Reklama

Reklama

Pocovidowy dług zdrowotny. Pacjenci wracają do leczenia. "Niektórzy mają zaawansowane zmiany"

Mieli problem z dostaniem się do lekarza albo z obawy przed zakażeniem koronawirusem odkładali planowane zabiegi i wizyty na "lepsze czasy" po pandemii. Teraz pacjenci wracają do leczenia, które prowadzili przed pandemią. - W szpitalu mamy wszystkie oddziały pełne. Takiej sytuacji nigdy nie było, aby wszędzie był komplet - mówi Interii dr Jerzy Friediger, dyrektor Szpitala Specjalistycznego im. S. Żeromskiego w Krakowie. Jak dodaje Tomasz Karauda, lekarz oddziału pulmonologii Szpitala Klinicznego im. N. Barlickiego w Łodzi, wśród pacjentów bywają tacy, którzy w trakcie pandemii nie leczyli się, "jeszcze czuli się dobrze, a teraz mają bardzo zaawansowane zmiany". Podkreśla, że to nie tylko zaniedbania ze strony pacjentów, ale i wina systemu.

W pocovidową rzeczywistość wejdziemy z ogromnym długiem zdrowotnym - o tym, że tak będzie, mówili eksperci w styczniu podczas konferencji Priorytety w Ochronie Zdrowia 2022.

Jak wskazywali, dług ten istniał już przed 2020 rokiem, ale w trakcie pandemii znacznie się powiększył. Prof. Andrzej Fal wśród powodów niezaspokojonych potrzeb zdrowotnych wymieniał trudności w dostępie do lekarzy, zbyt długie kolejki do specjalistów, niską świadomość zdrowotną. Przed pandemią dotyczyło to ok. 6,5 proc. obywateli. Ekspert wyliczał, że w czasie pandemii nie wykonano w różnych obszarach mniej więcej 35 proc. świadczeń, a w niektórych obszarach nawet do 50 proc., np. w chorobach przewlekłych, czyli w grupie pacjentów wymagających stałej opieki specjalistycznej. Jak wskazał, zaniedbania dotyczą też świadczeń ostrych i operacji.

Reklama

Pełne oddziały

Teraz, kiedy zniesiono stan epidemii COVID-19 w Polsce, a w szpitalach nie ma już oddziałów covidowych, wielu pacjentów umawia się na odkładane w czasie pandemii wizyty i zabiegi.

Dr Jerzy Friediger, dyrektor Szpitala Specjalistycznego im. Stefana Żeromskiego w Krakowie, mówi Interii: - W szpitalu mamy wszystkie oddziały pełne. Takiej sytuacji nigdy nie było, aby wszędzie był komplet. Do poradni specjalistycznych czas oczekiwania mamy taki sam, natomiast faktycznie przyjmujemy obecnie więcej pacjentów w tych samych godzinach.

Dyrektor szpitala nie chce uogólniać i mówić, w jakim stanie przyjmowani są pacjenci. - Muszę  jednak przyznać, że odnosimy wrażenie, iż wielu pacjentów zgłasza się ze schorzeniami bardziej zaawansowanymi - przyznaje dyrektor. - Część z nich czekało i odkładało wizytę, bardziej bali się leczenia, niż choroby - mówi dr Jerzy Friediger.

Oczekiwanie na "lepsze czasy"

- Niestety, ten dług zdrowotny po pandemii COVID-19 jest ogromny - wskazuje w rozmowie z Interią Tomasz Karauda, lekarz Oddziału Pulmonologii i Alergologii w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym im. N. Barlickiego w Łodzi.

W oddziale, w którym pracuje, ma tylu chorych, że nie mieszczą się w salach. Muszą być umieszczani na korytarzach.

- Jak długo tu pracuję, to nigdy tylu pacjentów u nas nie było. Bywają wśród nich osoby, które przez rok, dwa, czekały na "lepsze czasy", by podjąć leczenie. Jeszcze wtedy czuły się dobrze, a teraz mają już bardzo zaawansowane zmiany - wskazuje lekarz.

Zaniedbała diagnostykę wiedząc, że ma guza

- Mieliśmy w oddziale pacjentkę, która trafiła do nas z dusznością. Ona bardzo bała się COVID-19, do tego stopnia, że nie chciała odwiedzać szpitali, zaniedbała diagnostykę, choć wiedziała, że ma guza. Pytała, czy została zakażona, i dlatego ma taką duszność. Wykluczyliśmy zakażenie koronawirusem - to guz tak się rozrósł, że nie mogła oddychać. Mówiła: umieram z powodu choroby, której bałam się mniej, niż koronawirusa, a powinno być na odwrót. Po trzech dniach zmarła - opowiada Tomasz Karauda.

I dodaje: - Przez cały okres pandemii podkreślaliśmy, że osoby z chorobą nowotworową nie mogą czekać. Powinny się szczepić i podchodzić do diagnostyki i leczenia.

- Przyjmowane są też do nas osoby z chorobami śródmiąższowymi płuc, które diagnostykę odkładały. U nich ta diagnostyka i włączenie leczenia immunosupresyjnego może być warunkiem spowolnienia postępu choroby. Niezgłoszenie się do lekarza może w ich przypadku skutkować skróceniem ich życia. Oni zapłacą ogromną cenę.

Wina systemu

Lekarz podkreśla, że obecna sytuacja "to oczywiście nie tylko wina pacjentów, ale i systemu".

- My staraliśmy równolegle leczyć te osoby w trakcie pandemii, ale tak dużo było chorych z powikłaniami po COVID-19, że nie dało się przyjąć wszystkich. Nie byliśmy w stanie jako system zapewnić odpowiedniej opieki dla obu grup chorych. Będziemy zbierali tego żniwo w najbliższych latach - ocenia lekarz.

Kolejny problem w kontekście długu zdrowotnego to dostępność do świadczeń zdrowotnych. Pacjenci poszukując wizyty u specjalisty często dowiadują się o długich kolejkach. Jedna z internautek, która od kwietnia próbuje zapisać się do kardiologa na NFZ, napisała nam, że dotychczas najbliższy zaproponowany jej termin był w lipcu. Nie zapisała się w kolejkę i szuka nadal specjalisty z nadzieją na szybsze przyjęcie.

O 17 proc. zwiększyła się śmiertelność sercowo-naczyniowa

Jak informuje Polskie Towarzystwo Kardiologiczne, choroby serca i układu krążenia stanowią nadal główną przyczynę zgonów, a pandemia COVID-19 tylko wzmocniła te statystyki. - W Polsce, podczas pandemii COVID-19 śmiertelność sercowo-naczyniowa zwiększyła się o blisko 17 proc. Obecnie chorzy kardiologiczni to populacja, która w największym stopniu wpływa na wzrost tzw. długu zdrowotnego w czasie pandemii - podkreśla prof. Przemysław Mitkowski.

W nadrobieniu tego długu chce pomóc Ministerstwo Zdrowia. Adam Niedzielski przekazał pod koniec kwietnia, że resort podjął decyzję o poszerzeniu pilotażu sieci kardiologicznej o kolejne województwa: pomorskie, małopolskie, łódzkie, wielkopolskie i śląskie. Do tej pory pilotaż był realizowany jedynie na Mazowszu przez Narodowy Instytut Kardiologii.

W ramach pilotażu sieci pacjent, m.in. z niewydolnością krążenia, nadciśnieniem tętniczym czy z zaburzeniami rytmu, będzie mógł liczyć na kompleksową i skoordynowaną opiekę, począwszy od diagnostyki, na leczeniu kończąc.

"Ludzie biedni stają się biedniejsi zdrowotnie"

Lekarz Tomasz Karauda wskazuje jeszcze na jeden problem. Chodzi o inflację.

- Kolejki do specjalistów na NFZ są długie i jeśli ktoś nie chce, albo nie może czekać, musi się liczyć z większym kosztem wizyty u lekarza prywatnego. Ludzie, którzy mają więcej pieniędzy, mają większą szansę na szybszą diagnostykę i leczenie - ocenia lekarz. I dodaje, że pracując dodatkowo w Szpitalu Powiatowym w Łęczycy widzi, jak nieraz całe rodziny skrzykują się, żeby zebrać pieniądze na to, by ktoś z ich bliskich mógł dostać się do specjalisty prywatnie. - Coraz gorzej im te pieniądze będzie teraz zgromadzić. Ludzie biedni stają się coraz biedniejsi zdrowotnie. Oszczędzają na zdrowiu, by mieć na inne wydatki pierwszej potrzeby. Sytuacja u niektórych bywa dramatyczna - wskazuje lekarz.

Na koniec stwierdza: - Ten dług zdrowotny się wyrówna, ale to wymaga czasu. Myślę, że rok-dwa do bilansu sprzed pandemii. To jednak zależy od tego, jaka będzie jesień - czy przyniesie wzrost zachorowań na COVID-19. Jeśli tak, rządzący będą musieli podjąć decyzję, gdzie tych zakażonych pacjentów hospitalizować. Oni muszą trafiać do szpitali covidowych, po to, by te klasyczne skupiły się na nadrabianiu długu zdrowotnego.

Pozytywne zmiany w protokołach leczenia sposobem na "spłacenie" długu zdrowotnego

Prof. Lucjan Wyrwicz, zastępca dyrektora ds. Lecznictwa Otwartego Narodowego Instyutu Onkologii w Warszawie wskazuje, że są też pewne pozytywne przemiany w sposobach leczenia po pandemii, chociażby w onkologii, w której to dług zdrowotny również musi zostać "spłacony".

- Istotnie udało się skrócić czas realizacji wielu procedur onkologicznych. W czasie epidemii wdrażaliśmy nowe protokoły leczenia, które na przykład doprowadziły do skrócenia czasu prowadzenia radioterapii. W Klinice Onkologii i Radioterapii NIO mała zmiana technologiczna spowodowała, iż radioterapia u chorych na raka piersi może być przeprowadzona w 15 a nie 20 codziennych sesjach napromieniania. I taki trend udało się uzyskać u znacznego odsetka pacjentów - a przez to pacjenci z opóźnionymi diagnozami obecnie nie czekają na leczenie i mamy pewne zasoby na "nadrobienie długu zdrowotnego" - podkreśla prof. Wyrwicz. I dodaje, że najważniejsze są zmiany w obrębie liczebnych grup pacjentów - takich jak chorzy na raka piersi, raka płuca czy nowotwory przewodu pokarmowego. 

- Także w czasie pandemii doprowadziliśmy do sfinansowania specjalnych urządzeń jednorazowych - tzw. pomp elastomerowych do podawania chemioterapii w domu, zamiast przebywania chorych na oddziałach szpitalnych. Przykładowo rocznie wydajemy pacjentom Narodowego Instytutu Onkologii blisko 11 000 takich urządzeń, które pozwalają na uniknięcie ponad 20 000 dni leczenia pacjentów w warunkach szpitalnych - czyli równoważnik pełnego obłożenia blisko 60 łóżek szpitalnych. I te łóżka dziś możemy wykorzystać do "spłacania długu zdrowotnego" po pandemii - podsumowuje.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy