Reklama

Reklama

Nowe obostrzenia. Żłobki i przedszkola będą otwarte. "Znów o nas zapomniano"

- Przedszkoli i żłobków nikt nie bierze pod uwagę, wprowadzając nowe obostrzenia. Już mnie to nawet nie szokuje. To wygodne dla rządzących - jesteśmy otwarci, rodzice mogą pracować. Ale czy ktoś pomyślał o naszym zdrowiu? - pyta dyrektorka łódzkiego przedszkola. I podkreśla, że w jej placówce w ostatnim czasie dwukrotnie połowa dzieci trafiła na kwarantannę.

Wiceminister zdrowia Waldemar Kraska poinformował we wtorek, że w szkołach podstawowych i średnich od 20 grudnia do 9 stycznia wprowadzona zostanie nauka zdalna. Po tym terminie dzieci wrócą do nauki w trybie stacjonarnym.

Z kolei żłobki i przedszkola - jak przekazał rzecznik Ministerstwa Zdrowia - po 20 grudnia pozostaną otwarte.

- To mnie już nawet nie szokuje. Nikt o nas nie pamięta - mówi w rozmowie z Interią Mirka, dyrektorka przedszkola w Łodzi. I dodaje: - To wygodne dla rządzących. Mamy podtrzymywać gospodarkę, dzięki nam rodzice mogą chodzić do pracy. Bez nas musieliby zamknąć niemal wszystko.

Reklama

W podobnym tonie wypowiada się Marta, nauczycielka pracująca w przedszkolu. - Postawa naszych rządzących do pracy nauczycieli wychowania przedszkolnego się nie zmieniła. Nie uważają nas za nauczycieli. A w przedszkolu nie ma wirusa, ponieważ nie ma pieniędzy na wypłacanie ich na opiekę rodzicom - ocenia nauczycielka.



"Dzieci przychodzą z katarem i kaszlem"

Dyrektorka łódzkiego przedszkola podkreśla, że coraz więcej małych dzieci choruje na koronawirusa. - Widzę to po swojej placówce. W poprzednich falach nie było tylu zakażeń. Teraz, w ostatnim czasie, na 100 dzieci 54 trafiły na kwarantannę. Po pewnym czasie sytuacja powtórzyła się, tym razem dla 31 dzieci.

Agata, nauczycielka pracująca w przedszkolu w Toruniu: - Dzieci przychodzą z katarem i kaszlem. Rodzice wieczorem albo rano zbijają im gorączkę - wszystko po to, by mogły pójść do przedszkola. Maluchy mają nie mówić "paniom w przedszkolu", ale i tak, jak to dzieci, wszystko powiedzą. Wielu rodziców nie czuje powagi sytuacji. Niemal każdego dnia jakieś dziecko musimy odesłać do domu.

- Do tego brakuje personelu, który też choruje - w ciągu ostatnich kilku tygodni na zwolnienia poszło dziesięć osób, także zaszczepionych. Wśród tych, którzy jeszcze pracują, panuje przemęczenie. Jesteśmy takimi samymi nauczycielami, wręcz odważę się powiedzieć, że jeszcze bardziej narażamy się na zakażenie, bo mamy bliższy kontakt z dziećmi i rodzicami - podkreśla Agata.

COVID-19 u dzieci

Dr Lidia Stopyra, ordynatorka Oddziału Chorób Infekcyjnych i Pediatrii w Szpitalu Specjalistycznym im. Stefana Żeromskiego w Krakowie, mówiła Interii: - Dzieci wcale nie chorują bezobjawowo na COVID-19. Owszem, większość przechodzi zakażenie łagodnie. Jednak są dzieci, które chorują bardzo ciężko - cierpią z powodu niewydolności oddechowej, potrzebują tlenoterapii. Szczególnie teraz, w czwartej fali pandemii, widzimy to na oddziałach covidowych. 

Dr Stopyra podkreśliła również, że dzieciom trudno jest utrzymać zasady reżimu sanitarnego. - Dystans, maseczka, dezynfekcja - są niemal niewykonalne. Nie dopilnujemy przedszkolaka, by nosił maskę, nie dotykał przedmiotów, utrzymywał dystans. Dzieci są spontaniczne, wymieniają się sztućcami, bawią się wspólnymi zabawkami, biorą je do buzi, dotykają twarzy - wyjaśniła. I dodała: - Szczepienia są najlepszą formą zapobiegania pandemii.

Szczepienia dzieci od 5 do 11 roku życia mają się rozpocząć 16 grudnia.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje