Reklama

Reklama

"Realne straty, polityczne kalkulacje". Kaczyńskiemu nie chodzi o reparacje. Komentarz

Ile warte jest ludzkie życie? A ile złamana na dekady historia narodu, który do dzisiaj odrabia straty po II wojnie światowej? Pod koniec drugiej kadencji i po dziesiątkach obietnic, Prawo i Sprawiedliwość w końcu publikuje raport, szacujący skalę niemieckich reparacji. To bagatela 6 bln 220 mld 609 mln złotych, a "kwota może się zwiększyć". Tylko kto zapłaci rachunek, gdy bardziej od jego wyegzekwowania, liczy się wewnętrzna polityka?

Zapomnijmy na chwilę o polityce, stawiając kilka prostych pytań z gatunku historii i etyki. Czy Polska, szacując skalę i proporcję zniszczeń, ucierpiała najbardziej na II wojnie światowej? Tak. Czy była niesprowokowaną ofiarą dwóch totalitaryzmów - niemieckiego i sowieckiego? Oczywiście. Czy uzyskała adekwatną rekompensatę za zniszczenia i skalę mordów popełnionych przez okupantów z Berlina i Moskwy? Nie uzyskała. Czy wobec tego Polska ma prawo domagać się - również finansowej - sprawiedliwości? Dlaczegóżby nie.

Reklama

Jeśli jednak dodamy do tych dywagacji politykę, a przecież nie sposób wyłączyć jej z dyskusji o reparacjach, sprawa zaczyna się komplikować do poziomu, w którym nie wiadomo już co jest celem - festiwal patriotycznego wzmożenia, czy uchwycenie szansy na materialne zadośćuczynienie.

A może wiadomo? Bo czy realnym (nie pytam o racje moralne) jest domaganie się wypłaty ponad dwóch rocznych budżetów Republiki Federalnej Niemiec? Dokładnie 83 lata po wybuchu II wojny światowej, przy solidnych podstawach źródłowych mówiących o zrzeczeniu się odszkodowań przez rząd PRL?

Jeśli spojrzymy na przebieg prezentacji raportu Instytutu Strat Wojennych im. Jana Karskiego, która odbyła się 1 września na Zamku Królewskim w Warszawie, wiele rzeczy staje się jasne.

Wbrew zapowiedziom i trwającym od pięciu lat pracom Parlamentarnego Zespołu ds. Oszacowania Wysokości Odszkodowań Należnych Polsce Od Niemiec Za Szkody Wyrządzone W Trakcie II Wojny Światowej, urządzona w towarzystwie całego establishmentu Prawa i Sprawiedliwości uroczystość nie miała wiele wspólnego z historią, dyplomacją czy naukowością.

- Ten dzisiejszy dzień, dzień przedstawienia raportu jest nie tylko aktem przedstawienia pewnej pracy, ale to też dzień podjęcia tej sprawy na forum międzynarodowym. Chodzi o to, żeby odzyskać odszkodowania za to, co Niemcy uczynili Polsce. Taki jest nasz cel wpisujący się w całą koncepcję odbudowy funkcjonowania państwa Polskiego - rozpoczął swoje przemówienie prezes PiS Jarosław Kaczyński. Dodał, że wie, że jako państwo "wchodzimy na drogę, która będzie trwała długo i nie będzie łatwa", ale ostatecznie "odniesiemy sukces".

Tylko co ma być miarą sukcesu? Przecież tak astronomicznej kwoty nie otrzymamy nawet w niewielkiej części. To politycznie oraz gospodarczo niemożliwe. Skoro tak, raport oraz reparacje posłużą jako rodzaj lewara w polityce zagranicznej wobec Niemiec? Z jakim skutkiem, co dzięki niemu wywalczymy? Trudno powiedzieć, zwłaszcza, że liczący setki stron dokument nie został przetłumaczony ani na niemiecki, ani na angielski.

Upraszczając - nawet w dziedzinie budowania świadomości strat poniesionych przez Polskę podczas II wojny światowej, mówimy sami do siebie. Na próżno, mimo milionów złotych wydanych na pracę Zespołu Parlamentarnego, szukać w jego pracy czegoś na kształt profesjonalnego PR-u międzynarodowego, który tworzyłby oddolną presję na Berlin.

Cel czwartkowej konferencji był przecież inny. Bardziej niż o uzyskanie zadośćuczynienia, chodziło w niej o podkreślenie suwerennościowych ambicji rządu, który "nie boi się powiedzieć jak jest". Zarówno prowadzący wydarzenie dziennikarz Krzysztof Ziemiec, jak również nadzorujący pracę nad raportem poseł Arkadiusz Mularczyk - jeszcze zanim przywitali obecnego na sali premiera, już kłaniali się Jarosławowi Kaczyńskiemu. Właściwie każdy z przemawiających polityków podkreślał wkład prezesa PiS w to wiekopomne dzieło. To on był głównym bohaterem walki z "pedagogiką wstydu". Nadal nie wiemy jednak co, poza stworzeniem dokumentu, możemy realnie zrobić, aby nie skończyć z roszczeniami, z których nie zobaczymy nawet eurocenta.

Oczywiście nie jest tak, że sama idea reparacji powinna zostać zarzucona. Nie trzeba głosować na PiS, aby rozumieć, że w postawie Berlina, który jeszcze do niedawna wypłacał odszkodowania za I wojnę światową, jest coś głęboko niestosownego i pełnego hipokryzji. Przeciwwagą dla działań Jarosława Kaczyńskiego nie jest również stanowisko części opozycji, która najchętniej nigdy do tego tematu by nie wracała. - Jeśli Platforma przejmie władzę, nie będzie domagała się reparacji od Niemiec. Sprawa została zamknięta decyzją Związku Sowieckiego w 1953 r. Jeśli chcemy to odwrócić, powinniśmy komunikować się z Putinem - powiedział w RMF FM polityk PO Grzegorz Schetyna. - Domaganie się reparacji za zamordowanie 6 milionów polskich obywateli w czasie drugiej wojny światowej to odrażający cynizm polityczny. Śmierć tych ofiar nie ma ceny. Rolą Polski jest pamiętać o drugiej wojnie a nie zarabiać na niej - napisał na Twitterze poseł Lewicy prof. Maciej Gdula.

I tutaj jest pies pogrzebany - nikt nie ma pomysłu, woli i narzędzi na to, aby w temacie reparacji od Niemiec zdobyć się na coś więcej niż na powtarzanie przekazu swojej partii. Między jedną a drugą skrajnością. W taki sposób o jakiejkolwiek sprawiedliwości dziejowej możemy zapomnieć. Bo do jej uzyskania trzeba czegoś więcej, niż przekonania, że ma się rację.

Marcin Makowski, Interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy