Reklama

Reklama

Na pierwszej linii frontu. Walka z pandemią oczami ratownika medycznego

Najpierw było bagatelizowanie. Maseczka i rękawiczki przecież wystarczą. Później cios - to nie jest zabawa. Strach. Przemęczenie. Śmierć zaglądająca w oczy. Publikujemy pandemiczny dziennik ratownika medycznego ze Szczecina, Wojciecha Skotnickiego. Tak przez ostatni rok wyglądała jego walka na pierwszej linii frontu.

Reklama

Pierwsze doniesienia

W styczniu usłyszałem po raz pierwszy o koronawirusie. Zakażenia pojawiały się głównie w Chinach. Bagatelizowałem to, tak jak i reszta mojej załogi pracującej w pogotowiu. Mówiliśmy sobie, że to pewnie druga świńska grypa, albo SARS. Podchodziliśmy sceptycznie. Myśleliśmy: zakończy się na ostrzeżeniach.

Reklama

Później o wirusie SARS-CoV-2 było coraz głośniej. Wyszedł z Chin, trafił do Europy. Najpierw uderzył we Włoszech. Obserwowaliśmy, jak ludzie ciężko tam go przechodzą. Ruszyło mnie to, ale nie na tyle, by się tym mocno przejąć. Za moment koronawirus pojawił się u nas, był marzec. Pamiętam, że myślałem o tym w kontekście ciekawostki. "O, jest i w Polsce ktoś chory". Nadal mówiłem sobie: potrwa to miesiąc, dwa, przejdzie. Epidemia? To było nierealne, nieosiągalne. Jeszcze nie dotarło do mojego województwa, do Szczecina. Jeszcze nie docierało i do mnie.

Szybko się to zmieniło.

Partyzantka

W połowie marca rząd zaczął działać. Odwołał imprezy masowe. Dwa dni później zamknął szkoły i uczelnie. Wprowadzono kordon sanitarny na granicach, a 20 marca ogłoszono stan epidemii w kraju. W pogotowiu była jeszcze cisza. Cisza przed burzą.

Pamiętam dzień, kiedy dostałem pierwsze zgłoszenie: podejrzenie zakażenia koronawirusem. To był mężczyzna, który wrócił z zagranicy i męczył go kaszel. Działaliśmy po omacku. Nie było żadnych procedur. Zlekceważyliśmy niebezpieczeństwo, zastosowaliśmy tylko podstawowe środki ochrony. Maseczka, rękawiczki, tyle. Wystarczy. Skafandrów nie chcieliśmy zakładać, by nie straszyć sąsiadów. Po co wywoływać panikę na osiedlu.

Zbadaliśmy pacjenta, zaleciliśmy mu kontakt z lekarzem rodzinnym. I to wszystko. Tak wyglądały początki. Pierwszych pacjentów badało się jak standardowego chorego z infekcją. Nikt nie wiedział, co jest koronawirusem, a co nim nie jest. Była partyzantka.

Do mnie zaczęło docierać, że mamy do czynienia z poważną chorobą, kiedy przedłużał się lockdown. Minął ten wspomniany wcześniej miesiąc, w którym miało rozejść się po kościach, a się nie rozeszło. Zrozumiałem, że to nie jest zabawa. Nowe przypadki były liczone w dziesiątkach, później już setkach.

Strach

Pacjenci się bali. Nagle wezwań pogotowia ratunkowego było znacznie mniej. Ludzie nie chcieli kontaktować się z pracownikami ochrony zdrowia.

Ten strach był tak paraliżujący, że byli i tacy, którzy czekali do ostatniej chwili na to, by wezwać pogotowie. Nie tylko przy objawach wskazujących na koronawirusa. Także, a może szczególnie, w zupełnie innych przypadkach nie wzywali karetki, bo bali się, że jeszcze wirusa złapią. Dopiero, gdy ich stan był taki, że przestawali sobie radzić, dzwonili po pomoc.

Nie wszystkich udało się uratować.

Inni nie dopuszczali do siebie myśli, że mogą mieć koronawirusa.

Procedury

Szybko zaczęły pojawiać się pierwsze procedury, bo zakażenia rosły, wezwań też zaczęło się robić więcej i więcej. Reguły gry były tworzone na bieżąco, często z dnia na dzień. Dostaliśmy konkretne wytyczne, jakie środki ochrony stosować. Kiedy zakładać kombinezon i w jaki sposób. Jak go zdejmować. Jak dezynfekować karetkę. Co zrobić z pacjentem. Kiedy decydować o tym, by go zabrać do szpitala. Kiedy zostawić w domu.

Kilkanaście godzin - tyle średnio trwał dyżur. Jedna karetka wyjeżdżała nawet dziesięć razy dziennie, z czego połowa tych interwencji dotyczyła koronawirusa.

My robiliśmy naprawdę wszystko, żeby każdemu, kto tej pomocy potrzebował, jej udzielić. W miarę naszych sił i możliwości.

Nie wybiera

A rzucono nas na głęboką wodę. Spotkałem się z całym wachlarzem tego, jak ten wirus może przebiegać. Były przypadki łagodne, gdzie ludzie skarżyli się na kaszel i wzywali pogotowie. Byli i tacy, u których wirus powodował taką duszność, że dochodziło do zatrzymania krążenia.

W głowie wciąż mam jeden z pierwszych takich wyjazdów. Pacjentka była zakażona koronawirusem i oczekiwała na przewiezienie do szpitala. Miała skierowanie. Duszność nagle nasiliła się do tego stopnia, że postanowiła wezwać pogotowie, by pomogło ją przetransportować. Niestety nie udało się jej uratować. Doszło do zatrzymania krążenia przy nas, kiedy przyjechaliśmy.

Koronawirus nie wybierał. Mówiło się, że najbardziej narażeni są starsi, że najczęściej oni będą chorować. To nieprawda. Jeździliśmy do wszystkich, do młodych z koronawirusem też.

Zmęczenie

Wyjazdów było coraz więcej. Pierwsza fala, okres wakacyjny. W Polsce przybywało nawet 800 zakażeń dziennie. Kombinezonów zużywaliśmy już dziesiątki, może nawet setki jednego dnia. Na szczęście w mojej stacji nigdy nie brakowało środków ochrony, choć wiem, że kierownictwo stawało na głowie, żeby tak właśnie było.

Do tego dochodziły ponad trzydziestostopniowe upały. Cały czas w kombinezonach. Mdleliśmy na dyżurach.

Z tego okresu pamiętam jedno - przemęczenie. Krążyłem tylko między pogotowiem, a domem. Ograniczyłem wszystkie kontakty społeczne. Nie widywałem się ani ze znajomymi, ani z rodziną.

Do pracy zabierałem spakowaną jak na weekendowy wyjazd torbę. To na wypadek, gdybym nie mógł po dyżurze wrócić do domu. Gdybym dostał skierowanie na kwarantannę.

Ostry cień mgły

Zrobiono z nas bohaterów. Były wielkie brawa i podziękowania za naszą pracę. Nie pytają nas o imię, walczymy z ostrym cieniem mgły. Specyficzna akcja prezydenta. Ale to, co nastąpiło po niej, było nawet miłe.

Te podziękowania często dużo więcej nam dawały i bardziej cieszyły, niż dodatkowa zapłata. To była satysfakcja, że zrobiło się coś dobrego. Coś ważnego.

Ale reakcji była cała gama. Był też hejt. Zdarzały się przypadki niszczenia samochodów ratowników medycznych przez mieszkańców danego osiedla. Były nawet wnioski o ich wyprowadzkę. Nie wpuszczanie do sklepów. Bo "roznosimy zarazę". To wszystko wynikało ze strachu i niezrozumienia.

Zakażenie

Procedury też nie zawsze szły w parze z rzeczywistością. Nie wszystko dało się przewidzieć.

Pamiętam, kiedy pierwszy raz bardzo się bałem. Pojechaliśmy do pacjenta, który nie prezentował objawów koronawirusa, a my nie zastosowaliśmy przy nim środków ochrony. Po przewiezieniu go do szpitala okazało się, że jest zakażony. Zostaliśmy na parę godzin odsunięci od pracy, odizolowani do momentu podjęcia decyzji przez sanepid.

Ten czas oczekiwania... Dużo myśli tłoczyło się w głowie. Myślałem wtedy, jak przechoruję, czy ciężko, czy uda mi się przejść zakażenie łagodnie. Co się będzie działo z moją rodziną. Te kilka godzin dłużyło się w nieskończoność.

Ostatecznie nie skierowano nas na kwarantannę i wróciliśmy do pracy. Takich przypadków było później jeszcze kilka, ale ten pierwszy był najbardziej uderzający.

Oswojenie

Po okresie wakacyjnym oswoiłem się z myślą, że koronawirus jest. Chociaż może oswojenie to za duże słowo. Może to był kolejny etap zmęczenia.

Bardziej przejmowałem się tym, jak przeżyję kolejny dyżur.

Nie tym, czy się zakażę.

Uciekający personel medyczny

W listopadzie, podczas drugiej fali, wielu pracowników pogotowia powiedziało dość. Kilkanaście tysięcy nowych zakażeń dziennie dawało w kość. To był moment, w którym najtrudniej było o obsadę karetki pogotowia. Zdarzały się dyżury, gdzie dwie, trzy karetki nie miały obsady i po prostu nie wyjeżdżały. Mimo że to była kolejna fala. Kolejne zakażenia. I mieliśmy pełne ręce roboty.

Tylko z mojej stacji pogotowia w ostatnim roku z pracy odeszło kilkanaście osób.

Przyznaję, sam też o tym myślałem. Ale szybko zmieniłem zdanie.

Na pewno nie pomogło to, że ratownicy cały czas mają do czynienia z hejtem i agresją. Tylko tym razem podłoże jest inne. To nas atakuje się za to, że ochrona zdrowia jest niewydolna. Jakbyśmy to my byli wszystkiemu winni.

Szczepienia. I trzecia fala

Tak, udało mi się zaszczepić w styczniu. Było wokół tego trochę zawirowań, opóźnień, ale to nieistotne. Teraz to niesamowita ulga. Czekałem na to jak na zbawienie. Teraz? Niebo a ziemia. Dyżury wyglądają inaczej. Czuję się bezpiecznie. Czuję spokój. Nawet kombinezon jakoś mniej przeszkadza.

W tym czasie nastąpiło też pewne wyciszenie po drugiej fali. Zauważyłem, że w zasadzie nie jeździmy do COVID-19, a głównie do ozdrowieńców. W styczniu, tak do połowy lutego, kombinezon założyłem dwa, maksymalnie trzy razy.

Końcówka lutego to ponowne nasilenie. Przyszła trzecia fala.

Wątpliwość

Bardzo frustrującą rzeczą z punktu widzenia ratownika w karetce jest bagatelizowanie pandemii. Poddawanie w wątpliwość istnienia koronawirusa i niebezpieczeństwa, jakie ze sobą niesie.

Ludzie wciąż mówią, że nie założą maseczki, bo w koronawirusa nie wierzą. Cały czas są takie osoby. Powiem więcej, mam wrażenie, że liczba sceptyków rośnie.

Błagam. Nie bagatelizujmy pandemii. Wszyscy chcemy wrócić do normalności. Zdjąć maseczki, zdjąć kombinezony. I czuć się bezpiecznie. 

Darmowy program - rozlicz PIT 2020

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne