stanowisko.

Warren nie pomyślała również o tym, że sama idea robienia sobie "testów na rasę" jest generalnie źle odbierana i bardzo źle się kojarzy.

Senator zresztą w rozmowach ze współpracownikami miała przyznać, że popełniła błąd i zniszczyła swoje relacje z rdzennymi Amerykanami.

Wpadka Warren z całą pewnością przyczyniła się do tego, że tak wcześnie ogłosiła zamiar startu w prawyborach i może już zbierać fundusze na kampanię. Musi po prostu odrabiać poniesione straty wizerunkowe.

Formalnie Warren zapowiedziała powołanie "komitetu eksploracyjnego" pod kątem wyborów prezydenckich w 2020 roku. "New York Times" słusznie odseparował tę asekuracyjną nomenklaturę pozwalającą ogłaszać start co najmniej dwa razy i wprost wybił w swoim nagłówku: "Elizabeth Warren startuje na prezydenta".

Warren ma więc czas, by zacząć gonić konkurentów w sondażach. Badania przeprowadzane wśród wyborców demokratów wykazują dwóch liderów wyścigu: byłego wiceprezydenta Joe Bidena (21 proc. w ostatnim sondażu) i kongresmena z Teksasu Beto O’Rourke’a (21 proc.), który niedawno rywalizował z republikaninem Tedem Cruzem o mandat w Senacie. O’Rourke przegrał, ale wyścig był niespodziewanie zacięty, a kampania charyzmatycznego 46-latka bardzo dobrze oceniana.

Trzeci w najnowszym sondażu jest Bernie Sanders (16 proc.), a dopiero czwarta Elizabeth Warren (7 proc.).

Jednak gdy wgryziemy się w szczegółowe dane, zauważymy pewne obiecujące dla Warren detale. W badaniu Suffolk dla "USA Today" pytano demokratycznych wyborców, czy są "podekscytowani" danym kandydatem czy też "nie powinien on startować". Ekscytacja to silniejsza emocja niż "poparcie" czy "zaufanie", a "nie powinien startować" to również coś innego niż zwyczajne "nie popieram"; badano więc w dużej mierze potencjał poszczególnych kandydatów. Okazało się, że o ile Warren kiepsko wypada wśród białych wyborców (24 proc. "ekscytacji" i 41 proc. wskazań "nie powinna startować"), to jej notowania wśród mniejszości etnicznych, arcyważnej grupy wyborców Partii Demokratycznej, są intrygujące. Wśród Afroamerykanów - 39 proc. do 18 proc., wśród Latynosów - 38 proc. do 10 proc.

Dlaczego miałoby to cieszyć Warren, skoro Joe Biden w obu tych grupach bije ją na głowę? Liczby te zadają bowiem kłam popularnej w 2016 roku teorii, że przesłanie ekonomiczne, związane z nierównościami i nadużyciami wielkiego biznesu, nie trafia do mniejszości, że nie są one zainteresowane tymi sprawami. Formułowano ten pogląd, gdy Bernie Sanders przegrywał z Hillary Clinton wśród Afroamerykanów niejednokrotnie stosunkiem 80-20 czy nawet 90-10. Warren w swojej narracji koncentruje się na odpowiedzialności Wall Street, a mimo to spory odsetek Afroamerykanów i Latynosów jest "podekscytowany" jej startem. Ma więc na czym budować, szczególnie że rozpoznawalność Bidena jest dziś dużo większa.

Ponadto przewaga Bidena nad resztą stawki nie jest tak miażdżąca jak przewaga Clinton na przełomie 2014 i 2015 roku, o czym świadczy chociażby to, że został tak szybko dogoniony w sondażach przez O’Rourke’a (nazywanego przez wyborców po prostu "Beto").

Historia ostatnich lat w amerykańskiej polityce również sugeruje, że nie należy z góry przekreślać Warren:

Na początku 2015 roku - a więc w analogicznym momencie - poparcie dla Hillary Clinton wśród demokratycznych wyborców wynosiło ok. 60 proc., a wynik Berniego Sandersa oscylował wokół 3 proc. Ostatecznie Sanders zdobył w prawyborach 43 proc. głosów.

W maju 2015 roku po raz pierwszy w sondażach przed prawyborami republikanów uwzględniono Donalda Trumpa. Cieszył się zaskakująco wysokim, w ocenie komentatorów, poparciem na poziomie 4 proc.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama